
Nowotwory pęcherza moczowego mogą pojawić się w każdym wieku, jednak najczęściej dotykają mężczyzn między 50. a 80. rokiem życia. Ale co, jeśli choroba pojawia się wcześniej i w zupełnie nieoczekiwanym momencie? Czasem zaczyna się od niewinnych objawów, które łatwo pomylić z infekcją. Tak było w moim przypadku.
Grudzień 2022. „Badania są dobre, kilka bakterii w moczu to zapalenie pęcherza. Przepiszę antybiotyk, powinno po nim przejść” - usłyszałam od lekarza. Ale nie przeszło. Objawy raz nasilały się, raz ustępowały, co sprawiało, że trudno było ocenić, czy leczenie działa. To właśnie wtedy moje problemy z pęcherzem zaczęły się na dobre. Zaczęłam krążyć od lekarza do lekarza, od gabinetu do gabinetu, od apteki do apteki, testując różne antybiotyki i domowe sposoby. Nic nie przynosiło długotrwałej ulgi. Coraz częściej odwiedzałam łazienkę, - choć, szczerze mówiąc, zawsze miałam skłonność do częstego oddawania moczu. Przecież nawet lekarz kiedyś powiedział mi, że „taka moja uroda”, a moja mama miała podobnie. Ale to nie było tylko częstsze korzystanie z toalety. W grudniu 2022 roku pojawił się dyskomfort, którego początkowo nie umiałam dokładnie określić. Czy to pęcherz, czy może coś innego? Pieczenie, szczypanie - typowe objawy infekcji intymnych, więc umówiłam się na wizytę u ginekologa. Badanie USG dopochwowe i cytologia - wszystko w normie. Więc co mi jest? Znów wróciłam do lekarza. Wyniki krwi prawidłowe, USG pęcherza również. A moje objawy? Zmiennie - raz łagodniejsze, raz mocniejsze. Może to rzeczywiście zapalenie pęcherza?
W końcu było zimno, mogłam się przeziębić. Kolejny antybiotyk - teraz już na pewno powinno przejść. Nie przeszło. Dyskomfort stawał się coraz bardziej uciążliwy, a ja zaczęłam czuć, że coś jest nie tak.
Od urologa dostałam skierowanie na cystoskopię, moje myśli krążyły wokół tego badania. Lekarz powiedział, że to tylko oglądanie pęcherza moczowego za pomocą specjalnego cystoskopu - brzmiało to całkiem niewinnie. „To chyba mało bolesne” - pomyślałam. Ale potem przyszła kolej na przeszukiwanie Internetu. Google miało na ten temat inne zdanie. Zastanawiałam się, czy naprawdę powinnam się zapisać. A co, jeśli będzie bolało? Moje objawy trochę ustąpiły, leki wydawały się działać, więc może to wcale nie było konieczne? Mimo wątpliwości zdecydowałam się zadzwonić do szpitala. Najbliższy wolny termin - za trzy miesiące. „No trudno, dasz radę, Justyna” - powiedziałam sobie i potwierdziłam wizytę. Minęły dwa miesiące. Lato, ciepłe dni, beztroska - w końcu spokój. Po raz pierwszy od dawna nie czułam ciągłej potrzeby odwiedzania toalety, nie myślałam o dolegliwościach. Byłam pewna, że leczenie zadziałało. Antybiotyk pomógł - świetnie!
A potem wszystko wróciło. Najpierw dyskomfort, potem pieczenie, swędzenie, szczypanie. Nie było już nawet reguły - objawy pojawiały się nagle, w różnych momentach, zupełnie niezwiązane z oddawaniem moczu. Jakby moje ciało postanowiło przypomnieć mi, że problem wcale nie zniknął. Dni mijały między pracą, wizytami u lekarzy i poszukiwaniem odpowiedzi. Pewnego wieczoru ból stał się tak nieznośny, że trafiłam na nocną świąteczną pomoc. Leki przeciwbólowe przynosiły chwilową ulgę, ale gdy przestawały działać, wszystko wracało ze zdwojoną siłą. Wtedy właśnie zrozumiałam, że to nie może być zwykłe zapalenie pęcherza - coś było nie tak. Nie potrafię powiedzieć, skąd przyszła ta myśl, ale nagle przemknęło mi przez głowę: „A może to rak?” Może, dlatego, że byłam już tak bardzo zdesperowana i za wszelką cenę chciałam znaleźć przyczynę? Ból nie ustępował, a nikt nie potrafił mi pomóc. Został mi jeszcze miesiąc do cystoskopii - badania, w którym pokładałam całą nadzieję. Bałam się zarówno samego zabiegu, jak i tego, co mogę usłyszeć.
11 sierpnia 2023 - tę datę pamiętam dokładnie. Nadal mam ją zapisaną w kalendarzu. Tego dnia stawiłam się na oddział urologii na badanie cystoskopii. Szczerze mówiąc, obawiałam się tego badania, ale ostatecznie nie było tak źle. Nie czułam bólu, jedynie lekki dyskomfort - do przeżycia. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy lekarz spojrzał na ekran i powiedział: „Brzydki ma pani ten pęcherz, chyba częste infekcje do tego doprowadziły. Na dodatek na prawej ścianie jest guz, około 15 mm, dość mały. Trzeba go usunąć. Dam pani skierowanie na TURBT." Guz? Ale jaki guz? I choć może to dziwne - poczułam ulgę. W końcu była przyczyna moich dolegliwości, a skoro ją znaleźli, to można było coś z tym zrobić. Usuniemy guza i będzie dobrze - powtarzałam sobie w myślach.
„Takie guzy często się zdarzają, to często zmiany łagodne, dobrze rokują” - próbowała mnie pocieszyć pielęgniarka. Zapisałam się na zabieg TURBT - kolejny obco brzmiący skrót, który oznaczał usunięcie guza w znieczuleniu dożylnym. Termin wyznaczono na 13 września. Byłam trochę przerażona, trochę zrozpaczona. Bardziej zaczęło docierać do mnie, to, co się wydarzyło na tej wizycie. Guz. Ale jak to guz? Wolałabym to nazywać "jakaś zmianą".
W pracy poinformowałam wszystkich, że nie będzie mnie kilka dni, bo mam mały "zabieg", ale do końca miesiąca wrócę do pracy. (nic bardziej mylnego).
Miesiąc później wróciłam do tego szpitala.
Oczekiwanie. To ono było najtrudniejsze. Zabieg TURBT przebiegł bez komplikacji, a teraz pozostawało tylko czekać na wynik histopatologii usuniętej zmiany. Jedni mówili, że to czysta profilaktyka, że na pewno nic złego się nie wydarzy. Ale ja znałam swoje ciało. Czułam, że coś jest nie tak. Nie byłam pesymistką - po prostu nauczyłam się słuchać sygnałów, które mi wysyłało. Dwa tygodnie. To dużo czy mało? Zależy od perspektywy. Dwa tygodnie urlopu mijają jak mgnienie oka. Ale dwa tygodnie w zawieszeniu, w niepewności, w obawie przed najważniejszym wynikiem w moim życiu - to cała wieczność. W końcu nadszedł ten dzień. Spotkanie z lekarzem. Jego słowa. I moment, w którym świat na chwilę przestał istnieć. Nowotwór. Złośliwy. Pierwsza myśl? To pomyłka. Może żart. Ale nie - to była rzeczywistość. I wtedy wszystko się zaczęło.
Kolejne dni mijały mi jak we mgle. Spędzałam czas w domu, pogrążona w myślach, próbując oswoić się z nową rzeczywistością i zastanawiając się, jak teraz potoczy się moje życie. Zaczęłam czytać o nowotworach złośliwych pęcherza moczowego. Czynniki ryzyka? Palenie papierosów, częste infekcje, praca z substancjami chemicznymi. Nic z tego mnie nie dotyczyło. I wtedy trafiłam na zdanie: „Nowotwory pęcherza moczowego mogą pojawić się w każdym wieku, jednak najczęściej dotykają mężczyzn między 50. a 80. rokiem życia”. No to pięknie! Gdybym miała takie „szczęście” w grze w totolotka, już dawno byłabym milionerką.
Diagnoza była dopiero początkiem niepokojących wieści. Wynik rezonansu nie pozostawiał żadnych złudzeń - nowotwór już naciekał na mięśniówkę pęcherza. W tym momencie zrozumiałam, co mnie czeka: operacja usunięcia pęcherza, a wraz z nią konieczność wyłonienia stomii. Słyszałam trochę o tym wcześniej, czytałam w Internecie, lecz zawsze wydawało mi się to czymś odległym, niemal nierealnym. Temat stomii pojawiał się na moich studiach z ratownictwa medycznego, lecz nigdy nie spotkałam nikogo, kto naprawdę musiał przez to przejść. Gdybym miała przewidywać, co przyniesie przyszłość, raczej spodziewałabym się złamania ręki czy nogi, niż diagnozy nowotworu i perspektywy życia ze stomią. Próbowałam odsuwać tę myśl - uparcie wierzyłam, że to nie dotyczy mnie, że może ktoś inny, ktoś tuż obok, zmaga się z takim losem. Lecz kolejne wiadomości tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że moje obawy są uzasadnione. Lekarz potwierdził wszystkie moje przypuszczenia. Mimo pełnej świadomości tego, co nadejdzie, łzy nie przestawały spływać - może, dlatego, że w głębi serca łudziłam się myślą, iż ominie mnie ten los. Nadszedł dzień wizyty u onkologa. - Przed operacją konieczna będzie chemioterapia. Sześć cykli, by zmniejszyć guza i usunąć wszystko, co mogłoby zostać - oznajmił. Słowa te rozbrzmiewały jak niewypowiedziany wyrok. Nadal zastanawiałam się, czy to naprawdę mnie dotyczy - jakby to był jedynie złowrogi film lub koszmar, z którego zaraz się obudzę. Ale to była rzeczywistość, z której nie mogłam uciec.
- Proponuję pierwszy termin przyjęcia chemioterapii w piątek - powiedział lekarz.
- Co? W ten piątek? Za cztery dni? - próbowałam się sprzeciwić, czując, że nie jestem gotowa na tak gwałtowny początek. - Potrzebuję czasu, by to przyswoić.
- Nie ma, na co czekać, pani Justyno - odparł stanowczo. - Im wcześniej zaczniemy, tym większa szansa, że będzie pani zdrowa.
Nie pamiętam, co było dalej. Pozostały mi jedynie obrazy - niekontrolowany płacz, zgrzytanie zębów, rzucanie poduszkami w domu. Emocje wymknęły się spod kontroli, a ja czułam, jak wraz z nadchodzącą chemioterapią oddalam się od samej siebie. Bałam się myśli o utracie moich kochanych blond włosów - tej części kobiecości, która była dla mnie tak ważną, tak integralną częścią mojej tożsamości. Każdy kolejny dzień zdawał się zabierać mi cząstkę mnie samej. I w tej chwili zastanawiałam się - czy mogło mnie spotkać coś jeszcze gorszego? Tak, spotkała mnie jeszcze jedna przykra, osobista rzecz, ale o tym nie chce mówić.
W tamtym czasie trafiłam na Fundację „STOMAlife” oraz ich grupę wsparcia, gdzie otrzymałam mnóstwo ciepła, pomocy i dobrych rad. Ludzie, których tam poznałam, wykazali się ogromną empatią i pokazali mi, że nie jestem sama. Miałam też okazję spotkać się z dziewczynami i chłopakami z Łodzi - to było niesamowite doświadczenie. Uświadomiłam sobie, ile jest „kangurków” wśród nas, jak wiele osób każdego dnia mierzy się z podobnymi wyzwaniami i daje radę. Ja też muszę dać radę. To dodało mi jeszcze więcej siły.
Chemioterapia, która trwała od października do stycznia, przebiegła pomyślnie, a wyniki badań były bardzo obiecujące. Mimo mdłości i wymiotów, nie było najgorzej - większość czasu spędzałam śpiąc, bo byłam wyczerpana, ale dzięki dwutygodniowym przerwom między cyklami, w drugim tygodniu czułam się znacznie lepiej. Wyniki badań były doskonałe. Już po trzeciej chemii guz zaczął się kurczyć, a po szóstej zniknął całkowicie. Wtedy poczułam, że w końcu nadchodzi coś dobrego. Byłam w pełni szczęśliwa, bo wiedziałam, że przetrwałam, że wracam do życia. Właśnie "wracam do życia". Bo przez ostatnie kilka miesięcy miałam "przerwę". Nie żyłam a trwałam, to był czas przetrwania.
Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się - nie ma nowotworu! Pokonałam go! "Justyna, jesteś silna" - pomyślałam. Teraz wszystko miało być już tylko piękne. Chciałam żyć! Życie stało się piękne, pełne nadziei. Pokonałam największego przeciwnika, a teraz czekała mnie już tylko operacja, po której raz na zawsze zapomnę o tym koszmarze. Tak też się stało. Były dni lepsze, były gorsze - to normalne, ale mimo wszystko byłam przepełniona szczęściem.
Operację wyznaczono na 23 lutego 2024 roku, ale im bliżej tej daty, tym bardziej czułam narastający stres. Cóż, chyba już zawsze będę panikarą, gdy chodzi o mnie lub moich bliskich. Dni przed operacją spędzałam na rekonwalescencji, spacerach i delektowaniu się kawą, która smakowała jak nigdy dotąd. Nie zapomnę tej daty - 23 lutego 2024 roku. Traktuję ją jak moje drugie urodziny, bo to właśnie wtedy na nowo zaczęłam żyć. Operacja trwała 11 godzin, ale udało się. Obudziłam się, a to była moja największa obawa - czy się obudzę. Z trudem podniosłam kołdrę i spojrzałam na swój brzuch. Było tam dużo opatrunków, dreny, a przede wszystkim ona - stomia. Spojrzałam na nią z ogromnym szacunkiem. Choć nie mogłam jej w pełni zaakceptować, wiedziałam, że to ona dała mi drugie życie. Lepsze życie. Życie bez bólu, bez nowotworu. Na początku wydawała się moim końcem, a później stała się moim ratunkiem. Operacja się udała, guz został usunięty, a ja zyskałam drugą szansę. Życie miało być piękne. Dostałam szansę, by na nowo zakochać się w codziennych chwilach.
I wreszcie - światło w tunelu. Dzień, w którym usłyszałam, że całe to leczenie przyniosło efekt. To nie był moment jak z filmu, gdzie wszystko staje się nagle proste. Ale to był dzień, w którym zrozumiałam, że przetrwałam coś, co miało mnie złamać, że mimo wszystko jestem. Wygrałam. Nie wróciłam do dawnej siebie. Bo tamta Justyna już nie istnieje. Ale ta nowa silniejsza, kochająca życie, świadoma tego, co w życiu najważniejsze - podoba mi się nawet bardziej. Po tej całej historii wiem jedno: mimo trudnych doświadczeń życiowych, zasługuję na miłość. Dziś, mimo trudów kocham to życie. Kocham je za każdą małą radość, za każda chwilę, którą mogę przeżyć. Dziękuję, że mogę nadal tutaj być, kochać i nie poddawać się, bo życie ma w sobie niesamowitą wartość, którą odkryłam na nowo. I po tym wszystkim mogę śmiało powiedzieć, że UPARCIE I SKRYCIE kocham Cię życie w całości - również te gorsze chwile, bo bez nich nie byłoby tego, co jest teraz. Czekam na wszystko to, co jeszcze przede mną.
Kwiecień 2025
Zdjęcia: Natalia Wilk