Mieczysława i Henryk Grencel

0

Mieczysława i Henryk Grencel

1. Przedstaw się. Ile masz lat, gdzie mieszkasz, jaka jest twoja sytuacja rodzinna, czy pracujesz zawodowo?

Nazywam się Henryk Grencel, mam 64 lata. Mamy z żoną Mieczysławą dwie córki i trzy wnuczki (niezły babiniec 🙂 )  Mieszkamy w Czarnkowie. Czarnków to małe miasteczko na północy Wielkopolski, pięknie położone wśród wzgórz w dolinie  Noteci. Na Noteci mamy piękną marinę, w sezonie cumuje tam sporo łódek, łódeczek, jakieś małe jachty. W Parku Miejskim jest fajny amfiteatr na zboczu wzgórza no i skocznia narciarska, na której nawet skakałem jak byłem nastolatkiem, bo w tej chwili cała skocznia jest  lekko zdewastowana. To taka ciekawostka, skocznia na nizinach. Kilka lat temu miasto myślało o jej odbudowie, ale ze względu na bezśnieżne praktycznie zimy pomysł upadł.

Od kilku lat już nie pracuję, po 42 latach pracy w jednej firmie zostałem zwolniony z powodów ekonomicznych. Bardzo to przeżyliśmy oboje z żoną, ale niedługo później okazało się, że to zwolnienie uratowało mi życie. Inaczej nie znalazłbym czasu, by zacząć biegać po lekarzach. Żona mówi, że pewnie umarłbym w wykopie – całe życie z pasją kładłem linie wodociągowe i kanalizacyjne. Szpadel to moje drugie imię 🙂

Ja mam na imię Miecia. Jestem żoną Henryka, Heńka, Henrego  od 40 lat, dokładnie 16 maja tego roku minęło nam 40 lat małżeństwa. Imprezy nie zrobiliśmy z tej okazji, ale na pewno zrobimy  50-lecie 🙂 Mamy dwie córki –  Martę i Karolinę i trzy cudowne wnuczki: 12-letnia Martynka to  córka Marty, a  6-letnia Lenka oraz 4-letnia Liwka to córeczki Karoliny.

2. Na co chorujesz Heniu? Z jakiego powodu została wyłoniona stomia? Kiedy to było? Czy stomię masz na stałe czy nie?

Wczesną wiosną 2018 r. nasiliły się u mnie problemy z wypróżnianiem. Czasem  jakaś biegunka, częste uczucie parcia, jakieś wzdęcia itp. Moja żona pogoniła mnie do lekarza, dostałem skierowanie na badanie krwi. Wyniki były w normie, ale na badanie poziomu markerów CEA nie dostałem skierowania. Zrobiłem sobie sam – poziom CEA w krwi był znacznie przekroczony. Pokazałem to mojemu rodzinnemu  i machina ruszyła. Kolonoskopia, USG jamy brzusznej i niestety  wynik histopatologii – rak jelita grubego. USG pokazało jakieś zmiany na wątrobie z podejrzeniem META. Wtedy nie wiedzieliśmy nawet co ten skrót  oznacza.  Wkrótce dowiedzieliśmy się, że meta to przerzuty do wątroby. Strach paraliżował  nas i nasze córki. Wykonałem  jeszcze na CITO tomograf jamy brzusznej. Opis wyproszony, wręcz wybłagany był już następnego dnia. Zięć odebrał tę kopertę w czwartek, ale nie otworzyliśmy jej, bo  w sobotę pojechaliśmy na wesele. Na poniedziałek mieliśmy umówioną wizytę u chirurga onkologa, on otwierał tę kopertę. Niestety, nie było w niej dobrych wiadomości, miałem  kilka przerzutów do wątroby.

W maju  operacja usunięcia guza,  w dzień naszej 37 rocznicy ślubu reoperacja, ponieważ zrobił się krwiak. Kilka dni byłem na ojomie i z ulgą wróciłem na chirurgię. Byłem słaby, wycieńczony, obolały, ale powoli wracałem do sił. No i cały szczęśliwy, że nie mam stomii. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że nie ma tej stomii, o której mieliśmy wszyscy mgliste wyobrażenie. Niestety, po kilku dniach puściło zespolenie, treść z jelit wylewała się do brzucha. Było ogólne zakażenie organizmu, niewydolności organów wewnętrznych –  i na cito odbyła się trzecia operacja, ratująca życie. Tym razem obudziłem się z narkozy ze  stomią na jelicie grubym. Na OIOMIE byłem  prawie dwa tygodnie.  Niewiele pamiętam z tego, co się ze mną działo. Żona siedziała przy mnie całymi dniami, Stomia w tej sytuacji nie miała żadnego znaczenia, u nas głównym bohaterem był i jest rak. Mam możliwość połączenia jelita i zlikwidowania stomii, ale nie chcę, w każdym razie na chwilę obecną nawet nie myślę o tym. Zatem stomia  towarzyszy mi  od końca maja 2018 r. Pewnie, że wolałbym, żeby jej nie było, ale jest i niech sobie będzie.

Teraz ja – żona, opiekunka, pielęgniarka, kucharka i nie wiem co jeszcze. Słyszałam wcześniej  o stomii, ma ją od chyba 20 lat pradziadek naszej najstarszej wnuczki. Tylko słyszałam, ale pojęcia nie miałam, co to jest, jak wygląda, co się z tym robi, jak opiekować  się kimś, kto ją posiada.

Po diagnozie, kiedy usłyszałam, że mąż ma  raka odbytnicy z przerzutami do wątroby paraliżował mnie strach, paniczny strach, klucha w żołądku.  Nasze dziewczyny czuły to samo. To był straszny okres w naszym życiu, najgorszy chyba. Teraz trudno mi uwierzyć, że przed  operacją największą obawę mieliśmy  przed stomią!!!

Dopiero po trzeciej operacji ratującej życie Henia zrozumiałyśmy z córkami jekie byłyśmy „głupie” bojąc się woreczka. Teraz  tylko chciałyśmy, żeby nasz Henryś  wyszedł z tego cało. Stomia to był  temat drugorzędny. Z akceptacją nie miałam problemu, zresztą miałam dużo czasu na to, bo mąż spędził  trzy miesiące na oddziale chirurgii zanim wrócił do domu. Przyglądałam  się najpierw, jak robi to pan pielęgniarz  stomijny, sama też pod jego okiem próbowałam. Ta stomia to naprawdę był aktor trzeciego planu, bo jednak rak był najważniejszy,  no i powikłania po operacjach, które trwały ok. pół roku.

Już nawet nie wspomnę o cieknącej do listopada ropie z dziur po drenach, którą „łapałam” w worki stomijne, bo żaden opatrunek nie dawał rady, o cewniku przez kilka miesięcy, którego pozbyliśmy się  po dwóch zabiegach na układzie moczowym, później nawracająca bakteria coli w moczu. Przy raku liczy się przecież czas, a ten uciekał nam przez te wszystkie kłopoty. Minął równy rok od operacji do pierwszej chemioterapii.

3. Czy łatwo było ci zaakceptować stomię? Jak długo to trwało? Czy pasje i zainteresowania pomogły Ci w tym?

H: Pewnie, że wolałbym nie mieć stomii. Ale jest ze mną i pewnie zostanie, problemu z jej akceptacją nie miałem. Cieszyłem się, że przeżyłem te wszystkie operacje, że udało mi się wrócić do żywych. Lenka, nasza wnuczka mówi, że dziadek ma fajnie, bo zawsze ma toaletę przy sobie, nie musi biegać i szukać, bo ma swoją, prywatną. I ma dziecko rację.

M: Dla mnie stomia męża od początku nie stanowiła żadnego problemu, bardziej strach i obawy jak sobie poradzimy. Jak już wspominałam u nas głównym bohaterem był i jest rak, stomia to taki dodatek, niekłopotliwy zresztą.

4. Czy jest coś, co choroba ci zabrała? Jakieś marzenie, które nie mogło być zrealizowane? A może udało się je spełnić mimo choroby?

H: Hmmm…. zabrała zdrowie, to oczywiste. Nie było mnie na I komunii wnuczki, bo leżałem po dwóch operacjach w szpitalu, otumaniony lekami przeciwbólowymi i ze łzami w oczach oglądałem zdjęcia wysyłane przez córki i żonę. Marzenie? Moim marzeniem było wtedy wrócić do normalnego życia, do pełni sił, do domu, może nawet do zdrowia. Chciałem żyć. Jak na razie żyję i mam się nieźle nawet. Udało się spełnić marzenie o samochodzie Volkswagen multivan, koniecznie T4, To dzięki chorobie znalazłem czas na szukanie tego auta.

M: Mnie męża choroba zabrała spokój. Bardzo się bałam, że jego też mi zabierze. Wtedy jeszcze pracowałam, ale szybko przeszłam na emeryturę, chociaż miałam plan jeszcze rok, może dwa pracować. Musiałam być przy nim, wspierać go, opiekować się nim, Trzy miesiące spędziłam w szpitalu, na oddziale. Zamieszkałam u córki w Poznaniu, na stare lata nauczyłam się jeździć po Poznaniu autobusami, tramwajami, żeby ich nie angażować w wożenie mnie.

W końcu nadszedł upragniony dzień powrotu Henia do  domu. Był strach, obawy, nerwy. Od początku  ja wymieniałam mu  opatrunki i worki. Z każdym dniem mąż nabierał sił, zaczął powoli wracać do swojej wagi, a schudł  podczas choroby ok, 30 kg. Paradoksalnie  dzięki chorobie w końcu znalazł czas dla nas, zaczęliśmy całą rodzinką tym jego busem jeździć na wycieczki po okolicy,  na obiadki, na lody. Nigdy wcześniej  nie miał czasu na takie rzeczy, bo wiecznie siedział w tych swoich wykopach, a w weekendy zmęczony odpoczywał na kanapie.

5. Przejdźmy to meritum. Opowiedz o swoich pasjach. Co jest twoim asem w rękawie? Co najbardziej lubisz robić? Co jest twoim hobby? Przy czym się relaksujesz?

H: Najbardziej to chyba lubię pracować. Nawet teraz, w chorobie nie ma dnia, bym siedział w domu. Praca to moje życie. Ale nie samą pracą człowiek żyje. Zbieram stare monety, banknoty, mam sporą kolekcję. Kiedyś sprowadzałem auta z zachodu, teraz trochę wróciłem do tego, już nie na taką skalę jak kiedyś, ale jak coś fajnego wpadnie mi w ręce to kupuję, trochę odświeżę i powinienem sprzedać, ale często zostawiam, trochę pojeżdżę i wtedy sprzedaję. Lubię pracę na naszym ogródku działkowym, tyle, że tam jestem pracownikiem najemnym, działka to królestwo żony.

Bardzo lubię rozpieszczać nasze wnuczki, a mamy je trzy przecież. Mama mówi “nie”, babcia mówi “nie”, a dziadek zawsze mówi tak, za co często dostaję po uszach, ale trudno. Za to dziewczynki mnie uwielbiają 🙂

M: Moją pasją jest działka i od kilku lat szydełkowanie. Uwielbiam być na działce, sadzić, przesadzać i pielęgnować moje kwiatki, bo warzyw żadnych nie mam. Taka bardziej rekreacyjna jest ta działeczka z placem zabaw dla wnuczek. Jest zjeżdżalnia, huśtawka, piaskownica, domek dla dzieci, basen no i wielki trawnik, by miały gdzie biegać.

Szydełkowanie tak mnie pochłonęło, że zdarza mi się zaniedbywać ogródek. Zaczęłam od prostych serwetek, teraz mam na koncie kilka dużych obrusów, ale najbardziej lubię dziergać maskotki. Wnuczki składają zamówienia a babcia robi jednorożce, misie, króliczki, kotki, myszki, jeżyki i co tam sobie zażyczą. Sporo moich prac oddaję na licytacje dla chorych. Moja owieczka została wylicytowana za 530 zł, mało nie pękłam z dumy wtedy. Często też dokładam jakąś maskotkę do paczki ze sprzętem stomijnym, jak wysyłam dziecku lub wiem, że ten ktoś ma dziecko.

6. O czym marzysz? Co chciałabyś zrobić po raz pierwszy w życiu?

H: W zasadzie to nie mam wielkich marzeń. Chcę żyć, jak najdłużej żyć.
M: A ja? Chcę jak najdłużej żyć z moim ukochanym Henryczkiem.

Pozostałe nowości