Każdy pisze, że jest szczęśliwy, że stomia dała mu drugie życie.
Ja napiszę Państwu, jak to wyglądało z mojej perspektywy. Aż do teraz…
Bolało. Bolało tak, że jadłam kilkanaście tabletek przeciwbólowych dziennie. Płakałam. Nie mogłam leżeć, siedzieć ani spać. Poszłam do ginekologa, bo bolało w okolicach jajnika. Dostałam leki i miałam zgłosić się na kontrolę po dwóch tygodniach. Ale każdego dnia ból był coraz większy.
Były takie dni, że nie mogłam zaprowadzić córki do szkoły. Nie spałam, byłam wykończona. Ginekolog stwierdził, że w USG jest wszystko w porządku i że jeśli dalej boli, powinnam zrobić USG brzucha.
Przyjechała moja mama, żeby zaopiekować się dziećmi. Pojechałam na badanie. Lekarka robiąca USG otworzyła szeroko oczy i powiedziała:
– Niech pani jedzie szybko na SOR. Tu jest taki ropień, że może w każdej chwili pęknąć.
Pojechałam.
Lekarz zrobił tomografię i powiedział:
– Pani Izo, jedziemy na oddział. Szykujemy panią do operacji.
Strach w oczach? Przerażenie? Papierosy wypadające z dłoni ze strachu…
Zadzwoniłam do mamy. Mama – jak zawsze w takich sytuacjach opanowana – powiedziała, że pakuje moje córki i zabiera je do Miastka. Wtedy rozpłakałam się jeszcze bardziej. Strach, wymioty z nerwów.
Jak mam nie widzieć dziewczynek, którymi opiekuję się sama? Są tylko ze mną. Tylko ja je przytulam na dobranoc. Do tej pory, gdy to piszę, płaczę.
Pamiętam, jak słyszałam ich głosy przez telefon:
„Mamusiu, wróć. Będziemy grzeczne”.
Boże, jak dobrze, że mam mamę i cudowną siostrę, na które w takich chwilach mogę liczyć.
Lekarze w szpitalu w Koszalinie mówili zawsze to samo:
– Pani Izo, stomia będzie problematyczna. Jest pani skrajnie otyła. To ostatni dzwonek…
Obudziłam się z workiem na brzuchu.
Kurczę… co to jest? Jak z tym żyć?
Nie wiedziałam nic. Nie wyobrażałam sobie, jak zmieniać worek, jak patrzeć na siebie. W szpitalu spędziłam trzy tygodnie. Trzy cholernie długie tygodnie bez dzieci, bez tulenia ich do snu, bez ich śmiechu.
Mama zdecydowała, że pojedziemy do niej, żebym doszła do siebie.
Ale jak dojść do siebie, skoro dzieci boją się mnie przytulić, a ja boję się spojrzeć na siebie?
Pierwsza zmiana worka?
Miałam wrażenie, że to koszmar.
Poszłam do łazienki obładowana workami, plastrami, pastami i całym wyposażeniem. Worek się odkleił – tak się spociłam, że nie wytrzymał. Wymiotowałam dwa razy, raz zemdlałam. Zrobiłam wokół siebie taki bałagan, że nie wiedziałam, jak wszystkim spojrzeć w oczy.
Po miesiącu wróciłam z dziećmi do Sianowa. Niby wszystko na wyczucie.
Pierwszy dzień i pierwsze wyjście do sklepu. Worek odkleił mi się w alejce między kawą a makaronem. Łzy, płacz, szybki krok do drzwi, żeby nikt nie widział, jak leci po mnie kupa.
W domu krzyki do lustra. Całkowity brak akceptacji.
Nigdy nie znałam żadnego stomika. Nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Mama i siostra płakały ze mną, ale mnie nie rozumiały.
Trafiłam na Waszą grupę. Na pogaduchy.
Pierwszy raz od pół roku śmiałam się przez łzy.
Ale wiedziałam jedno – ze stomią się nie polubię. Nie zaakceptuję jej. Nie cierpię siebie i swojego ciała.
Nadżerki. Ziarnina. Walka wspomagana pudrami, pastami i lapisem. Do dziś pamiętam, jak przybiegła sąsiadka wystraszona moim krzykiem.
Było kilka kolonoskopii. Byłam już nawet przyjęta na oddział chirurgii w Koszalinie – zakwalifikowana do zespolenia. Ale…
Po przyjęciu na oddział przyszedł lekarz:
– Pani Izo, nie mamy opisanej ostatniej zmiany w kolonoskopii. Niech pani wraca do domu i umówi się na kolejne badanie w Szczecinie.
Myślałam, że mnie szlag trafi. Oczyszczanie, dieta, badanie… i co? I nic!
Pojechałam do Szczecina. Tam podczas kolejnej kolonoskopii okazało się, że zmiana, która nie była opisana, to polip. POLIP! Podczas tego samego badania został usunięty.
Dostałam zielone światło na zespolenie.
Wiedziałam jedno – nie chcę wracać do szpitala, w którym wyłoniono mi stomię.
Po blisko trzech latach trafiłam do rodzinnego miasta, do lekarza, który operował każdego z mojej rodziny.
Od czasu wyłonienia stomii schudłam 50 kilogramów. Lekarz był konkretny:
– Może pani być siedemnastego?
Oczywiście!
– Listopad? Grudzień?
– Nie, pani Izo. Za tydzień.
Pierwszy raz przytuliłam lekarza.
– Pani Izo, czemu pani płacze? Boi się pani?
– Nie, panie doktorze. Ja bardzo chcę tej operacji.
Zespolenie było we wtorek. Pamiętam – w Dzień Edukacji Narodowej.
Ból, szwy… ale też ogromne szczęście.
Podczas piątkowego obchodu lekarz spojrzał na mnie i powiedział:
– O stolec nie pytam. Cały oddział słyszał radość z pierwszej kupy. Wypisujemy panią do domu.
Myślałam, że nie doczekam chwili, gdy zobaczę córki i je uściskam.
Macałam się po brzuchu i ciągle łapałam się na tym, że worek nie szeleści.
Że go w końcu nie ma.
Została przepuklina. Olbrzymia – jak powiedział lekarz.
Mam schudnąć jeszcze 10 kilogramów. Schudłam osiem.
Kolejne badania. Kolejne czekanie.
– Zróbmy operację w wakacje – powiedział lekarz. – Dojdzie pani do siebie, żeby dzieci na początek roku odprowadzić.
Czy pasuje?
Panie doktorze… czy pasuje?
Operacja. Cztery dni w szpitalu. Na drugi dzień do domu.
Dzisiaj, z perspektywy czasu, okres stomii to najczarniejszy czas w moim życiu. Niczego nie wspominam tak źle.
Może dlatego, że na początku nie miałam wokół siebie nikogo, kto mógłby mi pomóc? Może dlatego, że w szpitalu nie powiedziano mi, że może być gorzej? Że odklejanie worka jest normalne? Że stomię trzeba mierzyć?
Może gdybym to wiedziała, nie byłoby nadżerki i ziarniny.
Nie wiem.
Wiem jedno.
Stomia mnie zahartowała. Wiem, że nawet z bólem dam radę wstać, zacisnąć zęby i iść dalej. Dla siebie. Dla dzieci.
Zaczęłam o siebie dbać. Mniej jem. Jeżdżę na rowerku podczas oglądania serialu. Idę na kolonoskopię – półtora roku po zespoleniu – mimo że się boję.
Bo wiem, że lepiej się badać niż znowu mieć worek na brzuchu.
Dziś jestem bez worka. Bez przepukliny. I bez 65 kilogramów ciężaru.
I choć nadal nie akceptuję w pełni swojego ciała, doceniam każdą bliznę na brzuchu.
Bo bez nich nie wiedziałabym, jak bardzo potrafię być silna.
Nie wiedziałabym też, jakim cudem jest mieć wokół siebie rodzinę. Mamę, która zajęła się moimi dziećmi. Siostrę, która tuliła mnie i płakała tak bardzo, że w szpitalu wypadł mi dren i zapaskudziłyśmy pół oddziału.
I mam dwie mądre, silne córki, które są dla mnie całym światem.
Trzymajcie proszę kciuki za moje badanie.
Jestem nastawiona pozytywnie, choć gdzieś głęboko w środku wciąż jest strach.
Dziękuję, że jesteście. Gdybym nie trafiła na tę grupę, pewnie wpadłabym w depresję.
Dziękuję każdej osobie, która napisała do mnie dobre słowo.
Czuję się zaszczycona, że mimo iż nie mam już stomii – mogę nadal być z Wami.
Iza
11 marca 2026
Zdjęcia: archiwum prywatne Izy
Napisz komentarz