Są wydarzenia, które trwają krócej niż byśmy chcieli, ale ich echo zostaje w nas na miesiące. Są miejsca, które mają w sobie szczególną energię — a Pałac w Kobylnikach jest jednym z nich.
I są ludzie, którzy tworzą coś więcej niż grupę — tworzą wspólnotę, w której każdy może być sobą.

V edycja naszego listopadowego spotkania była właśnie taka: pełna magii, emocji, rozmów do rana, ale przede wszystkim — pełna ludzi, którzy chcą być blisko siebie. W tym roku do naszej społeczności dołączyło aż 16 nowych osób. I choć to powitania, które zawsze niosą ze sobą nutkę nieśmiałości i ciekawości, już po kilku godzinach było jasne: przyjechali „swoi”. Tacy, którzy rozumieją bez słów. Piątkowa tradycja, która stała się rytuałem — tym razem bal w zaczarowanym lesie. Piątkowy wieczór w Kobylnikach jak co roku należał do tradycyjnego balu tematycznego.
Tym razem pałacowe wnętrza zmieniły się w leśna krainę, w której świat rzeczywisty mieszał się z baśnią. Uczestnicy wcielili się we wróżki, elfy, leśne zwierzęta, duchy drzew, mchy i paprocie oraz kwiatowe nimfy — ale to był dopiero początek. Z cienia wyłaniały się prastare muchomory o czerwonych kapeluszach, wśród których kroczyła dostojna Baba Jaga wyjęta jakby prosto z baśni… choć tym razem w towarzystwie samego Czerwonego Kapturka. Po sali przechadzał się też Robin Hood, czujny jak zawsze, a tuż obok niego — kolorowa papuga w intensywnych barwach i mroczna, majestatyczna wrona, niczym strażniczka lasu i… uroczy czarny pająk, który kradł serca wszystkich, choć nikt nie do końca był pewien, czy bardziej wzrusza, czy budzi respekt. Kreatywność była absolutnie oszałamiająca. Każdy strój stawał się osobną historią — jedne pełne humoru, inne poetyckiej tajemnicy, jeszcze inne odbijały fragment czyjejś osobistej drogi, przekutej w symbol i kostium. Zaczarowany Las ożył tak realnie, że chwilami trudno było powiedzieć, gdzie kończy się zabawa, a zaczyna prawdziwa magia.
A do tego wszystkiego — DJ Martin. Choć był z nami po raz pierwszy, zachowywał się tak, jakby znał naszą społeczność od lat. Od pierwszego utworu było jasne, że wyczuł naszą energię, potrzeby i rytm, który łączy ludzi na poziomie głębszym niż taniec. Jego set nie był zwykłą playlistą. To była podróż — przez lekkość, śmiech, wzruszenie, pełnię emocji i ten rodzaj euforii, który można poczuć tylko wtedy, gdy człowiek tańczy jako „my”, a nie „ja”. Martin prowadził nas miękko i pewnie, jak przewodnik w świecie, w którym każda piosenka otwiera kolejne drzwi: jedne do wspomnień, inne do odwagi, kolejne — do czystej radości. Gdy rozbrzmiały pierwsze rytmy nocnej części balu, stało się coś charakterystycznego dla naszych spotkań — czas przestał istnieć. Czy tańce trwały długo? A może zaskakująco krótko? W tej przestrzeni godziny nie mają znaczenia. Liczy się tylko wspólna energia — a tej było tyle, że można by nią zasilić cały Zaczarowany Las. Martin zostawił po sobie nie tylko muzykę, ale i wrażenie, że był częścią nas od zawsze.

Sobota — dzień ciszy, uważności, spotkań i głębokiej transformacji Sobotnie przedpołudnie przywitało nas malowniczą zimową scenerią. Jezioro Gopło skrzyło się chłodnym światłem, a delikatna mgła oplatała drzewa, tworząc krajobraz niemal filmowy. Wielu uczestników wybrało się na spacer — dla jednych był to moment na rozmowę, dla innych na samotny oddech i zebranie myśli. Wszystko w rytmie natury. „Przebudzenie Wewnętrznych Mocy” – kurs głębokiej relaksacji z Moniką Cisło (Soma Breath). Tuż przed obiadem przyszła pora na jedno z najbardziej poruszających doświadczeń tego weekendu. Monika Cisło poprowadziła kurs głębokiej relaksacji oparty na pracy z oddechem, wizualizacjami i technikami odpuszczania napięcia. Jej program, który krok po kroku uczy świadomej pracy z energią ciała — dla wielu uczestników stał się momentem przełomowym. To przestrzeń, w której:
Niektórzy mówili później, że „to była podróż w głąb siebie, której bardzo potrzebowali”. Inni — że „dawno nie byli tak spokojni”. Jeszcze inni — że „zrozumieli wreszcie, jak oddychać naprawdę”. Popołudnie z Małgosią Kwarciak – emocje, których nie trzeba się bać Po południu spotkaliśmy się z psycholożką i trenerką Małgosią Kwarciak. Jej warsztaty — tak dobrze znane części uczestników — jak zawsze były pełne:
Mówiliśmy o sile, którą każdy ma w sobie, ale nie zawsze potrafi ją zauważyć. O tym, jak ważne jest wsparcie. I o tym, że nie trzeba być „twardym”, żeby być silnym. Uczestnicy nie tylko odpoczywali — uczyli się narzędzia, które mogą zabrać ze sobą do codzienności, by lepiej radzić sobie z napięciem, trudniejszymi emocjami i przeciążeniem.

To był czas, w którym oddech stawał się drogowskazem. Wieczorny koncert The Postman – muzyka, która porusza serca i… nogi. A potem nadszedł sobotni wieczór — ten, na który wielu z nas czekało od chwil, gdy tylko pojawiliśmy się w pałacu. Gdy światła przygasły, a pierwsze dźwięki gitar rozlały się po sali, stało się jasne, że czeka nas coś wyjątkowego. Scena należała już tylko do The Postman — zespołu, który od pierwszego utworu udowodnił, jak ogromną moc ma muzyka grana z pasją. Ich koncert był jak otwarcie bramy do czasów, w których królowała melodyjność, serce biło w rytmie rock’n’rolla, a świat zdawał się trochę prostszy. Zagrali najpiękniejsze covery The Beatles, Czerwonych Gitar, Elvisa Presleya i innych legend, nadając im świeżość, ale pozostając wiernymi ich duchowi. Publiczność momentalnie podchwyciła klimat — śpiewaliśmy razem już od pierwszych taktów. Każdy kolejny utwór podnosił temperaturę wieczoru. Było w tym coś miękkiego, nostalgicznym, ale też żywego i energicznego. Tańczyliśmy, bo nogi same rwały się do tańca — bez zastanowienia, bez skrępowania, po prostu z radości bycia razem. Gitary brzmiały jak srebrne struny emocji, wokale niosły się po pałacowych sufitach jak echo wspomnień, a my daliśmy się ponieść tej muzycznej fali. Uśmiechy, okrzyki, brawa, spontaniczne pląsy – trudno było usiedzieć w miejscu, bo The Postman mają tę rzadką zdolność: budzą w ludziach czystą radość. Kiedy nadszedł finał, nikt nie chciał, by to się skończyło.
Ostatnia nuta zawisła w powietrzu jak obietnica. I choć wieczór dobiegł końca, jedno było pewne: takie koncerty nie znikają — zostają w sercu jak ulubiona melodia, którą nucimy jeszcze przez wiele dni. Koncert był pięknym zwieńczeniem dnia pełnego emocji. A później? Jak to zwykle u nas — rozmowy, śmiech i poczucie, że jesteśmy tu dla siebie nawzajem. Fundacyjne tradycje pełne wzruszeń

Po koncercie przyszła pora na to, co w naszej społeczności ma szczególne znaczenie: symboliczne przyjęcie nowych osób do fundacyjnej rodziny. Każdy nowy uczestnik otrzymał od nas różyczkę, która jest nie tylko gestem powitania, lecz także symbolem: delikatności, odwagi, piękna i drogi, którą każdy z nas idzie po swojemu, ale nigdy sam. A tym, którzy są z nami już piąty raz, wręczyliśmy wyjątkową niespodziankę — pamiątkowe zdjęcia z poprzednich spotkań, które poruszyły serca, przywołały wspomnienia i przypomniały, jak wiele drobnych momentów tworzy historię naszej wspólnoty. To były chwile wzruszeń, uśmiechów i wdzięczności. Chwile, które po raz kolejny pokazały, że to, co tworzymy razem, ma głębszy sens.
Niedzielny poranek – czas pożegnań i wdzięczności Niedzielny poranek przyniósł to charakterystyczne uczucie: „Jak to możliwe, że to już koniec?” Były uściski, wymiana numerów, ostatnie rozmowy przy kawie, wspólne zdjęcia w korytarzach i przy oknach pałacu. Wrzucaliśmy sobie nawzajem fotografie na telefony, dopisywaliśmy notatki „żeby nie zapomnieć”, a w międzyczasie padło wiele zdań, które zatrzymują na chwilę: „Dobrze było tu być.” „Tego mi było trzeba.” „Spotkamy się znowu — gdziekolwiek będzie kolejny listopad.” Bo nie miejsce tworzy tę magię. Tworzą ją ludzie, którzy przyjeżdżają z otwartością, serdecznością i odwagą, by być razem — naprawdę razem.
Wyjeżdżaliśmy z pełnymi sercami, lekkim niedosytem i wielką wdzięcznością za to, co wydarzyło się przez te trzy dni.
A teraz… już niecierpliwie czekamy na kolejny listopad i kolejną wspólną opowieść — tym razem w Podwodnym Świecie. Bo kiedy spotykają się dobrzy ludzie, magia po prostu się dzieje.
Dziękujemy. Za odwagę, obecność i zaufanie.
To dzięki Wam te listopadowe spotkania — nieważne, gdzie będą — zawsze mają w sobie coś, co zostaje w człowieku na długo: poczucie przynależności i wspólnej drogi.
Do zobaczenia w kolejnym świecie pełnym magii.
Kobylniki, 30 listopada 2025
zdjecia Kamil Kozielewicz