Autor: Magdalena Łyczko

 

Warszawa skąpana w deszczu. Ja spóźniona. Przed gabinetem profesora Wiesława Tarnowskiego kolejka, każdy chce wejść na „chwileczkę”. Tuż po wypowiedzeniu „dzień dobry”, zostaję poinformowana, że czas mamy ograniczony, bo niebawem kolejne spotkanie… Biurko
profesora jest jak jego odpowiedzi, czyste i uporządkowane. Tu nie ma miejsca na zbędne półsłówka, słabości, jest konkret. Od razu czuję wyznaczone przez niego granice… które delikatnie, od czasu do czasu udaje mi się przesunąć. Rozmowa z wybitnym
specjalistą, zawsze jest wyzwaniem. Jedno niewłaściwe pytanie i trach, odpowiedź ostra jak draśnięcie skalpelem.

Magdalena Łyczko: Internauci piszą: po pierwsze robi wrażenie dobrego fachowca, a po drugie człowieka rozumiejącego trud bycia pacjentem z tego typu diagnozą. Albo: świetny specjalista i fantastyczny człowiek! Co pan czuje, kiedy to słyszy?

Wiesław Tarnowski: To miłe, tak sądzę… Przyjemne jest słyszeć takie opinie na swój temat, tym bardziej, że wszyscy na służbę zdrowia plują.

MŁ: Może mają jakieś powody, albo złe doświadczenia…

WT: Pewnie tak. I dlatego tak mówią.

MŁ: A potem na zasadzie efektu kuli śnieżnej ta opinia „leci” dalej…

WT: Jak przychodzi do mnie człowiek, najczęściej jest poważnie chory. Ma nowotwór, albo nieswoistą chorobę zapalną – nie wyobrażam sobie – żebym mógł być dla niego nieżyczliwy.

MŁ: W jaki sposób pacjenci reagują na diagnozę?

WT: Różnie bardzo. Żeby to poczuć, wiedzieć, zrozumieć, trzeba znaleźć się w takiej sytuacji. Zależy od tego, co się powie, jak się powie, czasami przez parę dni pacjenta trzeba przygotować, zanim poinformuje się o rozpoznaniu ostatecznym. Nie raz człowiek
nie chce tego słyszeć, różnie bywa. Trzeba elastycznie podejść do sprawy. Ktoś z rodziny musi wiedzieć wszystko, od początku do samego końca. Czasami niedobrze jest, gdy pacjent otrzymuje całą wiedzę w pigułce, zaraz po operacji. Sam fakt, że człowiek
przebędzie dużą operację jest wystarczająco dużym stresem. Trzeba też pamiętać o tym, żeby mówić prawdę, żeby nie kłamać pacjentom, bo jak się naopowiada głupstw, a potem dodaje: jeszcze pół roku chemioterapii, to pacjent traci zaufanie do lekarza.
Wtedy może nie chcieć się leczyć dalej, bo jeden lekarz mówi to, drugi mówi tamto i właściwie nie wiadomo o co chodzi. Krótko mówiąc, trzeba być uczciwym.

MŁ: Co pan czuje wchodząc – po tylu latach – na salę operacyjną?

WT: Każda operacja jest inna, zawsze – przynajmniej ja tak reaguję – człowiek jest trochę zestresowany, bo nie wiem w tym brzuchu znajdę – tak jest przy chorobach zapalnych. w chorobie Crohna nie ma dwóch identycznych operacji, każda jest inna. Ale też
oczywiście daje to dużo zadowolenia, że można zrobić coś nietypowego.

MŁ: w jaki sposób ucieka pan od stresu związanego z pracą?

WT: Mnie tak strasznie praca nie stresuje. Jak człowiek z powodu stresu nie chce chodzić do pracy, to powinien znaleźć inną, którą będzie lubił, wtedy go uniknie. Oczywiście są czasami takie zawody, w których napięcia są nie do uniknięcia. Ja lubię swoją
pracę. Lubię ludzi, pacjentów, operacje, które robię, to nie jest dla mnie jakaś kara. Gdy jestem zmęczony psychicznie, to w domu mam bieżnię, na której chodzę, do niedawna chodziłem z psem Bondem, ale niestety po 14 latach zakończył swoje życie…
Jak jest ciepło, to angażuję się w pracę fizyczną na działce. Nie mamy z żoną nikogo do pomocy – i nie chcemy mieć – więc wszystko robimy to sami.

MŁ: Co w takim razie tą karą jest, lub było kiedyś?

WT: Nie ma kary, po co zaraz kara.

MŁ: Jak z planowanej zootechniki trafił pan na medycynę?

WT: Kolega mnie namówił.

MŁ: Jak to pana namówił?

WT: Miałem w ogólniaku koleżankę, Elę, której brat – dziś profesor kardiologii – przyjechał w czasie przerwy świątecznej… Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, co kto będzie robił i on zapytał o moje plany. Ponieważ większość moich kolegów szła na zootechnikę,
więc mówię: zootechnika, a wtedy Witek zareagował: zgłupiałeś? Całe życie będziesz w gumiakach chodził?! Chodź na medycynę! To czysta praca! I tak oto zdecydowałem się zdawać na medycynę. Nie było u mnie żadnej tradycji, nie miałem wzorca z domu.
Zdałem. Nic wielkiego.

MŁ: Co dla pana w życiu jest najważniejsze?

WT: Trudne pytanie. Wiele jest rzeczy ważnych, między innymi praca, bo w niej spędza się więcej czasu niż w domu, prawda? Ważny jest też dom, bo człowiek musi gdzieś wracać. W domu musi być spokój… To są ważne rzeczy. Reszta? Myślę, że ma mniejsze znaczenie.

MŁ: Niektórzy tego spokoju nigdy nie osiągają, w głowie, w domu… nieustannie są niespokojni. Gdzie go szukać? A może zapytajmy: Jak szukać?

WT: To przychodzi z czasem. Im człowiek starszy to spokojniejszy, coraz więcej rzeczy ma zrobionych, załatwionych to i nie ma czego gonić. Trzeba zacząć korzystać z uroków życia.

MŁ: Skąd pomysł na taką specjalizację?

WT: A co innego może robić mężczyzna? Musi mieć jakąś porządną robotę, trochę fizyczną, trochę umysłową. Nie wiem… Pierwszą operację chirurgiczną widziałem podczas stażu w trakcie studiów. Z przyszpitalnej apteki na Lindleya chodziliśmy do szpitala oglądać
operacje ortopedyczne. Spodobało mi się, wydawało mi się, że to ciekawa praca. Co prawda ortopedą nie zostałem, ale wówczas ortopedia inaczej wyglądała niż teraz. Jeszcze na studiach trafiłem do szpitala na Czerniakowską i był tam chirurg – doktor
Gągała, który był znakomitym specjalistą – zaprosił nas byśmy obejrzeli operację raka piersi, omawialiśmy dół pachowy. Podobało mi się. Zacząłem przychodzić tu na dyżury, wciągnąłem się, coraz bardziej i coraz bardziej…

MŁ: Podobało mi się – to brzmi strasznie!

WT: Bo chirurgia, to piękna dziedzina medycyny.

MŁ: Na czym polega jej piękno?

WT: Chirurgia to efekt bezpośredni – jak się kogoś dobrze zoperuje, to człowiek może wstać o własnych nogach. Jak przyjedzie pacjent z przedziurawionym wrzodem żołądka – wrzód się zaszywa i efekt jest natychmiastowy. Mamy pacjenta z chorobą Crohna – straszne
paskudztwo. Pacjent, który jest leczony miesiącami, widać, że jest wymęczony przez chorobę i trzeba go zoperować. Ci chorzy, którzy tu przychodzą, ledwo włóczą nogami, a wychodzą super odnowieni. Chirurgia – trzeba to głośno powiedzieć – ratuje im
życie. Kiedyś wszyscy ginęli, a teraz tylko odsetek.

MŁ: Dlaczego choroby jelit i wszystko co się z tym wiąże, są trudnymi tematami?

WT: Bo to są choroby niedobre. Choroba Crohna – niby nie rak – a niewłaściwie leczona jest śmiertelna. Czasami, zresztą niedawno taką dziewczynę operowałem, 28 lat. Druga operacja w życiu, choroba tak ją zjadła, że w jej brzuchu już nic nie było – jeden
wielki placek, konglomerat – wszystko było twarde. Poszła na żywienie domowe pozajelitowe i zanim coś dla niej będziemy mogli zrobić musi minąć parę miesięcy. Straszna choroba. Ale też wiele osób, które mają objawy niedrożności, które operujemy laparoskopowo
w tej chwili – 3-4 dni i człowiek idzie do domu uleczony. Oczywiście choroby się nie pozbędzie, bo to choroba na całe życie, ale zaczyna normalnie funkcjonować. Znam pacjentów, które którzy w przebiegu tej choroby mają 20 wypróżnień na dobę. Tak się
nie da żyć, bo człowiek żyje tylko w pobliżu toalety, jest kaleką socjalną. Mieliśmy tu taką młodą dziewczynę, zrobiliśmy jej kolektomię i stomię i jest lepiej. Pokazała się po pewnym czasie i mówi: zaczęłam jeździć na snowboardzie, mam chłopaka,
rozpoczęłam studia – normalnie żyję! A przy tych 20 wypróżnieniach na dobę, nie ma normalnego życia. Ładna dziewczyna… Coś takiego bardzo cieszy i jest warte tej pracy! Gdyby nie operacja, ona by zginęła… Takich przykładów mogę wiele podać. Inny przypadek
medycyny, którą się tu zajmuję, to leczenie otyłości. Człowiek, który waży 220 kg, nie nadaje się do życia. On nie jest w stanie zrobić samodzielnie czegokolwiek. Przygotowujemy, operujemy, ludzie wracają do normalnego życia. Zaczynają uczyć się,
zmieniać zawody, biorą śluby, mają dzieci – też fajny kawałek. Wracają do życia. Czy to nie jest piękne?

MŁ: A jak pacjent odchodzi to…?

WT: Zdarza się to bardzo rzadko. To nie jest łatwa sprawa. Na ogół są to osoby, które do nas trafiają już w stanie terminalnym. Tak, żeby ktoś teraz zginął ot tak, bez istotnego powodu, praktycznie się nie zdarza. Proszę pamiętać, że postęp w medycynie
jest ogromny.

MŁ: Pamięta pan pierwszego pacjenta, którego pan stracił?

WT: Tak – młoda kobieta, miała ze 35 lat – przyszła na usuniecie woreczka żółciowego. Tylko kiedyś inaczej było. Pacjent po operacji leżał. i ona tam te czy 3 dni sobie odleżała – jak to wówczas było w zwyczaju – wstała i umarła, bo miała zator tętnicy
płucnej. a przez to, że leżała zrobił jej się zakrzep w nodze. Kiedyś w ten sposób bardzo dużo ludzi ginęło. W tej chwili pacjentów uświadamiamy, że im szybciej wstaną, tym lepiej. Trochę na siłę zganiamy ich z łóżek, co czasami jest trudne i bywa
powodem rozmaitych utarczek słownych. Pacjent mówi: panie, ja po operacji jestem! Coś pan zgłupiał?! I tu trzeba troszeczkę nacisnąć, że tak powiem, żeby pacjent wstał. Pacjenci, którzy po operacjach ważą po 160- 170 kg wieczorem chodzą. Czy pani
sobie wyobraża, żeby to do pomyślenia było 20 lat temu? No nie!

MŁ: Właśnie, a jak się zmieniła medycyna i podejście ludzi do choroby jelit? Teraz jest inaczej niż 20 lat temu?

WT: Jest zupełnie inaczej, bo się zmienił dostęp do informacji. Kiedyś, żeby coś przeczytać, trzeba było iść od Głównej Biblioteki Lekarskiej i tam swoje odsiedzieć. Dostęp był dla ograniczonej grupy ludzi. Po angielsku jeszcze trzeba było umieć czytać
i do tego wszystkiego rozumieć. W tej chwili jest inaczej, bo ludzie wykształceni są inaczej, mają dostęp do informacji – siada się przed laptopem i szuka w Internecie. Tam się znajdzie, co trzeba.

MŁ: No właśnie, jeśli ma się podejrzenie, że jest się chorym to szukać i czytać czy lepiej tego nie robić?

WT: Lepiej iść do lekarza, bo ludzie często nie rozumieją tego, co czytają. Język medyczny jest czymś innym, niż język prawników, inżynierów, przemysłowców, czy finansistów. Moja żona jest tłumaczem przysięgłym i często nie jestem w stanie zrozumieć polskiej
treści, którą się zajmuje, a co dopiero w innym języku. Język medyczny – dla nas jest normalny, zrozumiały – człowiek niezwiązany z medycyną, nie zawsze będzie rozumiał, co czyta. A jak ktoś nie wie, to zaczyna sobie tłumaczyć i wymyślać. I na ogół
prowadzi to do jakichś wypaczeń. Trzeba zrobić badania. Jestem zwolennikiem badania ludzi niż wymyślania, że temu może być to, a tamtemu tamto. Możliwości są różne w tej chwili. Można iść do przychodni – choć rozumiem, że pewnie trudno się dostać.
Lekarze rodzinni też są różni. Ale nie zmienimy z dnia na dzień.

MŁ: Jest pan osobą wierzącą?

WT: Chyba tak, chociaż czasami nie do końca. Wiele rzeczy na to się składa, w tej chwili polityka tak zmieszała się z wiarą, że ten Pan Bóg zgubił się po drodze. Za dużo jest polityki w kościele i myślę, że to nie przyczynia się do tego, by ludzie młodzi
szli za Kościołem. Zostawmy ten temat.

MŁ: Lekarze bawią się w bogów?

WT: Nie. Jak ktoś uważa, że jest bogiem, to do psychiatry powinien się udać. Takie jest moje zdanie. Jak można uzurpować sobie, że jest się bogiem? W tym zawodzie nie można osiągnąć poziomu doskonałości.

Ciągle są jakieś nowe rzeczy, których trzeba się uczyć. Jeżeli ktoś uważa, że jest tak doskonały, że już nie musi się uczyć, to chyba pora zrezygnować ze wszystkiego. Nie, to jakieś fałszywe podejście do sprawy. Zajmuję się chirurgią trzydzieści kilka
lat i w zakresie chirurgii laparoskopowej i kiedy wyjeżdżam za granicę, patrzę co oni robią, to nie wstydzę się swoich umiejętności. Jestem zorientowany w temacie. Ale ciągle pojawiają się nowe rzeczy, których się człowiek uczy. Na przykład teraz
uczymy się nowej operacji, w onkologii, w chirurgii odbytnicy – transanalne usunięcie odbytnicy razem z mezorektum – wycinamy jelito grube przez odbyt. Metoda znakomita dla pacjentów z nisko położonym rakiem odbytnicy, na 4-5 centymetrze, gdzie bardzo
trudno sięgnąć. Robimy to od dołu.

Jestem na etapie, kiedy mógłbym powiedzieć, że nie będę się więcej uczył, bo to, co wiem mogłoby wystarczyć mi do końca życia, ale kiedy jest nowa i dobra metoda, to dlaczego się tego nie nauczyć? Na pewno wymaga to wysiłku: trzeba pojechać, obejrzeć,
jeden kurs zrobić, potem drugi, zgromadzić odpowiedni sprzęt do tej operacji i zacząć robić – nie jest to proste. Ale biorąc pod uwagę poziom niektórych rzeczy w Polsce, to w kwestii chirurgii 20 lat temu mógłbym już przestać się uczyć i nadal pewnie
nie byłbym ostatni. Ale chcąc być lepszym, trzeba się uczyć.

MŁ: Za co jest pan najbardziej wdzięczny?

WT: Za dobre życie. Nigdzie się jeszcze nie wybieram, ale w tym momencie mogę powiedzieć, że miałem dobre i ciekawe życie. Dzięki koledze dokonałem dobrego wyboru z zawodem.

MŁ: Utrzymuje pan kontakt z kolegą?

WT: Od czasu do czasu, jak coś potrzebujemy to się ze sobą kontaktujemy. Ja jestem chirurgiem, on kardiologiem, więc na polu zawodowym nie mamy aż tylu wspólnych okazji do spotkań. Ale kontakt jest.

MŁ: Jeszcze w trakcie studiów nie miał pan wątpliwości, że to może nie do końca dobry wybór?

WT: Nie, skądże! Powiem, że nawet nad specjalizacją nie miałem rozterek. Był moment, że chciałem pójść na urologię, ale ostatecznie nie poszedłem.

MŁ: Co w chirurgii jest fascynującego?

WT: No to, że się człowiek nie znudzi tu ciągle jest coś fascynującego, zagadki medyczne, ciekawe sytuacje, nie jest to nudna praca. Najgorzej jak jest powtarzalność w pracy, bo człowiek się nudzi i frustruje.

MŁ: Spotyka pan pacjentów, którzy po konsultacji odmawiają leczenia?

WT: Nie pamiętam takich. Nie przyjmuję w poradni rejonowej, więc jak ktoś do mnie przychodzi, to już z konkretną wiedzą i z określonymi schorzeniami, jestem dla nich ostatnią deską ratunku. Pacjenci przyjeżdżają z całej Polski, po wielu operacjach. Miałem
ostatnio okazję pomagać w operacji człowieka, który był operowany 14 razy. Mało kto chce podjąć się takich zabiegów…

MŁ: Pan się ich podejmuje i nie boi ryzyka?

WT: Oczywiście, że się boję, tylko głupiec się nie boi. Ale z drugiej strony to coś innego, nie są to operacje typowe, wymagają czasami bardzo dużego doświadczenia, wiedzy no i odwagi.

MŁ: Jest coś, czego pan żałuje?

WT: Oczywiście! Że nie znam pięciu języków obcych, niczego więcej!

MŁ: Ale tego zawsze się można nauczyć, jak nowej metody w chirurgii

WT: Czasu już zaczyna brakować. Mój czas wypełnia medycyna, musiałbym z czegoś zrezygnować. Z czego: z medycyny czy ograniczyć te ostatni przyjemności jak działka i książki. I już mi pewnie czasu na to w życiu nie starczy. Więc te języki to jest jedyna
rzecz, której mi brakuje. Niczego więcej ludziom nie zazdroszczę. Pieniądze to rzecz nabyta, tego się ze sobą nie zabierze. Im człowiek starszy tym mniejsze potrzeby. Jak młody jest to musi kupić samochód, mieszkanie, więc powinien dużo zarabiać.
Pieniądze są ważne, żeby jakoś żyć, ale z wiekiem inne rzeczy nabierają znaczenia i przyznaję, że kiedyś wydawało mi się to niemożliwe. Ale z czasem, to myślenie się zmienia.

MŁ: Co będzie pan robił na emeryturze? Kiedyś…

WT: Ja w ogóle na żadną emeryturę się nie wybieram. Znajomi lekarze, którzy przeszli na emeryturę, to w większości już nie żyją. A taki profesor Koziński, który ma siedemdziesiąt parę lat, pracuje z nami cały czas, jest sprawny, dzięki temu, że jest z
nami – a dużo młodych lekarzy lubi z nim operować, bo daje im więcej swobody i dużo ich uczy – dzięki temu on żyje, bo jakby poszedł na emeryturę to by umarł. Dlatego dziwię się dlaczego ludzie tak pragną tej emerytury w wieku 65 lat! Mężczyzna w
dzisiejszych czasach w tym wieku jest w sile wieku! To na początku zeszłego stulecia średnia wieku wynosiła trzydzieści parę lat, ale nie teraz! Ludzie żyją niekiedy 80 lat i więcej…

MŁ: Wspomniał pan, że przyjemnością są książki. Co pan lubi czytać?

WT: Kryminały. Polskie kryminały: Mroza, bardzo dobre, trochę ostatnio Bondę, Twardocha, Miłoszewskiego…, Shantaram – bestseller o życiu na Dalekim Wschodzie, wiele czytam i dużo słucham audiobooków, najczęściej w samochodzie, bo dużo jeżdżę. Uwielbiam
też kryminał skandynawski. Ogólnie dużo czytam, bo interesuje mnie też to, co jest poza medycyną.

MŁ: W ogrodzie nadal kosi pan trawę traktorkiem?

WT: Tak, kupiłem nawet nowy sprzęt i nadal będę kosił trawę.

MŁ: Czy oprócz medycyny ma pan pasję, bez której nie mógłby pan żyć?

WT: Mam kilka pasji, ale to nie ten ładunek, co kiedyś. Dawniej bardzo interesowały mnie zegarki naręczne, lubię sport. Kiedyś dużo grałem w koszykówkę i uprawiałem narciarstwo alpejskie. Wszyscy znajomi narciarze narzekają na kontuzje kończyn, więc przerzuciliśmy
się na biegówki. Niebawem jadę do z żoną do Livigno do Włoch.

Wydawało mi się, że jak zostanę profesorem, to będę miał więcej czasu, ale jest na odwrót, bo zajęć przybywa i czasami trzeba je ograniczać, bo godząc się na wszystkie zaproszenia, to w ogóle nie miałbym czasu na pozostałe przyjemności. Wykłady, szkolenia
nowych ludzi, pisanie opinii… tego jest wiele. Jak człowiek mówi, że ma bardzo dużo czasu na realizowanie swoich pasji, to nie wiem. Teraz bardzo dużo się pracuje, więcej pacjentów, ogromne tempo, bardzo się to zmieniło. Kiedyś było zupełnie inaczej.
Nie ma więc też czasu na jakieś bardzo czasochłonne pasje.

MŁ: Ulubiony kierunek świata?

WT: Ciepłe kraje, chociaż teraz to w ogóle nie wiadomo gdzie jechać, bo wszędzie niebezpiecznie. Ciepłe, bo u nas na lato nie można liczyć – raz jest, a raz go nie ma.

MŁ: Co pana denerwuje?

WT: Głupota i niesolidność. W chirurgii nie można zrobić czegoś częściowo, albo robi się coś dobrze, albo wcale. Nie można udawać, że coś się kreuje. Trzeba być uczciwym i wiarygodnym, i mieć ugruntowaną wiedzę, to jest podstawa. Nie uzurpuję sobie prawa
do tego, że się znam na wszystkim, bo jest to niemożliwe.

MŁ: Umie się pan przyznać do błędu?

WT: No jasne! Każdy je popełnia. Tak samo z powikłaniami u pacjentów. Każdy je ma. Jeśli ktoś przemawia na zjeździe i mówi, że żaden jego pacjent nie miał powikłań, to kłamie, albo nie operuje. I nie warto go słuchać. Z błędów płynie najważniejsza nauka.
Najczęściej są to rzeczy niezawinione przez lekarzy. Ludziom się wydaje, że lekarz coś źle zrobił. Często to po prostu przebieg choroby, a oczekiwanie jest nadmierne. Albo pacjent jest niedoinformowany, a słyszy: wszystko będzie dobrze, to co zrobimy,
to drobiazg. Uczciwie trzeba powiedzieć, że po każdej operacji można umrzeć. Są pewne powikłania charakterystyczne dla danych operacji. Jeśli pacjent o tym wie, nie będzie zaskoczony. A jeśli coś się wydarzy pojawi się wątpliwość: jak to! miało być
dobrze, a nie jest dobrze. Z tego powodu najczęściej wynikają konflikty między pacjentami, a lekarzami, spraw sądowych, itd. Zdarza się też, że lekarze nie mają czasu na rozmowę z pacjentami… nie wiem jak można nie mieć na to czasu. To, co ja powiem,
a pacjent zrozumie, to są dwie różne rzeczy, ale z pacjentami trzeba rozmawiać uczciwie.

MŁ: Można funkcjonować w życiu ze stomią?

WT: Oczywiście, że można! Stomia, może to nie rarytas, ale niejednokrotnie ratuje życie. W Polsce żyje kilkadziesiąt tysięcy osób ze stomią. Sprzęt stomijny jest bardzo dobrej jakości w tej chwili. Są osoby, powszechnie znane, które widzimy w telewizji
i mają stomię. I nikt o tym nie wie…

MŁ: Dlaczego stomia = wstyd?

WT: Nie wiem, przecież to nie choroba weneryczna, której się wszyscy wstydzą. Wydaje mi się, że ludzie nie chcą tego wiedzieć, słyszeć o tym. Kiedy zorganizowano konferencję z okazji rozpoczęcia kampanii „STOMAlife. Odkryj stomii” większość dziennikarzy
słyszała o tym pierwszy raz, na twarzy obrzydzenie – jak to, żeby człowiekowi stolec wychodził gdzieś tam bokiem? Bo inaczej się nie da, a dzięki temu człowiek może żyć przez wiele, wiele długich lat. Gdyby nie stomia, umarłby. Gdzie jest napisane,
że wszystko w życiu ma być tak, jak my chcemy? Często jest inaczej. Jeśli można żyć ze stomią, to lepiej żyć ze stomią, niż bez niej, i po prostu umrzeć. Jeżeli mamy młode osoby z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego, którzy mają już dysplazję
w tym jelicie i trzeba je im wyciąć, a byli leczeni toksycznymi lekami i nie można im zrobić zbiornika, na ileś miesięcy trzeba im zrobić stomię. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Mało się o tym mówi, ludzie, którzy mają stomię nie chcą
o tym mówić. Bardzo często nawet nikt z ich najbliższego otoczenia nie wie, bo przez głupotę innych ludzi będą napiętnowani.

Są akcje Różowa Wstążka, Serce do serca, a jak zrobić akcję o stomii? Jak ludzie czegoś nie rozumieją to się boją. Nie ma w ludziach empatii… Jak ktoś się przewróci, bo ma hipoglikemię, a jeszcze na dodatek jeśli będzie młody, z długimi włosami, to na
bank będzie to narkoman, albo pijak. Myślę, że ludzie się boją.

MŁ: Pan się czegoś boi?

WT: Pewnie, każdy ma jakieś strachy.

MŁ: Jakie są pana strachy?

WT: (Śmiech) w życiu pani tego nie powiem.