Nie dam się złamać

Rozmowa z Mateuszem Majcherskim

Cześć Mati! Przywitam Cię mniej oficjalnie, bo znamy się nie od dziś jako stomicy i...sąsiedzi. Cieszę się bardzo, że zgodziłeś się na rozmowę, proszę, przedstaw się naszym czytelnikom.

Cześć, jestem Mateusz, mam 32 lata. Od urodzenia mieszkam w Gorzowie Wielkopolskim – niewielkim mieście na zachodzie Polski. Z wykształcenia jestem technikiem żywienia ze specjalizacją- kucharz, ale ze względów zdrowotnych musiałem niestety porzucić wyuczony zawód i nieco się przebranżowić.

Zamiłowanie do kuchni miałem od dziecka; choć z czasem trochę to we mnie przygasło. Jednak w dalszym ciągu lubię czasem przygotować coś dobrego do jedzenia. Aktualnie pracuję jako konsultant call center w dziale obsługi klienta dużej firmy zajmującej się obsługą samochodów.

Każda moja rozmowa zaczyna się od pytania o chorobę, bo z wiadomych względów ten aspekt łączy nas wszystkich. Powiedz, od kiedy chorujesz, jakie były pierwsze objawy, jak choroba wpłynęła na twoje życie?

Od ponad 13 lat jestem „szczęśliwym posiadaczem” choroby Leśniowskiego-Crohna . Po szkole średniej wymarzyłem sobie, że wyjadę do Anglii za pracą w gastronomii – chciałem uczyć się od lepszych, zdobywać doświadczenie i jednocześnie zarobić trochę grosza. Miałem tam kuzynkę, której mąż pracował w branży gastronomicznej. Gdy tylko dał mi znać, że jest okazja, praktycznie z dnia na dzień, bez zawahania, wyleciałem z Polski.

 

1.JPG

 

Jak się tam odnalazłeś?

W zasadzie nie zdążyłem „się odnaleźć”. Niestety, po niespełna dwóch miesiącach pobytu w Cardiff zacząłem mieć problemy natury „wstydliwej”. Bardzo często korzystałem z toalety, wręcz biegałem do niej w podskokach, byle tylko nie doszło do katastrofy. Na początku tłumaczyłem to sobie zmianą wody używanej do kawy czy herbaty oraz inną florą bakteryjną w jedzeniu. Jednak po około dwóch tygodniach pojawiła się krew, a ja miałem coraz większe problemy z przyjmowaniem pokarmów. Właściwie w ogóle nie byłem w stanie nic zjeść ani wypić. Każda próba zjedzenia choćby suchej bułki kończyła się bólami, wymiotami i biegiem do łazienki. W ciągu dwóch miesięcy z 96-kilogramowego faceta stałem się 46-kilogramowym szkieletem człowieka.

Trudno o komentarz.

Teraz się z tego śmieję, ale wtedy było mi bardzo ciężko. Byłem praktycznie sam w obcym mieście, z problemem, który wówczas wydawał mi się niezwykle krępujący. Gdy zaczęła pojawiać się krew, a siły do funkcjonowania drastycznie spadły, postanowiłem pojechać do szpitala. System opieki zdrowotnej w Anglii wyglądał wtedy tak, że im wyższe podatki się odprowadza, tym lepszą ma się opiekę i dostęp do badań. Z racji tego, że pracowałem tam krótko, a połowę czasu spędziłem na zwolnieniu, łapałem się na najniższe progi. W szpitalu za pierwszym i drugim razem otrzymałem paracetamol i informację, że „samo przejdzie”. Za trzecim razem na angielskim SOR-ze, oprócz porcji paracetamolu, dostałem w końcu skierowanie do gastrologa. Co ciekawe, otrzymałem termin za trzy tygodnie – ale nie na wizytę, lecz na dzień, w którym miałem zadzwonić, żeby się na nią zapisać. Kiedy w końcu zadzwoniłem, okazało się, że na samą konsultację muszę czekać kolejne cztery tygodnie. Byłem załamany tym, jak to wygląda, ale nie miałem na to wpływu.

Jak widać sprawdzanie „cierpliwości” pacjenta, to nie tylko polska specjalność. Jak dawałeś sobie radę w tym czasie?

Jakoś udało mi się doczekać. W klinice lekarz przeprowadził wywiad i dostałem skierowanie na pierwszą w życiu kolonoskopię. Zrobili mi ją „na żywca”, a instrukcja przygotowania brzmiała: „Proszę, tu jest lewatywa, niech pan ją sobie zrobi w domu godzinę przed badaniem”. Byłem młody, nie wiedziałem, o co dopytać, myślałem, że tak po prostu musi być. Podczas badania lekarze nie mieli pełnego obrazu, bo nie byłem odpowiednio wyczyszczony. Nadal nie wiedzieli dokładnie, co mi jest; dostałem sterydy i Salofalk. Prawdę mówiąc, nie pamiętam już, czy to pomogło choć na chwilę. Postanowiłem jednak, że za te kilka groszy, które odłożyłem (bo praktycznie nic nie jedząc, nie wydawałem pieniędzy), wrócę do Polski, póki mam jeszcze chorobowe i urlop, by tam spróbować diagnozy.

Udało się?

W ciągu dwóch tygodni pobytu w Polsce znalazłem świetnego lekarza, który postawił trafną diagnozę. Szybko trafiłem do szpitala na cztery tygodnie: żywienie pozajelitowe, sterydy i badania postawiły mnie na nogi. Do Anglii wróciłem tylko na tydzień, by rozwiązać umowy i zakończyć „przygodę” na Wyspach. Tak zaczął się ten cały „bałagan” w moim życiu.

2.JPG
 
3.JPG
 

Aż trudno uwierzyć, jak może zmienić się nasze życie w tak krótkim czasie. Czy w rodzinie ktoś miał podobne problemy zdrowotne?

Wcześniej rzadko chorowałem, a w rodzinie nikt nie miał podobnych problemów, więc nie miałem nawet punktu odniesienia. Wtedy ta choroba była jeszcze mało znana – przez lata wiele się zmieniło w kwestii metod leczenia i wiedzy o jej genezie. Cieszę się, że trafiłem na specjalistę właśnie w Gorzowie. Przez kolejne lata szpital stał się moim drugim domem. Co rusz wracałem na dwu-trzytygodniowe pobyty: a to na dożywianie, a to na nawadnianie czy kolejne badania. Sterydy stawiały mnie na nogi, a po powrocie do domu starałem się żyć, jak gdyby nigdy nic. To było błędne koło: odstawiałem sterydy, zdrowie fizyczne i psychiczne podupadało i znów lądowałem w szpitalu. Średnio zdarzało się to 2-4 razy w roku. Przełomem były programy leków biologicznych. Zastrzyki z Humiry wprowadziły mnie w niemal roczną remisję – żyłem wtedy jak zdrowy człowiek. Niestety, po 10 miesiącach lek przestał działać. Potem była Inflectra w kroplówkach. Historia się powtórzyła, choć ten lek działał nieco dłużej, bo około półtora roku. Wraz z chorobą i latami leczenia pojawiło się wiele skutków ubocznych. Agresywne terapie ratują jedno, ale niszczą drugie. Lata przyjmowania sterydów odbiły się na moich kościach, prowadząc do zaawansowanej osteoporozy. W 2016 roku skutkowało to złamaniem kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Lekarz pocieszał mnie wtedy słowami: „Będzie pan żył, bo to najlepszy możliwy odcinek do złamania, niedługo stanie pan na nogi”. Rzeczywiście, po pół roku leżenia w łóżku, bez operacji, wróciłem do sprawności, choć skutki tego urazu odczuwam do dziś. Nadal zmagam się z zaawansowaną osteoporozą. Mam jednak dobrą panią doktor, która dba o to, by moje kości nie były jak u 90-latka. Co dwa lata w badaniach widać delikatną poprawę gęstości, więc są powody do optymizmu. Do tego doszedł refluks. Nigdy nie byłem wzorem zdrowego odżywiania, a po zachorowaniu brakowało mi dyscypliny, by trzymać dietę. Dziś wiem, że odpowiednie odżywianie to podstawa regeneracji, ale czasu nie cofnę. Żyjemy z tym, co przyniósł los i co sami sobie zgotowaliśmy.

Mimo że znamy się nie od dziś i wiem, że zmagasz się z wieloma chorobami trudno słuchać tego bez emocji.

Największe zaostrzenie przyszło w 2019 roku. Przez półtora roku byłem źle prowadzony medycznie, więc zdecydowałem się przenieść leczenie do Poznania, do szpitala klinicznego przy ul. Przybyszewskiego 49. Tamtejsi lekarze na co dzień zajmują się NZJ (nieswoistymi zapaleniami jelit), badają te choroby i szukają nowych rozwiązań. W 2021 roku, po wielu badaniach, podjąłem decyzję o usunięciu jelita grubego. Myślałem o tym wcześniej, ale ówczesny lekarz mnie od tego odwodził. To był błąd, że nie postawiłem na swoim – być może uniknąłbym wielu skutków ubocznych. Lekarze w Poznaniu potwierdzili, że jelito jest w tak złym stanie, że musi zostać usunięte, choć dopiero podczas operacji mogli ocenić pełen zakres zniszczeń.

Dobrze się domyślam, że ta operacja skończyła się wyłonieniem stomii? – jak to przeżyłeś? Fizycznie i psychicznie?

Tak, w 2022 roku stałem się „lżejszy” o około 1,5 metra jelita grubego. W zamian otrzymałem woreczek na brzuchu, czyli ileostomię (bez możliwości późniejszego zespolenia), oraz nowe życie. Nawet nie wiecie, jak się cieszyłem! Nareszcie nie musiałem biegać z zaciśniętymi pośladkami i błagać swojego wnętrza, by zdążyć do toalety. Miałem woreczek, który po prostu opróżniałem. Oczywiście na początku był stres: czy nie przecieknie, czy się nie odklei, czy nie będzie czuć zapachu. Okazało się to jednak zbędnym zaprzątaniem sobie głowy. Chirurdzy z Poznania wykonali kawał dobrej roboty.

Odetchnąłeś?

Niestety, tylko na chwilę, bo gdy po trzech miesiącach zacząłem dochodzić do siebie, los przyniósł kolejny problem: zaostrzenie w górnym odcinku układu pokarmowego, konkretnie w okolicach żołądka. Powstało zwężenie przy ujściu żołądka, które blokowało pokarm. Powodowało to niewyobrażalny ból i nieustanne wymioty. Przez półtora roku wymiotowałem 1-2 razy dziennie. Moja waga znów spadła do 43 kg. Gdy sytuacja stała się krytyczna, zakwalifikowano mnie do żywienia pozajelitowego w warunkach domowych. Gdyby nie to, moje funkcje życiowe pewnie by ustały. W 2023 roku założono mi cewnik typu Broviac. Od tego czasu codziennie sam podłączam w domu kroplówki z kaloriami, elektrolitami i witaminami, co zajmuje mi od 12 do 16 godzin na dobę. W 2024 roku nastąpił kolejny zwrot akcji. Pewnej nocy pękł mi żołądek. Nagle dostałem dreszczy, a przez ciało przeszło dziwne uczucie – jakby chodziły po mnie mrówki i wbijały mikroskopijne igiełki. Choć brzmi to dziwnie, było to nawet... fajne uczucie, ale towarzyszyły mu ogromne problemy z oddychaniem. Miałem niesamowitą zadyszkę, jak po biegu na 5 kilometrów. Nie mogłem się uspokoić i po 20 minutach wezwałem karetkę. W szpitalu zostałem szybko przygotowany do operacji. Pamiętam to jak przez mgłę. Następnego dnia lekarz wyjaśnił mi sytuację: pękła ściana żołądka w miejscu, gdzie od lat miałem wrzód. Półtora roku codziennych wymiotów i napięć po prostu zrobiło swoje. Ponieważ stało się to w Gorzowie, a nie w Poznaniu, miejscowi lekarze musieli operować mnie natychmiast, by ratować mi życie. Oczyścili jamę brzuszną i zaszyli dziurę.

Myślę, że nie tylko ja, czytelnicy również przecierać będą oczy ze zdumienia, zastanawiając się, jak tyle znieść może jeden człowiek?

Paradoksalnie było to jedno z najlepszych wydarzeń, jakie mnie spotkały. Po operacji żołądek się „odblokował”. Zacząłem jeść i przestałem wymiotować. Choć zwężenie nadal istnieje i jedzenie bywa utrudnione, od tamtego czasu nie wymiotowałem ani razu. Dzięki temu z 43 kg udało mi się w końcu przekroczyć upragnione 60. Mój ostateczny cel to 75 kg.

4.JPG
 
5.JPG
 

Życzę Ci, byś do tego celu doszedł jak najszybciej. Z Twoich wypowiedzi wynika, że jesteś bardzo silny psychicznie, z ogromną wolą życia i taki trochę „Zoś- Samoś”, o czym również się przekonałam, ale dobrze wiemy, że takie problemy zdrowotne nie mogą pozostać bez wpływu na naszą psychikę.

Zgadzam się ze wszystkim, co powiedziałaś. Jeśli chodzi o odczucia psychiczne, muszę przyznać, że ta choroba mnie przygniotła i zniszczyła na pewien czas. Od 2019 roku, gdy wszystko zaczęło się sypać w życiu zawodowym, prywatnym i społecznym, umierała we mnie kolejna cząstka nadziei. Moja psychika nie podołała kumulacji problemów. Codzienny ból, głód i brak możliwości wyjścia do ludzi sprawiły, że moje chęci do życia zgasły. Będę z wami szczery: wielokrotnie przed zaśnięciem błagałem swój organizm i siły wyższe, bym już się nie obudził. Po prostu się poddałem, choć zabrakło mi odwagi, by samemu coś z tym zrobić. Na szczęście mój organizm nie dał mi odejść.Nie uniknąłem też stanów lękowych przed wyjściem z domu, obsesyjnego planowania tras pod kątem dostępności toalet, odwoływania spotkań. Leki pomogły to stłumić, ale skutki depresji towarzyszą mi do dziś. Nad przeszłością pracuje się latami. Jeśli ktoś ci mówi: „Idź na spacer, uśmiechnij się, będzie lepiej”, to wiedz, że to tak nie działa. Każdy musi przezwyciężyć swoje demony na własnych warunkach i przede wszystkim zaakceptować swoją sytuację. Kiedyś nie miałem środków na prywatnego psychologa, a roczne kolejki na NFZ mnie zniechęcały. To tragiczne, że człowiek w kryzysie musi tyle czekać. Dlatego apeluję: jeśli macie problem, rozmawiajcie z bliskimi, a czasem nawet z obcymi. Wygadanie się komuś, kogo więcej nie zobaczycie, potrafi być niesamowicie uwalniające.

Wywiad ukaże się w letnim wydaniu „Po prostu żyj”, ale w kontekście tego, o czym rozmawiamy, powiem, że dziś jest 23 lutego czyli w Dzień Walki z Depresją. Nie ukrywam od wielu lat, że ten demon dotknął także mnie bardzo głęboko, dlatego na zawsze pozostanę „ambasadorką” leczenia tej strasznej choroby i niebagatelizowania żadnych jej objawów. Wierzę, że z Twoim mentalem dziś jest lepiej?

Wraz z poprawą stanu żołądka pod koniec 2023 roku zacząłem powoli odżywać. Nabierałem sił, kolorów na twarzy i chęci do działania. Pod koniec 2024 roku postanowiłem, że ruszam dalej. Rok 2025 był najlepszym, jaki przeżyłem od kilkunastu lat. Wróciłem do sprawności fizycznej, zacząłem znów myśleć o karierze i poznałem świetnych ludzi, którzy byli dla mnie dodatkowym motorem napędowym. Dziękuję im za to, bo to oni pomogli mi się napędzić w odpowiednim momencie. To tylko fragment mojej historii – nie sposób opisać 13 lat walki od A do Z, ale to daje pewien obraz.

W moich rozmowach pada takie hasło- pasje i zainteresowania. Słuchając twojej historii bardzo młody człowieku, zastanawiam się, czy nie popełniam gafy?

Fakt, to trudny temat, ale na pewno nie gafa. Wiele z tego, co kochałem, przepadło wraz z chorobą. Zacząć mogę od wymarzonego zawodu i zamiłowania. Kiedyś to uwielbiałem, ale kucharzem już nie będę. Dalej lubię gotować dla kogoś, ale nie mam już w sobie tej dawnej werwy i pasji. Ale...nie jest tak źle(śmiech) Dosłownie i w przenośni na horyzoncie pojawia się nowa miłość czyli góry.

Tu z moich ust może paść tylko jedno krótkie słowo WOW!

Wiem, że je uwielbiasz. Ja latem 2025 r. pojechałem tam po raz pierwszy! Udało mi się zobaczyć nasze piękne polskie Tatry. Zwiedziłem wraz z paczką znajomych Zakopane i okolice. Dla mnie było to małe wyzwanie, mały krok, żeby sprawdzić moje możliwości. Mój organizm świetnie się tam odnalazł. Robiłem dziennie około 20–30 tys. kroków, zdobyłem swoje pierwsze małe szczyty, m.in. Nosal (1206 m n.p.m.), Polanę na Stołach (1412 m n.p.m.) oraz zaliczyłem zejście z Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.).

Brawo!

Dla jednych może zdawać się to mało, ale dla mnie była to pierwsza tak duża aktywność fizyczna od wielu lat. Po długim czasie leżenia w łóżku i niemocy fizycznej w końcu zrobiłem coś dla siebie. Gdy padła propozycja wyjazdu, od razu się zdecydowałem. Oczywiście miałem z tyłu głowy małe obawy, czy sobie poradzę, czy ból nie zbije mnie z nóg, czy fizycznie podołam, ale jak się okazało – strach miał wielkie oczy. Odnalazłem się tam fantastycznie, a mój organizm tylko mi za to podziękował. Było to jedno z moich największych osiągnięć ostatnich lat i z pewnością jeszcze wrócę w te piękne góry. Zakochałem się w krajobrazach. Zmęczenie wędrówką trwającą po kilka godzin napawało mnie widokami i napędzało podwójną energią, a znajomi wzajemnie mnie wspierali i motywowali. Być może góry to nowa pasja i z czasem będę chciał zdobyć jakiś większy szczyt, ale wszystko w swoim czasie. Polecam wszystkim udać się chociaż raz w życiu w góry – niekoniecznie po to, żeby zrobić nie wiadomo jaką ilość kilometrów, ale żeby zobaczyć krajobraz i piękno natury. Człowiek zdaje sobie tam sprawę, jak małą istotą jest w tym wielkim, pięknym świecie.

A hobby? tNie mam obecnie konkretnego i uważam, że nie każdy musi je mieć. Nie każdy musi mieć wielki, wyznaczony cel, by być wartościowym człowiekiem.

6.JPG
 
7.JPG
 

Dziękuję Ci za to ostatnie zdanie. Jest prawdziwe i w dzisiejszym świecie niepopularne. Powiedz, jak obecnie wygląda Twoje życie?

Moje obecne życie oceniam jako dobre. Nie jest idealne, ale zmiana nastawienia w 2025 roku dała mi bardzo dużo. Budowanie siebie od nowa i dbanie o własne potrzeby przynosi efekty. Oczywiście nie każdy dzień jest kolorowy – zdarzają się te szare, nudne i samotne. To normalne. Życie to nie Instagram. Może w tym roku poznam kogoś, kto da mi jeszcze więcej energii? Zobaczymy. Chodzę o własnych siłach, jem tyle, ile mogę, cieszę się czasem spędzanym ze znajomymi i staram się żyć pełnią życia na tyle, na ile pozwalają mi ograniczenia.

Na początku rozmowy wspomniałeś o pracy zawodowej. Mógłbyś powiedzieć coś więcej?

O tak! To bardzo ważny aspekt mojej teraźniejszości. Spełniam się, rozwijając nową ścieżkę zawodową – aktualnie pracuję w dziale obsługi klienta w dużej firmie branży motoryzacyjnej. Obsługuję ponad 20 różnych marek samochodowych: przyjmuję zgłoszenia serwisowe i zakupowe oraz pełnię funkcję asystenta w dwóch serwisach, pomagam umawiać wizyty. Jest to praca biurowa, na tzw. „słuchawce”, spokojna i bez większego stresu, co daje mi pewien rodzaj spełnienia. Pracuję w świetnym zespole, z bardzo fajnymi i życzliwymi ludźmi. Pomogli mi się wdrożyć i dali mi szansę, której nie zmarnowałem – jak zawsze staram się dawać z siebie 100%. Moje podejście do pracy, oparte na szacunku i dokładności, zostało zauważone oraz docenione. Bardzo się cieszę, że udało mi się trafić na dobre zajęcie, odpowiednie do moich możliwości. Mogę tu rozwijać umiejętności, które przez lata nieco zanikły. Wiecie, życie przez długi czas w zamknięciu i izolacji od ludzi potrafi zabić podstawowe kompetencje społeczne. W końcu wszystko układa mi się w życiu w przyzwoitą całość, za co jestem wdzięczny sobie i życzliwym ludziom, którzy stanęli na mojej drodze.

Jakie masz plany i marzenia?

Jeśli mowa o planach na przyszłość, to ich nie robię. Ta choroba nauczyła mnie, że nie warto planować zbyt daleko w przód, bo wszystko może się posypać w godzinę. Przez to straciłem wielu „znajomych”, którzy nie rozumieli, dlaczego odmawiam spotkania po raz kolejny. Nie mam o to żalu, po części ich rozumiem. Obecnie mam wokół siebie ludzi, którzy wykazują się większym zrozumieniem. Zawsze byłem realistą – zbytni optymizm potrafi namieszać w głowie, a pesymizm wyniszcza. Moja natura skrytego introwertyka też robi swoje. Marzenia? Wyjazd do Japonii, odwiedzenie Miami Beach oraz podróż do Chorwacji. Chciałbym też wyjść z samotności i poznać kogoś, z kim będę się wzajemnie rozumieć i napędzać do działania. Chciałbym stworzyć silną relację, w której można wspólnie celebrować sukcesy i w ciszy dzielić gorsze dni. Życie w pojedynkę bywa po prostu nudne, a samotność na dłuższą metę staje się przygnębiająca.

Życzę Ci, by każde z tych marzeń się spełniło, bo absolutnie na to zasługujesz. Czy jest coś, co chciałbyś na koniec przekazać czytelnikom?

Tak, chciałbym podzielić się kilkoma przemyśleniami. Nie będę rzucać pustych haseł typu „Nie poddawaj się, bo będzie dobrze”. Pamiętajcie, że to wasze życie i tylko wy jesteście odpowiedzialni za decyzje oraz ich konsekwencje. To wy musicie stoczyć bój ze swoimi słabościami. Jeśli was boli, jeśli czujecie się źle, nie słuchajcie ludzi, którzy mówią: „Inni mają gorzej” albo „To tylko ból brzucha”. Każdy odczuwa chorobę po swojemu i wasz ból jest prawdziwy .Nie zamykajcie się w sobie. Rozmawiajcie, wyrzucajcie z siebie emocje, bo tłumione stają się tykającą bombą. Jeśli macie ochotę, napiszcie do mnie, wyżalcie się, a potem możecie mnie nawet zablokować – będę wiedział, że po prostu potrzebowaliście się wygadać. Jeśli chcecie pogadać dłużej, też jestem otwarty. Dla każdego jest miejsce na tym świecie. Jeśli przeczytałeś to do końca – gratuluję i dziękuję. Nigdy nie potrafiłem o sobie opowiadać, ale wiedz, że jesteś niesamowitą osobą. Nikt z nas nie jest beznadziejny. Przeżywamy tak wiele, co tylko pokazuje, jak wielką mamy w sobie siłę. Uśmiechajcie się, wychodźcie na krótkie spacery, choćby na 5 minut. To naprawdę pomaga duszy. Życzę wam cierpliwości do samych siebie i bliskich, upragnionej remisji oraz spokoju ducha. Jesteście wielcy!


Mateusz Majcherski
Luty 2026
Zdjęcia: Dagmara Bandera

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na