Na własnych zasadach

Ten wywiad zacznie się…od końca!
Kasia ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze!!!
Na początek?

Jej monolog przekazany NA WŁASNYCH ZASADACH, bo to credo życiowe naszej bohaterki.

To był sylwester 2018r. Trzymając w ręce lampkę szampana, miałam mocne postanowienie, że to będzie mój rok! Zawalczę o siebie, zrobię kursy, spełnię marzenia! Będę miała więcej siły i chęci .Niestety, wraz ze zmianą daty nie stała się magia..., a jeśli tak, to nazwałabym ją czarną.

To był mój rok. Walczyłam o życie. Nie miałam siły wstać z łóżka, ból brzucha stał się nie do zniesienia, nie mogłam jeść. W Dzień Kobiet, po przeprowadzonej kolonoskopii lekarz oznajmił: „ Proszę się ubrać, ma pani raka.”

4G7A9480.jpg

No, bez jaj!!! - krzyczało moje wnętrze. Jaja się skończyły. Zaczął się rollercoaster. Nienawidzę karuzel i innych tego typu atrakcji. Lubię stąpać po ziemi, bo wtedy mam poczucie , że kontroluję sytuację. 8 marca 2018 zupełnie ją straciłam. Karuzela ruszyła, nie miała przycisku stop.

To był czas, kiedy wszystko mi się posypało. Ból, strach, niemoc, badania i okrutna diagnoza- rak jelita grubego. Uroiłam sobie wtedy, że aby to przetrwać, muszę znaleźć jakieś źródło mocy, coś, czemu mogę zaufać. Zaufałam mojej głowie. Jak koń z klapkami na oczach zaczęłam brnąć. Postanowiłam nie oglądać się za siebie, tylko przeć naprzód. Moje motto wtedy brzmiało: Skoro jest diagnoza, musi być ratunek.

Przede wszystkim była nadzieja. Nie popadając w patos, zgodnie z prawdą powiem- miałam i nadal mam dla kogo żyć. Rozpoczęłam moją prywatną wojnę z obcym. Internet? Cudowne źródło wiedzy. Znalazłam tam grupy wsparcia, moc bijącą od pozytywnych ludzi, ale też śmierć, która jest nieodłączną towarzyszką wszelkich wojen. Umierali ludzie w moim wieku i młodsi. Wiedziałam, że ja też mogę. Oswajałam ten temat żartem, przygotowałam bliskich. Mimochodem, między wierszami, komunikowałam im moją ostatnią wolę. Kupiłam sobie czerwoną sukienkę- do trumny. Wiedziałam, że jak umrę, to na własnych zasadach. To był czas, kiedy wstawiałam dużą ilość zdjęć na media społecznościowe. Wymyśliłam sobie, że jeśli ja stracę nadzieję, to ci ludzie, którzy widzą mój uśmiech w necie, nie uwierzą, że ze mną jest tak bardzo źle. Będą wierzyć za mnie, a ja będę czerpać siłę z ich wiary. W ten sposób zaklinałam rzeczywistość. To był czas , kiedy nadużywałam zaimka „Ja” bo tak bardzo, z całych sił chciałam podkreślić, że żyję, że jestem, że trwam.

Leczenie trwało, poddawałam się jego skutkom ubocznym i nie byłam gotowa na kolejny grom z jasnego nieba. A jednak on nastąpił! Zawarł się w jednym słowie na 6 liter! Hasło STOMIA ścięło mnie z nóg!!

Jak to??? Ja z tym workiem na brzuchu??? Nie, to niemożliwe!!. Chemioterapia, radioterapia-dostatecznie zdeptały moją kobiecą intymność, a teraz nawet, jak przeżyję, mam się załatwiać do worka??? Nie akceptowałam tego zupełnie. Dużo wtedy płakałam, łzy same cisnęły się do oczu, płynęły po policzkach. Chodziłam w przeciwsłonecznych okularach, żeby nikt nie widział moich zapuchniętych oczu. Odkręcałam wodę pod prysznicem i wyłam jak pies, żeby zaraz potem udawać , ze wcale nie jest tak źle. I na szczęście w konsekwencji nie było. Najpierw guz urósł, potem miałam operację ratującą życie połączoną z wyłonieniem stomii, z którą w końcu się zaprzyjaźniłam.

Całe lato śmigałam w TEJ czerwonej sukience. Było to lato pełne spotkań towarzyskich, koncertów, dobrego jedzenia.

Odzyskałam życie!

4G7A9320.jpg

A teraz…zaczniemy od początku.

Dzień Dobry Kasiu. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Dzień dobry Mirelo. Samo „Dzień dobry” to jak zaklęcie na początek pozytywnego dnia, prawda?

Oj tak! Dla mnie każde spotkanie z Tobą to zastrzyk dobrej, pozytywnej energii.
No to zrobiło się jeszcze milej! Pierwsze spotkanie z tobą pamiętam doskonale. To był maj…co prawda nie pachniała Saska Kępa, ale kawa w Gdyni. Od dawna śledziłam różową stronę i po cichu zazdrościłam Wam tych spotkań w dalszych rejonach, więc jak w końcu padło na Gdynię, to się ucieszyłam. Bardzo chciałam poznać tę Panią od wierszy , która jak magnes przyciąga ludzi.

Dziękuję za te miłe słowa. Ja spotkanie z tobą zapamiętałam w ten sposób, że wcześniej „słabo” cię znałam z neta. Są takie osoby, które znam długo przed spotkaniem na żywo, a tu…było odwrotnie. Na kawie w Gdyni byłaś dla mnie…piękną białą kartą. Poza tym, że jesteś stomiczką niewiele o tobie wiedziałam. Ale…zaiskrzyło bardzo szybko. Mówi się, że pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Moje było…bardzo pozytywne.
Dla mnie to pierwsze spotkanie było pełne ciepłych emocji, dobrych fluidów, uśmiechów i wzruszeń. Te kilka godzin wystarczyło, żebym poczuła, że należę do różowej grupy sympatycznych ludzi skupionych wokół Fundacji Stomalife. Doskonale zapamiętałam także Zosię Demczak( jej nie da się nie zapamiętać).Podobnie jak ty nie pochodzi z Pomorza, ale na szczęście ma tu córkę, którą często odwiedza. Z tego względu „latająca Zosia” jest również trochę Pomorzanką. Pamiętam, że na tej pierwszej kawie Zosia sprawiła ci niespodziankę urodzinową. To było takie miłe. Na spotkaniu przed chwilą „obcych” sobie osób, poczułam się jak u siebie!

Ale piękne wspomnienie przytoczyłaś. Dziękuję.
Polubiłyśmy się od razu i bardzo szybko stałaś się „ cała różowa”, ale powiem, że Twój uśmiech jest równie tajemniczy, jak Mony Lisy. Nie jesteś osobą, z której czyta się, jak z otwartej książki. Jednak dziś uchyliłaś już odrobinę czytelnikom drzwi do swojego życia. Obiecuję, że w dalszej części rozmowy z …butami tam nie wejdziemy, ale bardzo liczę na to, że poznamy cię nie tylko jako stomiczkę i wolontariuszkę Fundacji Stomalife, ale także jako Kaśkę z Rumi z blaskami i cieniami jej życia. Powiesz nam kilka słów o sobie?

Jestem mamą dwóch cudnych istot- 23-letniego Kamila i 10-letniej Alicji. Razem z dziećmi rozpieszczamy kota Gacentego, którego traktujemy jak członka rodziny. Jestem córką, siostrą, przyjaciółką i współtowarzyszką wielu wypraw w nieznane. Pracuję zawodowo. Mieszkam w rewelacyjnym miejscu, bo mam blisko las i niedaleko morze, które tak bardzo kocham, które zawsze mnie koi i tuli. Wsłuchuję się w szum fal i cały mój stres odpływa z nimi. W końcu nauczyłam się i dorosłam do tego, żeby być po prostu sobą. Myślę, że w ogromnym stopniu wpływ miała na to moja choroba. Doświadczenie nowotworu zmienia perspektywę. Leczenie, strach, ból, operacje i powikłania po nich sprawiły, że dokonałam wielkiej pracy nad sobą. Chociaż moi najbliżsi mówią, że walka mnie nie zmieniła, to ja wiem, że inaczej postrzegam świat. W końcu stałam się dla siebie ważna.

To piękne, co powiedziałaś, Kasiu. Myśląc nad tytułem wywiadu z tobą, przedstawiłam ci dwie propozycje: „Siła jest kobietą” i „ Na własnych zasadach” Wybrałaś ten drugi, ale w tym miejscu po prostu muszę przytoczyć czytelnikom obie propozycje, które w moich oczach Cię definiują.
Dziękuję. Wzruszyłam się. Naprawdę dobrze mnie znasz.

Dziś sama jesteś mamą, a jak wspominasz swoje dzieciństwo?
Z nostalgią i tęsknotą. Mam liczną rodzinę, zarówno od strony taty , jak i mamy. Podczas wakacji na wsi zawsze było gwarno i wesoło. Zapach pieczonego chleba, bieganie od rana do nocy po zielonej trawie, zwierzęta, które tak kocham i bliscy sobie ludzie. Tak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo i ja takie miałam. Jestem przekonana, że siła miłości, którą wtedy dostałam od cudownej babci i innych członków rodziny był lekiem na całe zło, które mnie później spotkało. Babcią jeszcze nie jestem, mamą na pewno nieidealną, ale z całych sił się staram, mimo przeciwności losu, by moje dzieci miały pełne miłości dzieciństwo. Jeśli siła jest kobietą, jak pięknie powiedziałaś, to siła mamy jest kosmosem.

4G7A9339.jpg
 
2.jpg
 

Co jest dla Ciebie najwyższą życiową wartością?
Czas. Ten, który możemy komuś podarować ,jak i ten, którym obdarowują nas inni. Nie cofniesz straconych dni, ale możesz zadbać, by więcej ich nie było.

Bezinteresowna miłość i prawdziwa przyjaźń, która przecież też jest jakąś formą miłości,szacunek, lojalność i uśmiech to moje życiodajne witaminy. Jeśli nie możesz komuś dać niczego materialnego, podaruj mu uśmiech. To jest promyk słońca przedzierający się przez chmury. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile dobra możemy wnieść w szary dzień drugiego człowieka. A jeden dobry dzień może być zalążkiem wspaniałego tygodnia. A tydzień miesiąca itd.

Twoje słowa świadczą o tym, w jakim dobrym momencie swego życia jesteś, choć nie jest to celuloidowa komedyjka. Czy potrafiłabyś nazwać swój największy sukces i największą porażkę? – jeśli oczywiście chcesz powiedzieć?
Jestem dumna z moich dzieci. Obserwuje jak wyrastają na cudnych, otwartych, wartościowych ludzi, mimo tego, co przeszli podczas mojej choroby. To był bardzo ciężki czas dla nich. Mam taką dewizę w życiu: Postępuj tak, żeby nikt przez Ciebie nie płakał. A to był czas kiedy „ przeze mnie” płakały najbliższe mi osoby. Rodzice, bracia, ukochane przyjaciółki. To była ostatnia rzecz, jaką chciałam im zafundować. I wtedy traktowałam to jako moją największą porażkę. Widziałam ich strach i ból. I oprócz tego, że próbowałam ściemniać, że przecież jest dobrze i zakłamywać rzeczywistość, niczego innego nie mogłam dla nich zrobić.

Wybacz, że ci przerwę, ale mam ogromną potrzebę zaprotestowania. Kasiu, byłaś śmiertelnie chora, a za porażkę uznawałaś zmartwienie rodziny? To przecież było dla ciebie dodatkowe obciążenie. To ty potrzebowałaś opieki i wsparcia, ale jak sama powiedziałaś- miłość matki to kosmos. Jesteś naprawdę wyjątkowo silną kobietą. Darzę cię ogromnym szacunkiem.
Dziękuję, choć nie czuję się żadną bohaterką. Ten rok był dla mnie przełomowy. Jeszcze podczas choroby, przyrzekłam sobie, że wszystkie te rzeczy, które wywołują u mnie łzy, obrócę w zwycięstwo. Trwało to długo, ale definitywnie rozprawiłam się z przeszłością. Zatrzasnęłam niedomknięte drzwi i ludzie, z którymi dawno nie było mi po drodze, nie mają już dostępu do mojego życia. Kiedy zamkniesz za sobą drzwi smutku, okazuję się, że za rogiem rozpościerają się ścieżki do lepszego , szczęśliwego życia, których będąc za „tamtymi drzwiami” po prostu nie zauważałaś. Wystarczy tylko się odważyć i zrobić ten krok.

Pierwszy krok …na własnych zasadach?
Dokładnie tak! To daje poczucie wolności nieporównywalne z niczym.

Uważam, że porażka może być nauką, a w konsekwencji zwycięstwem. Jestem ogromną farciarą, bo w życiu otaczają mnie wspaniali ludzie. W większości są to silne kobiety, które poprawiają mi koronę, zanim spadnie w dół, które dmuchają w moje żagle, kiedy nie mam już siły biec, które zawsze niosą pomoc, na każdym etapie mojego życia. Od dobrego słowa, po ciepły obiad przywieziony pod drzwi, opiekę i wsparcie. Łatwiej mi iść przez życie, bo wiem, że mam za sobą mur utkany z dobrych ludzi, których z każdym rokiem przybywa. Nie dam rady tu wszystkich wymienić, ale one będą wiedziały. To moje szalone dziewczyny, które przeszły ze mną niejedną burzę, wspierały moje durne pomysły i były ZAWSZE.

Tobie dziękuję przede wszystkim-MAMO.

4G7A9491.jpg
 
4.jpg
 

W twoim monologu umieszczonym na początku tego tekstu napisałaś, że pierwsze zderzenie z hasłem „stomia” było dla ciebie negatywnym szokiem?
To prawda. Z „ tym czymś” miałam wyłącznie złe skojarzenia. Stomii w ogóle nie rozpatrywałam w kategorii ratowania życia, tylko okaleczenia, przede wszystkim w kontekście mojej intymnej kobiecości. Stomia to był dla mnie temat tabu, nie chciałam żeby inni wiedzieli, że ją mam. Dlaczego ja? Dlaczego mnie? Czy to musi być dodatkowy „bonus” choroby nowotworowej? Zadawałam sobie retoryczne pytania, wiedząc, że nikt mi na nie nie odpowie.

Co stało się przełomem w Twoim myśleniu?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta! Spotkanie z innymi stomikami!

To był kolejny obuch w łeb, tym razem pozytywny. Uświadomiłam sobie, że przecież ja na tych ludzi nie patrzę przez pryzmat fizjologicznych czynności. Skoro ja o nich nie myślę w kategoriach negatywnych( tak to ogólnie ujmę) to dlaczego myślę, że inni tak będą postrzegać mnie? Skąd we mnie ten wyimaginowany wstyd? To było dla mnie naprawdę przełomowe przeżycie. Widziałam pięknych, radosnych ludzi z niesamowitymi przeżyciami i zainteresowaniami. Okazało się, że wrócili do realizacji pasji, podróżują, nurkują, morsują. I to wszystko nie przez stomię tylko dzięki stomii. To była jedna z najpiękniejszych lekcji w moim życiu. Przełamałam się. Zrozumiałam, że stomia dała mi życie bez bólu, a wcześniej byłam więźniem swojego ciała. Dała mi siłę, by marzyć i o dziwo dodała pewności siebie. Stwierdziłam, że jeśli z tym sobie poradziłam, to i z innymi rzeczami w życiu dam sobie radę. Już się nie zastanawiam , nie roztrząsam każdej sytuacji. Po prostu idę po swoje.

Powoli zbliżamy się do końca naszej rozmowy, ale „różowego akapitu” nie może zabraknąć. Jesteś na tyle skromna, że niepytana się nie pochwalisz.
Ale czym?

A tym, że ukończyłaś trudny, 1,5 roczny kurs i jesteś certyfikowaną wolontariuszką Fundacji Stomalife, która pomaga, udziela się i angażuje w pomoc innym.
Jeśli już, to trzeba zachować chronologię. Zanim zostałam wolontariuszką, dzięki różowej stronie poznałam wielu wspaniałych ludzi, od których otrzymałam mnóstwo dobra. Nawiązałam bardzo głębokie przyjaźnie. Niektórzy ludzie stali się moją nową rodziną, dającą ogrom wsparcia i nowych sił. Dzięki takim przeżyciom zostanie wolontariuszką było dla mnie po prostu zupełnie naturalną konsekwencją bycia i działania w fundacji. Skoro już mamy „różowy akapit” to ja muszę wspomnieć o cudownej integracji podczas naszych wspólnych wyjazdów. Weekend w górach czy Kruszwicy potrafi naładować akumulatory do…następnego wyjazdu.

Dziękuję Kasiu. To cudowne, że jesteś w różowej drużynie. Zadam ci ostatnie pytanie o twoje największe marzenie?
Choroba odebrała mi wiele marzeń, ale pojawiły się inne. Niektóre już się spełniły. Wiem, że dom to nie ściany, tylko ludzie, ale nadszedł czas, że znowu chcę mieć malwy pod płotem i kozę w ogrodzie, niebieskie okiennice i kominek , przy którym grzeję się z moimi ludźmi.

Wrzesień 2023
Zdjęcia: Monika Godlewska

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na