Walczyć czy podróżować. Subiektywnie o semantyce...

Kwi 202630

Wiele osób uważa, że militarne określenia w temacie pracy nad własnym zdrowiem i dobrostanem są z gruntu przeszacowane i tworzą niepotrzebną presję, która odbiera siły już na starcie… I że raczej należy oswajać, zamiast walczyć.

O.K. bez dwóch zdań, „oswajać” to bardzo ładne słowo. Ma w sobie coś z ciepła kocyka i miękkości pluszowego misia. Kojarzy się więc dobrze i przyjaźnie, ale... czy tak samo motywuje, jak popychająca do działania wojenna nomenklatura? Oswajać można a nawet trzeba: stomię, wózek inwalidzki, rzeczywistość po stracie kogoś, kto odszedł. Jednak w mojej ocenie, ni jak to określenie nie jest w pełni adekwatne do oswajania chorób.

1.jpg

Przede wszystkim w zgodzie z sobą

Myślę sobie i myśl tę opieram na własnych doświadczeniach, że w przypadku przeciwnika typu: bezwzględny i bezkompromisowy (tak tak, wiem „przeciwnik” to znów militarna nomenklatura) warto najpierw temat oswoić we własnej głowie a potem zawalczyć, by stał się łatwiejszy w codziennym dźwiganiu. Skąd mam taką pewność? Stąd, że na własnej skórze testowałam oba słowa. I to łagodne i to wywierające presję. I wiecie co? Pod kocykiem oswajania faktu, że choruję przewlekle spędziłam przeszło dekadę. Z czego ostatnie lata zupełnie z przyzwyczajenia i z rozpędu. Oswojoną stronę mostu znałam, było źle i szło w gorsze. O drugiej stronie mostu nie wiedziałam nic prócz tego, że na tym drugim, nieznanym brzegu może czekać na mnie wszystko to, co dobre albo – co złe. I to wystarczyło, bym o niej wiedzieć nie chciała, spędzając życie według znanej rutyny. Dopiero gdy postanowiłam o siebie zawalczyć, moje życie wychyliło nos spod kocyka. Stając do walki z perspektywą niebycia wcale, zaczęłam znów być. Powoli ale – systematycznie i konsekwentnie.

Oswajanie

Każdy do „słów kluczowych” podejdzie inaczej. I bardzo dobrze, bo pięknie jest się różnić. Nie rośćmy sobie jednak prawa do monopolu na najlepsze sformułowanie w temacie, w którym być może nie jesteśmy fachowcami znającymi dany temat od podszewki. Jeśli psychika osób chorujących lepiej działa w trybie „podróży” – niech podróżują. To ich sposób radzenia sobie z codziennością i dlatego mogą w ogóle nie odnaleźć się w żołnierskim żargonie. Jednak jeśli potrzebują, by ktoś uwierzył, że dadzą radę zawalczyć o siebie,nawet z perspektywą włączenia presji – warto to uszanować i nie hamować tej potrzeby działania.

Zjada nas poprawność. Pożera do ostatniej myśli, jak pewna rewolucja swoje dzieci. Boimy się być empatyczni, bo nadmiar troski może być postrzegany jako atak na cudzą strefę komfortu. Boimy się też z serca doradzać. Co ciekawe, boimy się też nie doradzać. I to z tego samego powodu.

Walka

W przypadku „człekożerczych” chorób warto dopasować metody i środki do sytuacji i do przeciwnika. Oswajajmy więc stomię i konieczność zmiany dotychczasowego postrzegania świata, ale z rakiem jelita, jaki często bywa przyczyną stomii – próbujmy walczyć. Choć warto i należy oswoić myśl o ciężkiej chorobie, bo to pozwala podjąć odpowiednie kroki, by sobie z nią poradzić, to zdecydowanie nie warto się nad tym tematem zbyt długo zatrzymywać. Dlaczego? Ponieważ na dłuższe warsztaty z oswajania raka może zwyczajnie nie być czasu.

Nie deprecjonujmy słowa „podróż”, ale nie demonizujmy też słowa „walka”. Spróbujmy je zrozumieć i używać we właściwy sposób. W słowie „walka” słychać niezłomność i siłę. Jest w nim też motywacja i energia, o którą wielu nawet się nie podejrzewa, w czasach „zdrowotnego pokoju”. Według zwolenników nomenklatury wojennej, rak to nie pole do warsztatów oswajania czy przestrzeń do podróży. Gdy organizm zostaje zajęty (zaatakowany?) przez rakowe (wrogie?) komórki to pierwsze skojarzenie, jakie się pojawia brzmi nierzadko: „to wojna wypowiedziana organizmowi”. I w tym kontekście słowo „walka” to imperatyw i najwyższa potrzeba ochronienia swoich dóbr.

Czy to słowo oznacza również presję? Tak, z całą pewnością. Ale są chwile, gdy właśnie ona pozwala odnaleźć w sobie pokłady energii potrzebnej, by zawrócić z drogi, na którą bez zgody chorującego skierowała lub – co bardziej pasuje – zepchnęła go choroba.

2.jpg

Podróż

By pogodzić obie opcje coraz częściej w kontekście choroby, zwłaszcza onkologicznej lub wyniszczającej przewlekłej pojawia się słowo „podróż”. To dobre, „bezpieczne” słowo. Nie tworzy presji nakazującej spinać się do walki i jednocześnie nie powoduje poczucia zbyt małej sprawczości. Podróż to podróż. Kojarzy się dobrze i zwiększa komfort chorującego, który w takich warunkach nie czuje dodatkowej presji. W kontekście podróżowania przez chorobę często pojawia się też słowo „komfort”, a to sprawia, że „podróż przez chorobę” staje się dla chorującego taką samą pułapką jak „walka z nią”. Dlaczego? Bo o ile wybór „walki z chorobą” rodzi często niewyobrażalną presję rozlewającą się także na bliskich chorego, o tyle poczucie komfortu rozleniwia i sprawia, że nie czujemy potrzeby dokonywania zmian. Podróż przez chorobę może więc oznaczać bezpieczne przemieszczanie się z jednego do drugiego jej etapu, ale może też sugerować dryfowanie daleko od brzegu. Bez wioseł i z połamanym żaglem.

Wszystko jest kwestią wizualizacji i przedstawienia tematu. A to oznacza, że o nazewnictwie podjętych przez siebie działań decydować powinien przede wszystkim człowiek bezpośrednio zainteresowany powrotem do pełni sił. I to on powinien określić sobie, czy chce oswajać chorobę, podróżować przez jej etapy, czy walczyć z nią, będąc świadomym, że może okazać się silniejsza.

Przede wszystkim, nie szkodzić...

Lubię słowa. Uważam, że mają wielką moc i właśnie dlatego bardzo starannie je dobieram. Nie, nie z powodu poprawności politycznej, lecz z powodu uważności na rozmówcę.

Stare porzekadło mówi – „nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe”. Parafrazując – nie serwuj mu czegoś, czego sam byś nie zastosował na sobie, będąc w tej samej sytuacji. I właśnie dlatego myślę sobie, że nikt z nas nie ma monopolu na najwłaściwsze „dobrosłowie” i warto się z tą myślą… oswoić, gdy się podróżuje. Zwłaszcza - przez cudze, a nie własne pole bitwy.

Tekst i zdjęcia: Iza Janaczek


P.S. Dlaczego ten tekst w ogóle powstał? Temat nomenklatury opisującej proces, jakim jest codzienność z ciężką chorobą, to coś, co wraca w moich myślach raz za razem, jako zderzenie tego, o czym czytam i słucham, z tym, co sama przeżyłam. Coraz częściej w kontekście choroby mówi się o łagodzeniu tonu, o zaniechaniu wywierania presji, o rozłożeniu sił i o podróży po obrzeżach pola walki, zamiast o czynnym wejściu na nie. Ostatnio przeczytałam tekst, który ukazał się w wiosennym PPŻ. Tekst napisany przez Radka, naszego fundacyjnego Przyjaciela. Ważny, mądry, trudny i szalenie motywujący tekst. Tekst dający do myślenia. Tekst niebojący się poprawności. Tekst mówiący o życiu z chorobą właśnie w kontekście walki. Pomyślałam, że wobec tego i ja dodam swoją cegiełkę do dzieła budującego wiarę w moc słów, jakie do siebie samych kierujemy i jakimi później, nomen omen, kierujemy się w dalszej drodze. Nie, nie po to, by kogoś przekonywać do mojej filozofii dbania o własny dobrostan, ale po to, by pokazać, że jest inna opcja, gdy sama podróż nie wystarcza.

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na