Pamiętam, jak napisałem krótki post zatytułowany „Idzie lato”. Wystarczyły wtedy trzy dni upałów, żeby pojawiły się narzekania, że jest za gorąco. Tu, nad morzem, było dla mnie całkiem przyjemnie. Gorzej mogli czuć się mieszkańcy bardziej południowych regionów Polski, gdzie temperatury rzeczywiście dawały się we znaki i padały wieloletnie rekordy ciepła.
Odgrażałem się nawet, że dam na tacę, żeby ktoś tam na górze mnie wysłuchał i zesłał deszcz aż do listopada. Ostatecznie powstrzymałem się od tego procederu. Wiem przecież, jak wiele osób czekało na lato i na kawę, chociażby w Stilo. Pamiętam też słowa: „Ja nad morzem, a u mnie 30 stopni!”. Tymczasem nad morzem było 22 stopnie i wiał wiatr.
Później nadszedł „lipcopad”, jak trafnie nazwała go moja fantastyczna koleżanka. W prognozach pogody opowiadano o wyżach i niżach, a mapy Polski przybierały wszystkie odcienie niebieskiego. W tym samym czasie Europa Zachodnia była rozgrzana do czerwoności.
Znów nie mogę spać, choć tym razem wcale nie jestem po chemii. Jest 5.30, a ja czuję się wyspany. Jak to w ogóle brzmi?
Najdłużej śpię nieprzerwanie zaledwie dwie godziny. Mój sen wygląda tak już od pięciu lat. Czasami jednak coś się zmienia i udaje mi się przespać nawet cztery godziny. Nie zdarza się to często, ale takie małe szczęścia zawsze bardzo mnie cieszą.
Dzisiaj również obudziłem się wcześnie. Początkowo myślałem, że czeka mnie wizyta w pomieszczeniu, do którego nawet król chodzi piechotą, ale nie. Poszedłem prosto do kuchni. Już pachnie kawą – tak intensywnie i egzotycznie, że zastanawiam się, czy ją wypić, czy jeszcze przez chwilę napawać się samym aromatem.
Wszyscy domownicy nadal śpią, a mnie – jak to często bywa przy porannej kawie – nachodzą wspomnienia.
Pamiętam, jak odwiedziłem Dorotkę. Przechodziła wtedy bardzo trudny czas, ale miała w sobie ogromną siłę. Mimo choroby pojechała z nami na wycieczkę, a później sama wróciła samochodem do domu. Mnie natomiast udało się pokonać kilka wzniesień, które w tamtym czasie były dla mnie naprawdę poważnym wyzwaniem.
Góry są niesamowite. Mają niepowtarzalny urok. Ich wschody i zachody słońca zostają w człowieku na zawsze, by później powracać w najmniej spodziewanych momentach.
Ja jednak jestem znad morza i chyba już bym się stąd nie wyprowadził. Lubię te tereny, chociaż przyznam bez bicia, że zawsze chciałem mieszkać w górach albo przynajmniej gdzieś w ich pobliżu. Niewiele brakowało, a właśnie tam zaparkowałbym na dłużej. Miałbym wtedy blisko na kawę w zielonym kubku. A tak – trzeba przejechać niemal całą Polskę.
Ta kawa w Beskidach pozostaje więc na razie w sferze marzeń. Łączy się z kolejnym – Rusinową Polaną w pięknych Tatrach. A stamtąd już całkiem blisko do następnego: wejścia na Ślężę.
Jak wiadomo, marzenia się spełniają. Czasami trzeba im trochę pomóc, bo jakżeby inaczej? Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś stały się rzeczywistością.
Ciąg dalszy nastąpi.
PS Patronką dzisiejszego wpisu jest moja ulubiona polska wokalistka, Kaśka Sochacka, i jej utwór „Niebo było różowe”. To właśnie ta piosenka zainspirowała mnie do zrobienia zdjęcia, które zamieszczam przy tym poście.
Trzymajcie się ciepło i do zaś!
Radek Grabowski
Słupsk, 16 sierpnia 2026
Napisz komentarz