
Gdyby tak zastanowić się, co mi w życiu wyszło najlepiej, to najwyraźniej praca. To jej poświęciłam, jak to mówią, najlepsze lata, to w niej realizowałam swoje pasje. Jestem nauczycielem historii, który jeszcze całkiem niedawno mógł czynnie pracować, chociaż w mniejszym zakresie, ale o tym później.
Jak każda praca, tak i praca w szkole, nie zawsze była usłana różami. Były lepsze i gorsze dni, ale tego, co nastąpiło w grudniu 2019 roku nie spodziewał się nikt. Ja również.
25/26 grudnia 2019 r.
W nocy obudził mnie potworny ból. Czasem ludzie mówią, że coś ich bolało tak, że prawie chodzili po ścianach. Właśnie wtedy, o trzeciej nad ranem, zrozumiałam, co mieli na myśli. Nie mogłam wytrzymać. Mieszkam sama, więc tym bardziej było mi ciężko. Gdy tylko minęła noc, zadzwoniłam do mamy z prośbą, żeby do mnie przyjechała. Nie byłam w stanie sama wezwać pogotowia. Mama przyjechała z drugiego końca miasta i dopilnowała wszystkiego. Ratownicy zawieźli mnie na SOR Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 PUM w Szczecinie. Rozpoczęły się procedury, badania, czekanie. Po dwunastu godzinach usłyszałam pierwszą diagnozę…podejrzewamy u pani nowotwór. Potworna wiadomość. W głowie czarna dziura. Strach, niepewność i płacz. A jeszcze poprzedniego dnia siedziałam z rodziną przy stole. Wszak były święta…
27 grudnia 2019 r.
Po powrocie do domu zapadłam w sen. Bez bólu, ponieważ w szpitalu w końcu zaordynowano mi dożylnie ketonal. A że nigdy w swoim życiu nie przyjmowałam tego leku, zadziałał. Co ciekawe, w kolejnym miesiącu już nic więcej mnie nie bolało. To tak, jakby organizm dał mi sygnał, że coś się dzieje, że trzeba interweniować. Czy musiał to robić tak drastycznie? Pewnie tak, skoro z profilaktyką byłam raczej na bakier. Niestety, muszę przyznać, że nie wykonywałam specjalistycznych badań, jedynie te podstawowe, które umożliwiały mi pracę. Czasem bywałam przeziębiona. To wszystko.
Po nocy okazało się, że to wszystko nie było tylko złym snem. Trzeba było zacząć mierzyć się z nową sytuacją.
Styczeń 2020 r.
Prawie cały miesiąc przepłakałam i przespałam. W ogóle go nie pamiętam. Lekarz rodzinny wysłał mnie na zwolnienie. Do niczego się nie nadawałam. Nadal trwała diagnostyka, założono mi kartę DILO, wszystko rozgrywało się według odpowiednich procedur. Najbardziej utkwiła mi w pamięci kolonoskopia. Moja pierwsza w życiu. Bardzo bolało. Bez znieczulenia. W sumie do dzisiaj nie wiem dlaczego. Nie zapomnę miny lekarza, który ją wykonywał, gdy ujrzał na ekranie spustoszenie w moich jelitach. Przy okazji wycięto mi jeden polip. Na pocieszenie chyba.
Po kolonoskopii dowiedziałam się, że ma gruczolakoraka jelita grubego. Złośliwego. Inne badania wykazały, że zmian jest więcej i objęły one również narządy kobiece.
11 lutego 2020 r.
Trafiłam na oddział ginekologii. Przygotowywano mnie do operacji. Podpisywałam różne dokumenty, zgody, sama nie wiedząc, co robię. W takim byłam stanie. Ciągle płakałam. Bałam się, że po operacji już się nie obudzę. Że to już koniec. Ordynator oddziału powiedział mi, że szanse są średnie.

12 lutego 2020 r.
Dzień operacji. Na liście byłam pierwsza. Zapamiętałam podziemne korytarze, wkłucie do kręgosłupa ze znieczuleniem. I to wszystko.
Po trzech i pół godzinach operacji nastąpiło wybudzenie. Moje pierwsze pytanie brzmiało: Która godzina? Była czternasta. Zasnęłam. Później już obudziłam się na sali pooperacyjnej, ale na oddziale chirurgii. Przyszedł chirurg, który mnie operował. Powiedział, że wszystko się udało, że mam wyłonioną stomię, ale na rok, jak wszystko pójdzie dobrze. Prawdę mówiąc popatrzyłam na niego jakby był niespełna rozumu. Jaka stomia? Leżałam owinięta bandażem, w pampersie, zupełnie nie czułam, żebym miała stomię. Tym bardziej, że moje wyobrażenie o worku stomijnym wywodziło się sprzed dwudziestu lat. Wtedy widziałam taki szary, gumowy worek. Siermiężny, podtrzymywany paskiem. U siebie tego nie czułam, uznałam więc, że to musi być pomyłka.
Kolejne dni lutego 2020 r.
Po pewnym czasie trafiłam na salę ogólną. Dwuosobową. Towarzyszyła mi starsza pani. Ciągle mnie bolało, uczyłam się siadać. Wstawać, robić kilka kroków. Pomagał mi w tym wesoły rehabilitant. Codziennie ktoś mnie odwiedzał, przychodziło mnóstwo koleżanek z pracy. Wszyscy przeżywali to, co się wydarzyło. Był to jeszcze czas tuż przed pandemią COVID – 19. Wizyty w szpitalach były możliwe. Dzisiaj cieszę się z tego, że nie byłam sama i ktoś mi pomagał. Aż do wyjścia ze szpitala przyglądałam się z przerażeniem, jak pielęgniarki i pielęgniarze obsługiwali moją stomię. Właściwie nie chciałam w ogóle na to patrzeć. Nawet pielęgniarka stomijna, wspaniała pani Ela, wówczas jeszcze mnie nie przekonała. Dopiero później zweryfikowało to samo życie.
Po wyjściu ze szpitala, luty/marzec 2020 r.
Szpital opuściłam po ośmiu dniach od operacji. Chyba w niezłym stanie, ale z dwoma workami – stomijnym i workiem na mocz. Musiałam być zacewnikowana na kolejne tygodnie. Podczas operacji chirurdzy zszyli mój pęcherz. Nie było łatwo. Ból bardzo przeszkadzał. No i stomia, która wciąż przerażała. Na drugi dzień po wyjściu ze szpitala, przyjechała do mnie przedstawicielka sklepu MED4ME z wyprawką stomijną. W tym samym dniu kurier przywiózł niezbędny sprzęt: worki i kosmetyki. O wszystko zadbała pani Ela – pielęgniarka z oddziału chirurgii onkologicznej. Trzeba było zmierzyć się z samodzielną zmianą worka. Zajęło mi to 45 minut. Ręce mi się trzęsły. Dzisiaj zajmuje mi to 5 minut. Porównywalnie do codziennej czynności mycia zębów.
Kolejne pół roku 2020 r.
Kolejne dni przynosiły poprawę mojej kondycji. W międzyczasie usunięto mi cewnik. Jakaż to była radość. Następnie zdjęto mi szwy na brzuchu. Stomia wyglądała ładnie. Chirurg wykonał dobrą robotę. Dzisiaj nadal jest regularna i okrągła, ma 30 mm i jest wypukła. Stosuję do jej obsługi cały czas ten sam sprzęt stomijny. Przyznaję, że został on dla mnie dobrany idealnie.
Nadszedł marzec i pierwsze spotkanie z lekarzem onkologiem. Pandemia była wszechobecna. Szpital wyglądał jak wymarły, gdy udałam się na zaplanowaną wizytę w poradni. Pani onkolog wszystko mi wyjaśniła, potwierdziła nowotwór złośliwy esicy z przerzutami do jajników i sieci większej. Po zabiegu resekcji należało rozpocząć leczenie w pierwszej linii, czyli chemioterapię pooperacyjną. Trwała pół roku. Wlewy i tabletki co dwa tygodnie. Najgorsza była nadwrażliwość na zimno. Jedzenie z lodówki wyjmowałam w rękawiczkach. Bolały mnie stopy.
Po chemioterapii nastąpił okres spokoju. Cieszyłam się, że jakoś się wszystko układa. Zmieniłam się i zmieniły się moje priorytety. Doceniałam każdą chwilę. Miałam nadzieję doczekać kolejnych urodzin. Pięćdziesiąte świętowałam w marcu, w trakcie chemioterapii. W grudniu wykonano mi kontrolną tomografię i świat znowu stanął na głowie. Pojawiły się przerzuty w wątrobie. Na chwilę załamałam się zupełnie. Uznałam, że już nic dobrego mnie nie czeka. W takim stanie musiałam kupić nową lodówkę, bo poprzednia odmówiła pracy. Wybrałam najmniejszą jaka była…bo po co umierającemu super sprzęt? I tak do dzisiaj mam w domu lodówkę niemal hotelową. Gdy w kolejnym roku musiałam wymienić pralkę, nie popełniłam już takiego błędu.
2021/2022
W związku z przerzutami do wątroby, rozpoczęłam nową chemioterapię – paliatywną, w schemacie lekowym. Pani doktor zaleciła mi założenie portu do podawania chemii. Nie udało się z powodów anatomicznych, po dziesięciu próbach lekarze się poddali a ja zaczęłam płakać, bo nie wiedziałam jak będę miała teraz podawaną chemię. Lekarze postanowili założyć mi PICC. Udało się, chociaż też inaczej niż u innych pacjentów. Rurka wpuszczona w ramię zatrzymała się w okolicach obojczyka, ale lekarz stwierdził, że powinno być dobrze. W kolejnych dniach rozpoczęłam chemioterapię. PICC działał do czasu. W zasadzie trzy miesiące, potem zaczął szwankować. Zaczęła boleć mnie szyja i głowa. W końcu okazało się, że chemia idzie do głowy. Po wyjęciu rurki z mego ciała, wszystko wróciło do normy. Na szczęście, ale teraz już musiałam przejść na podawanie chemii na oddziale stacjonarnym, za pomocą wenflonów. Co dwa i pół tygodnia po pięćdziesiąt godzin wlewu.
We wrześniu udało mi się wrócić do pracy w szkole. Byłam szczęśliwa. Poza tym guzy na wątrobie zaczęły się zmniejszać. Leczenie działało. Miałam wielkie nadzieje. Praca dodawała mi sił i werwy. W kontaktach z uczniami zawsze czułam się dobrze. Przez rok więc cieszyłam się pracą z dziećmi i młodzieżą, cyklicznie przyjmowałam leki w ramach chemioterapii. Po wyjściu ze szpitala każdorazowo potrzebowałam kilku dni, żeby wrócić do pełni sił. A przynajmniej względnie dobrej kondycji. Długotrwałe leczenie i choroba spowodowały, że bardzo szybko się męczę i już nie jest tak, że mogę wszystko.
W sumie przyjęłam trzydzieści cztery dawki chemioterapii, co daje 1734 godziny. Niewiarygodne, ile organizm może przetrwać. Niestety, ostatnia tomografia wykazała, że leczenie nie jest już skuteczne, pojawiły się nowe przeciwności.
Początek 2023 roku
W nowy rok weszłam z grypą, która dopadła mnie po ostatniej, grudniowej chemioterapii. Było ciężko. Potem pojawiła się nowa diagnoza: kilka nowych przerzutów w jamie brzusznej, niektóre w miejscu operowanym. Jeszcze niezbyt duże, ale jednak. Pani doktor zleciła badanie markerów nowotworowych. Od września 2022 r. podwyższyły się znacznie. Postanowiono zmienić moją linię leczenia na nową, już trzecią. Tym razem jest to chemia biologiczna. Można ją u mnie zastosować, ponieważ badanie mutacji w genach RAS BRAF nie wykazało mutacji. Lek, który aktualnie przyjmuję, jest bardzo dobrze udokumentowany jeśli chodzi o skuteczność leczenia takich pacjentów jak ja, u których wystąpiła progresja choroby w trakcie chemioterapii i po jej zastosowaniu. Moja pani onkolog wlała w moje serce nadzieję. Na razie przyjęłam dwie dawki. Efektem ubocznym jest nieładna wysypka (ale podobno im jej więcej, tym lepiej, bo to oznacza, że leczenie działa). Ponadto u mnie występują bóle brzucha, które uśmierzam lekami przeciwbólowymi. Niestety, na jakiś czas, musiałam zrezygnować z mojej pracy i przejść na zwolnienie lekarskie. Ubolewam nad tym, ale nie miałam już wyjścia.
O czym marzę? Oczywiście o wyzdrowieniu, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest to do końca możliwe. Po operacji lekarze powiedzieli mi, że tak naprawdę nigdy już nie będę zdrowa. Pewnie tak jest. Będę szczęśliwa, jeśli nastąpi zatrzymanie choroby, a guzy zaczną się zmniejszać. Chciałabym jeszcze wrócić do pracy, móc cieszyć się życiem takim jakie mam.
Wiem już, że mojej stomii nie będziemy zamykać, bo w moim organizmie nie dzieje się dobrze. Pogodziłam się z tym. Nie jest ona wielkim utrudnieniem, umożliwia pracę zawodową i w miarę normalne życie. Przez trzy lata tylko raz zdarzyło się, że mój worek stomijny odkleił się. Mało przyjemne doznanie.
Będę dalej walczyć, nie poddaję się. Mam szczęście leczyć się na świetnym oddziale chemioterapii w szpitalu, do którego trafiłam prawie trzy lata temu na SOR. Mam wokół siebie wspaniały personel, bardzo empatyczny i pomocny. Czuję się tam zaopiekowana i bezpieczna.
Przede mną trzecia dawka leczenia a za około dwa miesiące kolejna tomografia, która pokaże wszystko. Wierzę, że będzie dobrze.
Beata Wasilewska
Luty 2023
Zdjęcia: Sławomir Trojanowski