Wiercę się i wiercę,
nie mogę zasnąć.
Próbuję, ale nic z tego —
dzisiaj pełnia.
Znam to uczucie aż za dobrze. Niby wszystko jak zawsze: ten sam pokój, ta sama cisza, ta sama pora. A jednak coś jest inaczej. Jakby ciało nie chciało współpracować z głową. Jakby w środku było za dużo energii jak na noc.
Czuję się dziwnie pobudzona,
jakbym miała za dużo energii,
myśli lecą w każdą stronę,
a ciało nie chce się wyciszyć.
Zamykam oczy — i zamiast spokoju pojawia się chaos. Przypominają mi się rzeczy sprzed tygodnia, miesiąca, czasem nawet lat. Analizuję, rozkładam na części, wracam do sytuacji, które dawno powinny być już zamknięte. Wszystko nagle wydaje się bardziej intensywne.
Trochę jak wilkołak —
niby żart, ale coś w tym jest.
Noc się ciągnie,
a sen nie przychodzi.
Pełnia księżyca od zawsze była czymś więcej niż tylko zjawiskiem na niebie. W wielu kulturach przypisuje się jej wpływ na ludzi — na emocje, sen, zachowanie. Niektórzy mówią, że to mit, inni przysięgają, że naprawdę coś się wtedy zmienia.
I szczerze? Coś w tym jest.
Mówi się, że podczas pełni śpimy płycej, częściej się wybudzamy, a nasz organizm jest bardziej „czujny”. Emocje są wyraźniejsze — zarówno te dobre, jak i trudne. To, co na co dzień udaje się zignorować, nagle wychodzi na powierzchnię. Myśli są głośniejsze, ciało bardziej napięte.
Jakby ktoś podkręcił wszystko o jeden poziom wyżej.
Niektórzy wykorzystują ten czas zupełnie inaczej.
Kiedy byłam na Bali, świętowałam to inaczej. Pełnia to moment zatrzymania. Ludzie biorą udział w rytuałach oczyszczających, składają ofiary w świątyniach, medytują. Zapalają kadzidła, ubierają się odświętnie, skupiają się na tym, żeby oczyścić głowę i emocje. To czas refleksji i powrotu do równowagi.
Z kolei w Tajlandii pełnia ma zupełnie inne oblicze.
To noc, która nie służy spaniu. Słynne Full Moon Party przyciąga ludzi z całego świata — muzyka, światła, energia, która nie pozwala stać w miejscu.
Tańczyłam tam do białego rana, kompletnie zatracona w chwili, zmęczona, ale jednocześnie pełna życia.
Dwie zupełnie różne drogi.
A ta sama noc.
A ja?
Jestem gdzieś pomiędzy.
Nie medytuję na plaży i nie tańczę co miesiąc do rana. Leżę w łóżku, patrzę w sufit i próbuję zrozumieć, co się właściwie dzieje. Czy to naprawdę wpływ księżyca, czy po prostu moment, w którym wszystko zwalnia na tyle, że zaczynam słyszeć własne myśli.
Może jedno i drugie.
Chyba nie ma sensu z tym walczyć. Może zamiast próbować zasnąć na siłę, lepiej po prostu pozwolić tej nocy być taka, jaka jest. Trochę niespokojna, trochę intensywna, trochę inna niż zwykle.
Niekiedy wybieram jeszcze inną drogę.
Ceremonię kakao — często w grupie.
Czasem łączy się to z ecstatic dance — wolnym tańcem z ciała i serca, bez schematów, bez ocen.
Najpierw ruch, emocje, energia,
a na końcu wspólne zatrzymanie
i kakao ceremonialne — gęste, intensywne,
o wysokim stężeniu.
Tak miałam okazję świętować pełnię księżyca we Francji.
I wtedy ta noc ma zupełnie inny smak.
A Ty — jak przeżywasz pełnię księżyca?
Psycholożka Yona
11 maja 2026
Napisz komentarz