Jest kwadrans po piątej. Koleżanka Zosia pewnie wypiła już pół kawy na swoim ósmym piętrze. U mnie również pachnie kawą – tym razem bez kardamonu, bo jak wiecie, obiecałem naszej wędrowniczce Izce, że taką wypijemy razem podczas planowanej przeze mnie wyprawy, o której wspomniałem w poprzednim poście. A więc plan już jest!
Wróćmy jednak do kawy. Sam jej zapach jest tak ekscytujący i zniewalający, że wszystko za oknem od razu staje się piękniejsze. Biorę łyk i patrzę na zamglony krajobraz. Coś mi się wydaje, że powoli zbliża się jesień – i nie tylko ja odnoszę takie wrażenie. Chociaż lato jeszcze nie ustępuje ze swojego pachnącego zielenią tronu.

Coraz ciężej znoszę chemię. A może tylko mi się tak wydaje? Może jestem już po prostu zmęczony. Dwa i pół roku to jednak spory kawał czasu. Zapewne właśnie dlatego coraz bardziej doceniam to, co widzę za oknem podczas tych letnich poranków. Mgiełka opadająca coraz niżej wygląda wręcz bajkowo.
Przypomniał mi się pewien poranek sprzed operacji. Postanowiłem wtedy zrzucić dziesięć kilogramów i zabrałem się za to poprzez sport. Dzień zaczynałem od przejażdżki rowerowej. Któregoś razu – było to pod koniec lata, chyba już we wrześniu – pojechałem nad Słupię.
Zatrzymałem się w miejscu, w którym ścieżka wkraczała na podmokłą łąkę, i obserwowałem budzące się życie. Kiedy mgła zaczęła opadać, widoczność zmniejszyła się niemal do zera. Unosiła się niziutko nad trawami, a ponad nią wystawała tylko moja głowa. Przed oczami miałem mleczną, poranną kołderkę otulającą całą okolicę.
Dzisiaj widzę podobny obraz, chociaż tym razem z góry – z mojego czwartego piętra. To piękny, świeży, wciąż jeszcze letni widok. Zapowiada, że niedługo coś zacznie się zmieniać, ale każe nam jeszcze trochę poczekać. Są przecież wielbiciele kolorowej jesieni. Ja osobiście lubię wszystkie pory roku.
Trochę podobnie jest z naszym zdrowieniem. Trzeba wytrwale do niego dążyć, choć jest to proces trudny, żmudny i wymagający cierpliwości. Czekanie na pierwsze oznaki poprawy bywa chyba najtrudniejsze – szczególnie wtedy, gdy ludzie wokół nie rozumieją, co właściwie nam jest. Nawet jeśli nie mają złych intencji, ich słowa lub zachowanie mogą przynieść skutek zupełnie inny od zamierzonego.
Nie wolno jednak się zrażać. Czas może pomóc zagoić część ran, ale my również możemy zrobić coś dla siebie. Potrzebna jest głowa możliwie wolna od kompleksów, lęku i cudzych ocen. Każdy musi znaleźć na to własny sposób. Jeżeli go znajdziemy, to już połowa sukcesu.
Później wszystko wygląda trochę jak za moim oknem. Najpierw pojawia się mgła – niby bajkowa, a jednak skrywająca w sobie coś niepokojącego. Potem nieśmiało wychodzi słońce. Jego promienie stopniowo odganiają złe duchy, aż wreszcie zaczyna się rozpychać i przejmuje całą okolicę.
A wieczorem niebo staje się różowe. To nasz kolor i nikt nam go nie odbierze. Fuksja zostanie już ze mną. Co prawda różowej wiertarki w lodówce nie mam, ale ten kolor przeplata się przez moje życie już od pięciu lat.
Inspiracją do tej części było zdjęcie Agi Siedlarskiej, które – oczywiście za jej pozwoleniem – skradłem do tego wpisu.
Jeżeli lubicie muzykę, proponuję posłuchać przy kawie utworu Lidii Jazgar „Słowa” z płyty „Zaklęcia”.
Do miłego spotkania!
PS W następnym poście pojawi się trzeci i ostatni wiersz z cyklu „W czereśniowym sadzie”. Nieco później wrócę natomiast do wspomnień i przytoczę rymowaną opowieść o moim pierwszym spotkaniu w Kruszwicy.
Radek Grabowski
Słupsk, 27 sierpnia 2026
Napisz komentarz