Autor: Magdalena Łyczko

 

Panią Eugenię odwiedzam w jej warszawskim mieszkaniu. Jest wyjątkowo pogodną kobietą. Od progu, jak pełnoprawnemu członkowi rodziny, od razu proponuje kapcie i herbatę. Dopiero po chwili dowiaduję się, co kryją poszczególne zmarszczki na jej twarzy. Wszystkie
koszmarne chwile, które przeżyła, pamięta jakby wydarzyły się wczoraj. Kiedy wspomina męża, ma łzy w oczach. W kuchni jest córka i słysząc naszą rozmowę też popłakuje. Kiedy wychodzę, przytulam ją delikatnie, życzę zdrowia i wielu urodzin w gronie
najbliższych. Eugenia, to prawdziwa bohaterka. Ponadczasowa.

Magdalena Łyczko: Jak zdrowie?

Eugenia: Choruję na wszystko, co możliwe. Ale ja się nie daję, dopóki się da, to walczę.

Wychowałam się w czasie wojny. Miałam 6 lat jak Niemcy przyszli. Zajęli całe podwórko. Zjedli wszystkie kury, które mama hodowała dla nas na rosół. Pamiętam, że bogatszym dzieciom zazdrościłam roweru. Chciałam go chociaż dotknąć, bo wiedziałam, że nigdy
go mieć nie będę. Potem przyszli Rosjanie, byli straszni. Gwałcili dzieci, starsze kobiety, było im wszystko jedno. Kiedy przyszedł taki jeden i zapytał czy może mnie czołgiem przewieźć, mama nie pozwoliła. Dopiero później zrozumiałam dlaczego. Ciężkie
było moje życie.

Opowiadałam kiedyś dzieciom jak mama gotowała dla nas kawę i rozcieńczała ją z wodą, żeby dla każdego starczyło, do tego dostawaliśmy po kawałku chlebka… Mój syn zapytał: mamo, a z czym ten chlebek jadłaś? Z kawą i sacharyną – odpowiedziałam. Dla niego,
to było bardzo dziwne. Jakoś to wszystko przetrwałam. Kiedy wojna się skończyła, troszkę odżyliśmy… wtedy umarła mama. Potem ojciec ożenił się drugi raz, była nas spora gromadka – siedmioro dzieci.

Do szkoły nie chodziliśmy. Czytać i pisać uczył nas Poznaniak – wygnaniec. Dopiero jak poszłam do pracy, zapisałam się do szkoły wieczorowej, do czwartej klasy. Tam poznałam też męża. Zawsze przychodził z książką i śliwkami. Śmieję się, że na te śliwki
mnie poderwał. [śmiech]

MŁ: Jak dowiedziała się pani o chorobie?

Eugenia: Wszystko zaczęło się od hemoroidów. Dostałam krwotoku. Okazało się, że to polip który pękł. Szybko mnie zoperowali. I było dobrze, przez chwilę. Rekonwalescencja była ciężka, bo przez tydzień mogłam jedynie pić – 6 szklanek wody na dzień. Po
11 miesiącach, znów dostałam krwotoku. Znów mnie operowano i tym razem po pobraniu wycinka okazało się, że jeden guz był złośliwy. Ordynator powiedział, moje dziecko, trzeba będzie operować, na szczęście wykryliśmy to w zalążku. Ogromnie się zdenerwowałam,
biegałam po szpitalu. A potem poszłam do pokoju lekarskiego i powiedziano mi co mnie dokładnie czeka. Pomyślałam, że lekarze wiedzą lepiej, co ze mną zrobić…

MŁ: I zgodziła się pani na stomię?

Eugenia: Tak, ale okropnie się bałam. Bo oni jeszcze mówili, że zobaczą jak to będzie i od czego zaczną, ale polip odrósł już na zwieraczu, więc trzeba było działać. Podali mi chyba za dużo narkozy i nie mogłam się dobudzić. Miałam sen jakby na jawie.
Byłam gdzieś w jakimś kanale, który miał pułap i okropnie było mi żal, że nie będę mogła się stamtąd wydostać, że nie zobaczę już dzieci. A potem usłyszałam, że mnie wołają. Rozejrzałam się dookoła, niebieskie kafelki – podobne do tych, które widziałam
jak zasypiałam, znaczy obudziłam się… Szybko chciałam zobaczyć co zrobili z tym moim brzuchem.. I jak natrafiłam na to miejsce, to się popłakałam, a zawsze płakałam w ukryciu. Moje łóżko stało przy oknie i myślałam, że gdybym tak wyskoczyła, to byłby
koniec, ale pomyślałam o tym co w życiu ważne – o dzieciach, o mężu…

MŁ: Mąż wspierał panią w chorobie?

Eugenia: Dzień w dzień chodził do pracy na 6 rano, a o 4 wstawał żeby nagotować rosołu i jeszcze zdążył zawieźć do szpitala. On zawsze mocno mnie wspierał, od samego początku jak mi się to przydarzyło. Zawsze był przy mnie, jak tylko wspomniałam rano,
że się źle czuję, od razu miałam podane śniadanie. Był bardzo pracowity. Kiedy kupiliśmy działkę, on wstawał skoro świt, bo lubił wschody słońca, a ja wstawałam dopiero około 7 rano. Zawsze był pomocny, kiedy dzieci były malutkie, to przewijał i przynosił
mi do piersi, żebym nie wychodziła z łóżka.

MŁ: Jak wyglądało życie ze stomią prawie pół wieku temu?

Eugenia: W szpitalu dostałam pasy krakowskie – szerokie, gumowe, z workami plastikowymi podobnymi do dzisiejszych zwykłych foliowych woreczków. 100 sztuk na rok, po 12 miesiącach można było dostać drugi pas i kolejne 100 worków. Co to jest 100 worków?
To było okropne. Gazy odchodziły, więc było czuć. Żeby worki nie kaleczyły mi jelit zakładałam je na gumowy krążek, i owijałam go 15-centymetrowym bandażem. Męczyłam się okropnie, najgorzej było w nocy, bo w dzień to jeszcze uważałam, żeby mi się
to nie przesunęło. Czuć było, bo przecież nie było żadnego filtra, tak jak teraz. Z takim pasem chodziłam przez połowę życia. Bywało ciężko. Czasami kiedy przesunął się pas, to musieliśmy w nocy pościel zmieniać w nocy. Położyłam się, zasnęłam, a
za chwilę to samo. Ale nie czuję się jakaś gorsza od innych. Można z tym żyć. Wiele lat później ktoś mi powiedział o punkcie przy Placu Zbawiciela, gdzie można było dostać niemieckie worki. Ładne były, niebieskie. Ale moja radość trwała krótko, bo
dostałam uczulenia na klej, który w nich stosowano. I znów wróciłam do pasa i worków foliowych. Wiele lat później pojawiły się worki z filtrami. Nie czuć tego jak kiedyś. Jak czuję, że zbierają się gazy, to jestem już tak wyćwiczona, że tego nie słychać.

MŁ: Na czym polegała różnica?

Eugenia: Bez filtrów, to się robił balon, bo gazy nie mogły odchodzić, a jak był filtrowany, to gazy mogły odchodzić przefiltrowane i nie było czuć. Wychodziły i worek był płaski. Więc ja zawsze brałam sobie z filtrami i było dobrze. Teraz ostatnio zrobili
jakieś cudo i śmieję się, że to takie dwa w jednym: z filtrem i bez filtru. [śmiech]

Trzeba się trochę pośmiać ze swojego nieszczęścia, bo wtedy lżej. Zadzwoniłam do tego sklepu i mówię, że po kilku godzinach robi się z tego balon. A oni mi na to, że powinnam to nakłuć, ale przecież wtedy, to nie będzie przefiltrowane i będzie czuć. Tak
źle i tak niedobrze.

MŁ: Jak dzieci przyjęły wtedy chorobę mamy… Rozmawiała pani z nimi?

Eugenia: Na początku ukrywałam chorobą, nie chciałam żeby dzieci wiedziały. A kiedy dostałam kolejnego krwotoku, mój zmartwiony syn uklęknął przy łóżku i prosił, żebym wyznała mu co mi dolega. Kiedyś to było krępujące, teraz jest inaczej. Większość osób
w rodzinie wie… Najgorsze były początki, siedzi człowiek w domu wszystko było dobrze, jak tylko gdzieś wyszłam, to jak na złość – aż słychać było. Czasami wydawało mi się, że to z nerwów.

MŁ: Po historii ze stomią ze zdrowiem było już w miarę dobrze?

Eugenia: Przeszłam jeszcze operację na „sprawy kobiece”. Tym razem chyba za mało narkozy dostałam i nagle czuję, że coś mi przy nogach robią, czuję jak szyją. Szybko oprzytomniałam i pytam co się dzieje. Kobiecy głos odpowiada: resekcja. Teraz już rozumiem
o czym ona mówiła, ale wtedy zaczęłam krzyczeć: jaka sekcja! Przecież ja żyję! [śmiech] I wszyscy gruchnęli śmiechem. Podczas operacji dostałam zapaści, miałam niedrożne żyły i żeby mnie ratować musieli je przeciąć w nogach.

MŁ: Korzystała pani z jakiś grup wsparcia?

Eugenia: Raz w roku chodzę na duże spotkanie ze stomikami. W ubiegłym roku towarzyszyła mi córka. Hanka Bielicka też miała stomię. Widziałam ją tuż przed śmiercią, miała na głowie piękny biały kapelusz… Zawsze jest z nami Jan Kobuszewski. To on powtarza,
że stomicy, mają dobrze: bo zdrowy człowiek za potrzebą musi pędzić do toalety, a my nic – siedzimy. No i cała sala w śmiech!

MŁ: Ma Pani ponad 80 lat…

Eugenia: W styczniu skończyłam 84. Kiedyś dodawali lub odejmowali lata. Urodziłam się 1932 roku, ale w akcie mam zapisane 1933. Przeżyłam już trochę. Jestem szczęśliwa, bo dożyłam prawnuczki. Śmieję się, że jak Bóg da, to i wesela doczekam. A jak nie,
to trudno, trzeba będzie podziękować za to co było.

MŁ: Z czego czerpie Pani radość?

Eugenia: Jak spotykamy się u mnie w Wigilię i w pierwszy dzień świąt, wtedy są moje urodziny i imieniny. Kiedy wszyscy zasiądą przy stole, bardzo lubię sobie na nich popatrzeć, rozmyślać, że to wszystko się udało.

Eugenia: O! Tu na zdjęciu (Pani Eugenia pokazuje rodzinne fotografie) wnuczka – wychodziła za mąż. Tu ja, zięć, wnuczki mąż i mój mąż – już wtedy był chory. Ten w szarym garniturze, a po lewej stronie w krawacie, to jest mój brat. Widzi pani, sama radość!
I jak tu umierać?