UPARCIE I SKRYCIE
„Uparcie i skrycie” to hołd dla tych, którzy wybrali drogę autentycznego bycia sobą, nie zważając na opinie czy oceny otoczenia. To opowieść o ludziach czerpiących czystą radość z istnienia, którzy poprzez nieustanny rozwój duchowy i emocjonalny udowadniają, że miłość do życia jest najpiękniejszym z ludzkich celów.

W jesiennym numerze naszej gazety oddajemy w Wasze ręce materiał, jakiego w tym cyklu jeszcze nie było. To jedna opowieść, w której kryją się dwie niezwykłe historie. Choć losy bohaterów biegły osobno, pielęgnując ich indywidualność i determinację, w pewnym punkcie splotły się niczym ścieżki, które po prostu musiały się przeciąć. Przygotujcie się na inspirujące spotkanie z niesamowitymi osobami, które kochają życie w sposób wyjątkowy i niezwykły.

Poznajcie Magdę i Szymona.
Nazywam się Szymon Lazar, mam 36 lat i pochodzę z Pszczyny – malowniczego miasta na Śląsku. Z wykształcenia jestem inżynierem budownictwa, choć moją pierwszą wyuczoną profesją było kucharstwo.
A ja nazywam się Magdalena Wójcik. Pochodzę z Bielska-Białej: tam się urodziłam i wychowałam. Mam 38 lat, jestem jedynaczką. Na co dzień pracuję jako nauczycielka języka angielskiego, zajmuję się również tłumaczeniami. Z tym że nie jestem tłumaczem przysięgłym. Od dziecka z łatwością przychodziła mi nauka tego języka. Studia licencjackie ukończyłam w swoim rodzinnym mieście – na Akademii Techniczno-Humanistycznej, dziś jest to już Uniwersytet Bielsko-Bialski. Tam zrobiłam dwie specjalizacje: nauczycielską i translację. W Krakowie kontynuowałam naukę na Uniwersytecie Pedagogicznym – dziś Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej.

Diagnoza i walka z ukrytą chorobą
Szymon
Od 2011 roku, w wyniku choroby nowotworowej, poruszam się na wózku. Pierwsze niepokojące sygnały zauważyłem pod koniec 2010 roku. Podczas gry w piłkę czułem, że noga nie układa się tak, jak powinna, ale kładłem to na karb gorszej formy. Z czasem jednak objawy narastały – w karnawale, podczas tańca, nogi po prostu przestawały mnie słuchać. Wiosną zacząłem pracę jako spawacz na nocne zmiany. Praca była stojąca i ciężka, więc gdy wracałem do domu z „ołowianymi” nogami, wierzyłem internetowym diagnozom, że to jedynie skutek przeciążenia i niedokrwienia. Aby to „rozbiegać”, po każdej 12-godzinnej szychcie, zamiast odpocząć, robiłem jeszcze siedmiokilometrowy trening wokół lasu. Punkt zwrotny nastąpił pod prysznicem – poczułem, że po moich udach spływa woda, ale nie potrafiłem określić jej temperatury. Gdy uszczypnąłem się w nogę i nie poczułem bólu, dotarło do mnie, że dzieje się coś bardzo złego. Dzięki prywatnej wizycie u neurologa szybko trafiłem na oddział. Był Wielki Tydzień. Jako osoba wierząca, mocno przeżywałem ten czas, a diagnoza, która przyszła w Wielki Piątek – guz w rdzeniu kręgowym – wydała mi się niemal symbolicznym wyrokiem. Mimo strachu przed paraliżem, zdecydowałem się na operację. Miałem być operowany zaraz po świętach .Na miejscu spotkało mnie jednak rozczarowanie. Ordynator w Jastrzębiu uznał, że przypadek jest zbyt trudny. Skierowano mnie do Sosnowca, a stamtąd na dodatkowe badania do Gliwic. Mój stan pogarszał się z dnia na dzień. Podczas rezonansu w Gliwicach doszło do tragedii – prawdopodobnie w trakcie badania guz pękł, tworząc krwiak. Ze szpitala wypisano mnie już w stanie paraliżu, każąc czekać na wyniki w domu. Weekend majowy był walką o przetrwanie. Organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa: pojawiła się wysoka gorączka i bolesne powikłania. Gdy w poniedziałek karetka zabrała mnie do Sosnowca, lekarze operowali mnie w trybie natychmiastowym. Niestety, wylana krew nieodwracalnie uszkodziła strukturę rdzenia. Powrót do rzeczywistości po operacji był brutalny. Błędy w opiece doprowadziły do niedrożności jelit, co skutkowało dniami bez jedzenia oraz picia. Potem przyszły długie miesiące w szpitalach i sanatorium w Reptach, gdzie uczyłem się życia na wózku. Do problemów z poruszaniem się doszła kolejna diagnoza – choroba Leśniowskiego-Crohna, którą początkowo brano za nawrót nowotworu. Jako osoba sparaliżowana nie czuję dolnej połowy swojego ciała, co sprawiło, że proces chorobowy toczył się w ukryciu – nie odczuwałem bólu, a o problemach dowiadywałem się dopiero po fakcie. Przez lata zmagałem się z ogromnymi trudnościami przy wypróżnianiu i częstymi „awariami”. Dopiero ostre zapalenie dwunastnicy i badanie USG naprowadziły lekarzy na właściwy trop. Wykryto stan zapalny w końcowym odcinku jelita cienkiego, co później potwierdziły enterografia i kolonoskopia.
Magda
Moja sytuacja jest dość skomplikowana ze względu na niepełnosprawność – mam przepuklinę oponowo-rdzeniową zwaną także rozszczepem kręgosłupa. Poruszam się na wózku inwalidzkim. Ta choroba to tak naprawdę zespół różnych zaburzeń, między innymi zaburzenia układu moczowego oraz wydalniczego. Natomiast sama wada nie miała bezpośredniego wpływu na wyłonienie stomii. To, co o niej przesądziło, to refluks piątego stopnia do nerek. Schorzenie to wiązało się z licznymi zakażeniami dróg moczowych i pęcherza. Na tamten moment, czyli na przełomie lat 80/ 90 niewiele wiedziano na temat samej przepukliny czy chorób nerek. Wiem z opowiadań, że lekarze nie dawali mi większych szans na przeżycie, nie mówiąc już o samodzielnym funkcjonowaniu. W wieku 5 lat przeszłam zabieg Brickera, czyli wyłonienia urostomii.


Życie w cieniu choroby
Szymon
Choroba zdominowała moją psychikę. Każde wyjście z domu wiązało się z paraliżującym stresem i pytaniem: „Czy zdążę?”. Z tego powodu rezygnowałem z życia towarzyskiego, a praca stacjonarna była psychiczną katorgą, uniemożliwiającą skupienie. Doszło do tego, że podczas studiów potrafiłem nie jeść przez cztery dni z rzędu, byle tylko uniknąć problemów na uczelni. Moja codzienność była walką – godziny spędzane w toalecie, fizyczny wysiłek przy wypróżnianiu, a na koniec i tak poczucie klęski i brudu.
Magda
Operacja była skomplikowana, ale ku zdziwieniu wszystkich, nawet lekarzy, goiłam się bardzo dobrze i szybko. Jednak po wyjściu ze szpitala już tak łatwo nie było. Worki, których używałam, przeciekały. Każde zerwanie plastra to był duży ból. Moje ciało nie było do tego przyzwyczajone. Jako mała dziewczynka nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Jednak cierpliwie znosiłam te dolegliwości. Chyba najgorzej wspominam okres nastoletni. Wiadomo, hormony i… wszystko się zmienia. Chciałam bardzo uczestniczyć w życiu towarzyskim, ale wewnątrz zawsze czułam się „inna”. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział o tym, z czym się zmagam. Z jednej strony żyłam dość aktywnie, bo i pływałam, i chodziłam z rówieśnikami w różne miejsca. Psychicznie jednak było momentami bardzo ciężko. Ogromnie ważnym elementem było wsparcie najbliższej rodziny – mama i tata byli zawsze przy mnie. Dalsza część rodziny również bardzo mnie wspierała.


Decyzja o stomii: Nowy początek
Szymon
Na stomię zdecydowałem się, gdy moja psychika całkowicie siadła. Konsultacje z gastrologiem i chirurgiem doprowadziły do wyznaczenia terminu na marzec 2026 roku. Bardzo bałem się powikłań, mimo że wiedziałem, iż to moja jedyna szansa na normalność. Los jednak przyspieszył bieg zdarzeń. Pod koniec stycznia odebrałem telefon: „Panie Szymonie, operujemy 6 lutego”. Stres był ogromny, pojawiły się myśli o rezygnacji, ale stawiłem się na oddziale. Ze względu na nagły przypadek innego pacjenta, mój zabieg przesunięto na 9 lutego. To dla mnie szczęśliwa data – dokładnie 15 lat wcześniej, również dziewiątego (tyle że maja), przeszedłem operację usunięcia nowotworu. Rekonstrukcja pooperacyjna zajęła mi około trzech tygodni. Fizycznie czułem się obolały, ale to powrót do domu i nauka obsługi stomii przyniosły psychiczną ulgę. Dziś moją stomię nazywam pieszczotliwie „Wariatką”. Czas poświęcony na wymianę sprzętu stał się dla mnie chwilą spokoju. Nie śpieszę się – cieszę się tym, że moje ciało w końcu pracuje, a ja odzyskałem nad nim kontrolę.
Magda
Tak jak wspomniałam – jestem osobą z niepełnosprawnością i stomia to nie jest jedyny problem. Samego wyłonienia dobrze nie pamiętam, bo byłam małą dziewczynką, a życie ze stomią to moja codzienność od ponad 30 lat. Przy dobrze dobranym sprzęcie życie ze stomią to dobre życie.


Pasje i plany na przyszłość
Szymon
Mimo niepełnosprawności zawsze starałem się być aktywny. Trenowałem szermierkę na wózkach, uwielbiam koncerty (od rapu po muzykę symfoniczną) i mecze piłki nożnej. Kocham gotować dla przyjaciół i cenię sobie chwile ciszy na łonie natury. Obecnie skupiam się na pracy i budowaniu relacji z moją „Wariatką”. Powoli wracam do życia z czystą głową. Moje plany? Powrót do sportu i na siłownię, dokończenie budowy domu i przeprowadzka. Przede wszystkim jednak marzę o podróży ze spokojną głową – bez lęku, że jelita pokrzyżują mi plany.
Magda
Z racji tego, że jestem dość spontaniczną osobą, nie planuję długoterminowo. Żyję tu i teraz. Kto wie, co mi przyjdzie jutro do głowy? Nie mam jednego hobby, jestem otwarta na smakowanie życia :)
Zawsze lubiłam języki obce, jednak to angielski stał się tym wiodącym. Dzięki jego znajomości mogę bez problemu dogadać się praktycznie wszędzie. A że uwielbiam podróżować (odwiedziłam już ponad 20 państw i nie zamierzam się zatrzymać), znajomość obcego języka jest kluczowa.
Teraz żyję aktywnie: pływam, trenuję na siłowni, wychodzę dość często do teatru, co uwielbiam, spotykam się ze znajomymi. Moim największym szalonym pomysłem był skok ze spadochronem. Długo o nim marzyłam, ale nie sądziłam, że to mi się uda, i to dwa razy!!!! Było cudownie – polecam każdemu.


Podróże-te które były i te, które będą
Szymon
Jeśli chodzi o podróże, to w moim życiu było ich dotąd niewiele. Problemy z jelitami stały się moją największą barierą – nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną. Strach przed tym, co może się stać w miejscu publicznym, często zamykał mnie w domu. Mimo to udało mi się kilka razy dotrzeć nad polskie morze, a nawet dwukrotnie zdobyć Morskie Oko.
Gdzie chciałbym pojechać? Szczerze mówiąc: gdziekolwiek. Marzę o tym, by w końcu poczuć wolność, jaką dają wycieczki objazdowe, by móc zwiedzać świat bez ciągłego lęku. Moje myśli uciekają czasem bardzo daleko – fascynuje mnie Azja, Korea, Japonia czy Ameryka. Jednak na ten moment nie szukam konkretnego punktu na mapie. Chciałbym po prostu móc „wyskoczyć” przed siebie i poczuć, że mimo wszystko świat stoi przede mną otworem.
Magda
Moja pierwsza podróż zagraniczna odbyła się w 2005 roku. Było to niedługo po śmierci naszego Papieża Jana Pawła II. Pamiętam jak dziś moment, gdy oglądałam transmisję z pogrzebu Papieża i razem z mamą pomyślałyśmy jakie to musi być niesamowite przeżycie tam być. Kilka godzin później dostałam telefon od koleżanki, która wpadła na pomysł by odwiedzić Włochy razem ze mną! To było coś nieprawdopodobnego. Ze względu na swoją niepełnosprawność i stomię bardzo się stresowałam, a jednak okazało się, że zgodnie z powiedzeniem to tylko „strach ma wielkie oczy”. Wszystko było w porządku, Warto dodać, że dokładnie 10 lat później z tą samą koleżanką poleciałyśmy w to samo miejsce!!!
Jednak to od 2014 roku zaczęłam regularnie podróżować. Z każdą podróżą czułam się coraz pewniej, nauczyłam się prosić o pomoc, wzrósł też mój poziom samodzielności.
Najdalej byłam w USA i na Kubie. Na pewno z największym sentymentem wspominam Stany Zjednoczone i Kanadę (pewnie przez wzgląd na swój zawód), ludzie, otoczenie, styl życia – coś niesamowitego! Z drugiej strony Kenia-całkiem inna mentalność, natura i ta dzikość. To dwa odrębne światy, ale to w Kenii poczułam, jak można pięknie żyć, mimo że bieda tam aż piszczy. Z każdej podróży wynoszę jakąś lekcję, każda zapada w pamięć na całe życie. Nie będę ukrywać, że najchętniej zwiedziłabym cały świat.
Nie spróbowałam jeszcze podróży solo, a wiem, że są osoby na wózkach podróżujące na własną rękę. Jeszcze nie czuję się na siłach, natomiast zawsze powtarzam, że mam szczęście do ludzi i to z nimi realizuję swoje zwariowane pomysły. A na podróż w pojedynkę może przyjdzie kiedyś pora….

Nasze tu i teraz
Magda
Obecnie nadal uczę i tłumaczę. Przyzwyczaiłam się do stomii; niektórzy znajomi czy ludzie, z którymi rozmawiam, są bardzo zaskoczeni, że w ogóle coś takiego mam. Niepełnosprawność również sprawiła, że trafiłam do Fundacji Aktywnej Rehabilitacji, której celem jest aktywizacja osób po urazie rdzenia kręgowego. To dzięki fundacji stałam się instruktorem. Pomagam, uczę ludzi funkcjonowania na wózku inwalidzkim i wspieram ich w dążeniu do samodzielności. To właśnie tam poznałam Szymona. Nie połączyło nas ani mieszkanie po „sąsiedzku”, ani fakt posiadania stomii, tylko chęć nas obojga do aktywnego życia mimo ograniczeń, jakie niesie ze sobą fakt poruszania się na wózku inwalidzkim. Tekst oddajemy do druku przed Piknikiem bez Barier w Goczałkowicach, ale już dziś wiem, że będzie to super czas, w którym my – jako „tubylcy” – spotkamy się z Różowymi Torbaczami i ich przyjaciółmi i pokażemy im piękne tereny, na których mieszkamy. Cieszę się ogromnie, że Szymon skontaktował mnie z sympatycznymi ludźmi z Fundacji Stomalife, bo jak widać, mimo długiego stażu urostomiczki, sama Was nie znalazłam. Cieszę się z tego bardzo.
Szymon
Dokładnie tak było. Magdę poznałem najpierw jako moją trenerkę i instruktorkę. Od razu wyczułem w niej Bratnią Duszę i nie myliłem się. Z każdą rozmową okazywało się, że łączy nas coraz więcej i tyle mamy ze sobą wspólnego. Razem dołączyliśmy także do Fundacji Stomalife, dzięki czemu będziemy mogli być współorganizatorami pikniku w Goczałkowicach, a także w gazecie „Po prostu żyj” podzielić się z Wami naszą historią, Drodzy Czytelnicy.

Słowo dla innych
Szymon
Wszystkim życzę przede wszystkim zdrowia i obecności kochających ludzi. Nie bójcie się prosić o pomoc. Każdy z nas mierzy się ze swoimi problemami, a życie bywa trudne. Mimo to wierzę, że dzięki wytrwałości, akceptacji i daniu sobie czasu wszystko można poukładać.
Magda
Tak sobie czasami myślę, że często się mówi, iż to zdrowie jest najważniejsze. Ja swoje utraciłam już na początku; zatem straciłam wszystko? Teraz więc mogę tylko zyskać!!! Gdy wydaje Ci się, że jesteś na mecie i już wszystko jest przesądzone, może okazać się, że to dopiero jest Twój start.
Magdalena Wójcik i Szymon Lazar
Czerwiec 2026
Zdjęcia: Sandra Rostkowska