Wywiad z Marceliną Szumer-Brysz

Rozmawia: Agnieszka Fiedorowicz

 

„Chciałabym się tak dobrze czuć w Polsce, jak czuję się w Turcji”, przekonuje Marcelina Szumer-Brysz, dziennikarka i reportażystka. W najnowszej książce Izmir. Miasto giaurów pokazuje nam miasto o wielu twarzach, miejsce, gdzie księgarnie religijne sąsiadują z sex-shopami, a synagogi z meczetami, zaś młodzi i starsi noszą takie same tatuaże z podpisem ojca narodu Atatürka. Opowiada też, jak zakochała się w Turcji, dlaczego zazdrości Turkom opieki zdrowotnej i za czym tęskni, gdy jest w Polsce.

Agnieszka Fiedorowicz: W swojej poprzedniej książce Wróżąc z fusów opowiadałaś nam o całej Turcji, natomiast tę poświęciłaś ukochanemu miastu – Izmirowi.

Marcelina Szumer-Brysz: I mimo że bohaterem nowej książki jest moje ukochane miasto, to pisało mi się tę książkę trudniej. Paradoksalnie łatwiej jest pisać o Turcji ogólnie – jest pewien szablon oczekiwań, co do tego, co w takiej książce powinno się znaleźć. Na pewno musi tam być o islamie, o puczach, o prezydencie Recepie Tayyipie Erdoğanie (liderze AKP; Partii Sprawiedliwości i Rozwoju – rządzącej narodowo-konserwatywnej partii – przyp. aut.), Atatürku, tureckich serialach – zwłaszcza jeśli piszesz dla czytelnika, który o Turcji wie niewiele.

AF: Polakom Turcja kojarzy się dość wąsko. Z kebabem i wakacjami „last minute”.

MS-B: Dodałabym do tej listy popularne tureckie seriale, np. Wspaniałe stulecie, Erdoğana – to nazwisko premiera każdy kiedyś słyszał i oczywiście islam – zło wcielone. Faktycznie nasza wiedza o Turcji jest skromna. Czasem mnie to szokuje. Koleżanka dziennikarka dużej polskiej redakcji zapytała mnie jakiś czas temu: „Czy ty umiesz pisać po turecku?”. „No wiesz. Umiem mówić to i pisać umiem, żadna filozofia” – odpowiedziałam. „Ale to taki trudny alfabet” – drążyła. Tak. Żyła w przekonaniu, że Turcy posługują się alfabetem arabskim, a nie łacińskim, który został wprowadzony w ramach reform Atatürka ponad sto lat temu! Słyszałam też anegdotę, że jakaś Polka chciała „zaszpanować” przed Turkami, ile to wie o ich kraju, i powiedziała: „Waszym prezydentem jest Atatürk!”.

AF: Serio?

MS-B: Serio. Cóż twórca nowoczesnej Turcji zmarł w 1938 roku.

AF: Twoje pierwsze spotkanie z Turcją było dość stereotypowe…

MS-B: To prawda. Przyjechałam z przyjaciółką w 2009 roku na urlop do chętnie wybieranej przez turystów Alanyii. Ale to nie był all inclusive, na który zresztą nie było nas stać. Nasze szczęście, bo wylądowałyśmy w zwykłym 3-gwiazdkowym hotelu, z którego wychodziłyśmy, by zwiedzać i jeść w lokalnych knajpkach.

AF: W jednej z nich poznałyście nauczycielkę z Izmiru.

MS-B: Dokładnie to był bar z turecką muzyką na żywo, takie niszowe dla turystów miejsce, a dla lokalsów – odwrotnie. Brakowało miejsc, więc w pewnym momencie podszedł do nas barman i zapytał, czy mogą obok nas usiąść dwie Turczynki. Usiadły i oczywiście natychmiast zaczęłyśmy gadać. Do dziś pamiętam moje pierwsze pytanie: „Słuchaj, co ty robisz sama w knajpie po 22 , bez chusty i jeszcze pijąca alkohol?” A ona ze śmiechem wytłumaczyła mi, że Turcja to świecki kraj i każdy tu chodzi ubrany, jak chce. Moje ówczesne zdziwienie bazowało na braku wiedzy o Turcji, dziś, gdy ktoś takie pytanie mi zadaje, to się nie wyśmiewam, bo pamiętam, jak mało ja sama wiedziałam jedenaście lat temu, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy.

AF: Dlaczego Izmir, a nie Stambuł?

MSB: Wiele osób mnie o to pyta. Cóż, o Stambule powstały setki książek, a mnie nie interesowało powielanie ich i napisanie kolejnej. Może jestem jedyna na świecie, ale muszę przyznać, że Stambuł mnie rozczarował. Nim tam przyjechałam, przez wiele lat marzyłam, by go zobaczyć, żyłam wyobrażeniami o tym mieście; zdjęciami wspaniałych mozaik w Hagia Sophia i Błękitnego Meczetu z książki do historii z podstawówki. Tak wyśrubowałam oczekiwania, że gdy wreszcie zobaczyłam Stambuł, doznałam rozczarowania. Myślałam, że to będzie to osmańskie miasto, ociekające złotem…

AF: … tymczasem było głośne i tłoczne.

MS-B: Dokładnie. I owszem, Stambuł ma swój urok, ale nigdy nie poczułam się tam „u siebie”.

AF: A w Izmirze tak!

MS-B: Trafiłam tam na zaproszenie poznanej w barze lektorki angielskiego. Wymieniłyśmy się wtedy numerami i mailami, zaczęłyśmy do siebie pisać i ona zaprosiła mnie na kolejne wakacje do siebie – do Izmiru. Z podróżą też wiąże się kolejna anegdota. Z lotniska postanowiłam pojechać do Izmiru autobusem nocnym. Spodziewałam się czegoś w stylu śmierdzącego polskiego „ogórka”, a podjechał wypasiony autokar z klimatyzacją i telewizorkiem nad siedzeniem ze stewardem, który dogląda pasażerów przez całą podróż, podaje wodę, herbatę, poprawia poduszki i okrywa kocem. W ogóle jeśli chodzi o Turcję to autobusy są preferowaną formą transportu, połączeń autobusowych jest bardzo dużo, znacznie więcej niż kolejowych.

AF: Nad ranem dotarłaś do Izmiru.

MS-B: Mimo że słabo spałam w autobusie, ruszyłyśmy od razu z Baną, moją przyjaciółką, i jej przyjacielem zwiedzać miasto. Po czterech godzinach byłam już zaczarowana Izmirem, choć zwiedziliśmy tylko najpopularniejsze turystyczne atrakcje. Klimat miasta jest niesamowity, pod koniec tego mojego weekendowego wypadu postanowiłam, że będę tam mieszkać. Nie w Stambule, nie w ciepłym kurorcie nad Morzem Śródziemnym, ale właśnie tam.

AF: I spełniłaś to marzenie.

MS-B: Na początku nie zamieszkałam w samym Izmirze, ale w miejscowości położonej 60 km dalej. Dojeżdżałam stamtąd na kurs tureckiego, a po kursie szłam do pracy.

AF: Byłaś już wtedy mężatką, bo wyszłaś za mąż za Turka.

MS-B: Gdy ludzie słyszą, że przeprowadziłam się i mieszkałam w Turcji tyle lat, to dopowiadają sobie, że pewnie stało się to za sprawą jakiegoś faceta. A tu było odwrotnie. Najpierw była miłość do kraju, do języka, do Izmiru. Dopiero po czterech latach jeżdżenia do Turcji, zwiedzania, nauki języka pojawił się facet, który po dwóch dniach od poznania wyznał mi miłość, po pół roku oświadczył, po roku się pobraliśmy, a rok później się rozwiedliśmy.

AF: Historia trochę jak z tureckiego serialu.

MS-B: (śmiech) Rozwód nic nie zmienił w kwestii mojej miłości do Turcji. Nie wróciłam do Polski, co więcej, po rozwodzie zamieszkałam wreszcie w Izmirze, w wymarzonej dzielnicy Karşıyaka. Niewielkie bloczki z ogrodami, małe uliczki nad samym morzem koło promenady. Czego chcieć więcej. Nie chcę tu wyjść na kolejną Europejkę zakochaną w Turcji, która nie zna realiów. Ja tam żyłam, mieszkałam, rozwiązywałam problemy dnia codziennego, typu: iść do banku i przesiedzieć tam parę godzin, by coś załatwić z urzędniczką, która nie zawsze chce ci pomóc. Chcesz coś kupić, musisz obejść pięć sklepów. Przeprowadzasz się, musisz od razu zmienić dane – i to też są godziny czekania w urzędach.

AF: Albo znaleźć pracę, będąc obcokrajowcem.

MS-B: Znaleźć pracę i nie dać się zrobić w konia. Jedna firma mamiła mnie tym, że już wystąpili dla mnie o pozwolenie na pracę i zachęcali, bym zaczęła pracować już. Potem okazało się, że w ogóle o to pozwolenie się nie starali i jeszcze nie chcieli mi zapłacić za przepracowany już czas… Ja przez to przebrnęłam – i to mojej miłości do Turcji nie zmieniło.

AF: Twoja książka nosi tytuł Izmir. Miasto giaurów. A „gavur”, to po turecku „grzeszny”.

MS-B: Nie chcę, żeby czytelnik odniósł wrażenie, że to jest miasto grzechu, w którym ludzie tylko piją, łajdaczą się, bo w tym mieście spotkasz dziewczyny z ufarbowanymi na blond włosami i w szortach, ale i konserwatywne muzułmanki w chustach, nawet w czadorach, choć te ostatnie to raczej Syryjki. Czy Izmir jest rzeczywiście „gavur”, w znaczeniu używanym przez niektórych konserwatywnych polityków – może ma to jakieś uzasadnienie. Ok, faktycznie księgarnie religijne sąsiadują z sex-shopami. Ja wybrałam się do takiej księgarni religijnej na rozmowę z hodżą, nauczycielką kobietą, znawczynią islamu, która prowadzi kursy Koranu. Szłam na tę rozmowę nastawiona na to, że ona powie, jak to jest źle, że w Izmirze ludzie się nie modlą, że kobiety nie chodzą w hidżabach, że źle, że ludzie piją alkohol, a Erdogan jest wspaniały. A to, co powiedziała, kompletnie mnie zaskoczyło. Owszem powiedziała: „Ludzie tu piją alkohol, mnie się to nie podoba, ja tego nie robię, ale ok, to jest ich decyzja. Nie noszą hidżabu – ja to rozumiem, sama w gorące dni mam ochotę go zdjąć. Ludzie nie poszczą, ale to ich sprawa, do tego trzeba dojrzeć, nikt nie może i nie powinien nikogo do tego zmuszać. A w ogóle Atatürk jest wspaniały, bo to on kazał przetłumaczyć Koran na język turecki!

AF: Nie wiedziałam tego.

MS-B: Bo Atatürk kojarzy nam się wyłącznie z zeświecczeniem Turcji. Tymczasem, np. jego matka była bardzo religijną muzułmanką. To była bardzo pouczająca rozmowa, ożywcza, w jej wyniku wyłonił mi się zupełnie inny obraz Izmiru niż ten, który znałam, bo do tej pory obracałam się w kręgach raczej liberalnych znajomych. Okazało się, że w tym mieście też żyją religijni muzułmanie, współegzystując z tymi bardziej liberalnymi. Np. ojciec chodzi do meczetu co piątek, ale nie narzuca córce, by nosiła chustę, w ogóle nie narzuca jej sposobu, w jaki ma się ubrać i zachowywać.

AF: I z kim chodzić za rękę.

MS-B: Tak. Kiedy przeprowadzałam wywiad z byłym już burmistrzem Izmiru, zapytałam go o gejów i lesbijki. Odpowiedział mi: „Tu jest Izmir. Tu każdy może chodzić za rękę, z kim chce, tu każdy może siedzieć na ławce, my nie mamy z tym problemu. Jesteśmy tolerancyjnym miastem i bardzo się z tego cieszę”.

AF: Te paradoksy świetnie ilustruje fragment, w którym opisujesz, jak twoja sąsiadka kończy lekturę Koranu na balkonie, zdejmuje chustkę, a z fusów po wypitej kawie zaczyna sobie wróżyć.

MS-B: „Wróżenie z fusów” jest popularne jak Turcja długa i szeroka. DIYANET – turecka rada ds. religii na próżno poucza, że to grzech, że nie wolno się bawić w Boga i próbować wpływać na przeznaczenie, ludzie to ignorują. Każdy lubi sobie powróżyć.

AF: Izmir to też miasto, które jest twierdzą Atatürka.

MS-B: Twierdzą republiki, a republika to Atatürk. Izmir chlubi się tym, że kocha „Ojca Turków” najbardziej na świecie. Jego portrety spotkasz wszędzie, ja natknęłam się na jeden nawet w lokalnym sklepie mięsnym. Auta mają naklejki z jego wizerunkiem, a popularnym hasłem do wi-fi jest data jego urodzin. W studiach tatuażu można wytatuować sobie podpis Atatürka ze zniżką, a nawet za darmo. I taki tatuaż nosi wielu Izmirczyków, zobaczysz go na ramionach młodych ludzi, pań po pięćdziesiątce i starszych panów.

AF: W Izmirze powstał też największy pomnik Atatürka.

MS-B: To prawda. Wyrzeźbiono go w jednej ze skał, trochę na kształt głów amerykańskich prezydentów w Mount Rushmore. Co ciekawe pomysłodawcą pomnika był burmistrz dzielnicy z ramienia AKP, czyli partii Erdoğana. Opozycję, czyli kemalistów szlag jasny chyba trafił. Żałowali, że sami na to nie wpadli.

AF: W czasie zbierania materiałów do tej książki zapuściłaś się do najniebezpieczniejszej dzielnicy Izmiru – Kadifekale. Nie bałaś się tam pójść?

MS-B: Nim się tam wybrałam nasłuchałam się opowieści znajomych, którzy oczywiście straszyli mnie tym miejscem. Obejrzałam też filmik na YouTubie, w którym para, która tam się wybiera, zachowuje się, jakby wchodziła co najmniej do zamkniętej zony w Czarnobylu. Nie cechuję się brawurą, ale po prostu musiałam to sprawdzić, czy faktycznie rzeczywistość pokrywa się z opowieściami.

AF: Okazały się one wyolbrzymione?

MS-B: Zdecydowanie. Oczywiście zachowałam środki ostrożności, poszłam tam w środku dnia, a nie w nocy, nie miałam na sobie nic cennego, nie miałam pieniędzy, poza tym spotkałam wspaniałego przewodnika, który nie tylko oprowadził mnie po dzielnicy, ale opowiedział mi historię swojego życia.

AF: W swoich książkach opisujesz też kryzys migracyjny, którego doświadcza Turcja.

MS-B: Publikacja książki zbiegła się z tragiczną sytuacją, z jaką mamy obecnie do czynienia na granicy polsko-białoruskiej. Turcy z przerażeniem śledzą doniesienia z Polski o tym, jak na naszej granicy uchodźcy zamarzają w lasach i toną na bagnach. Im się to w głowie nie mieści. Turcja przyjęła cztery miliony uchodźców, zapewniła im, z pomocą także unijnych pieniędzy, dach nad głową, możliwość pracy i nauki; są programy aktywizujące np. rodziców, by posyłali dzieci do szkół.

AF: Polska mogłaby się wiele nauczyć od Turcji w podejściu do uchodźców?

MS-B: Przede wszystkim zwykłej ludzkiej życzliwości. Byłam w Izmirze, gdy w 2015 roku Turcję zalała pierwsza potężna fala uchodźców z Syrii. W mieście nie było skweru, kawałka trawnika, który by nie był zapełniony koczującymi ludźmi. I co robili Turcy? Wychodzili do nich z jedzeniem, piciem, kocami. Mówili o nich „nasi goście, przyjaciele”.

AF: Minęło jednak parę lat, a uchodźcy wciąż tam są, co gorsza w związku z przejęciem władzy przez talibów w Afganistanie nadciąga kolejna fala imigrantów.

MS-B: Turcy, to widać, są tą sytuacją zmęczeni, a rządzący umiejętnie temat podgrzewają, obarczając uchodźców winą za wszystko, m.in. za bezrobocie czy galopującą inflację. Erdoğan już zapowiedział, że Turcja nie będzie europejską przechowalnią Afgańczyków.

AF: Mimo miłości do Turcji nie malujesz jej portretu w różowych barwach.

MS-B: Łatwo jest idealizować i łatwo jest krytykować, a najtrudniej jest znaleźć złoty środek i opisać rzeczywistość taką, jaka ona jest. Że nawet w najbardziej wyzwolonym tureckim mieście nie jest różowo. Ale taka dziennikarska natura, by szukać głębiej i nie zadowalać się powierzchownymi spostrzeżeniami. Ja to uwielbiam. Weźmy choćby Erdoğana. Kojarzymy go w Polsce przede wszystkim z polityki, która ma na celu przywracanie w Turcji prymatu islamu – to za jego sprawą chusty wróciły do szkół i urzędów, a Hagia Sophia stała się na powrót meczetem. Ale mało kto wie, że jego rząd zreformował system opieki zdrowotnej. Tego Polacy na pewno mogą zazdrościć Turkom.

AF: Na czym polegała ta reforma?

MS-B: Podstawową zmianą była kwestia wynagradzania za pracę – lekarze zaczęli być wynagradzani za liczbę pacjentów, jakich przyjęli – im więcej przyjmiesz, tym więcej zarobisz. Ta zmiana sprawiła, że lekarzom przestało im się opłacać przyjmowanie w prywatnych gabinetach i praca po godzinach, skoro te same pieniądze mogli zarobić na państwowym. Szpitale same decydują o swoich finansach, kupują taki sprzęt, jakiego potrzebują. Wiem z własnego doświadczenia: wchodzę w system internetowy, wybieram, który szpital bądź przychodnię chcę odwiedzić, klikam i sprawdzam, czy są dostępne wizyty…

AF: I nie wyświetla ci się termin 2029?

MS-B: Nie, te wizyty są dostępne nawet na kolejny dzień. I nie mówię tu o wizycie do internisty, dermatologa czy okulisty, ale neurologa lub nawet kardiochirurga naczyniowego…

AF: U nas nawet prywatnie musisz czekać pół roku.

MS-B: A tam wizytę masz za tydzień. Tomograf także jest w niespełna tydzień. W prywatnym szpitalu część finansuje państwo, a ty dopłacasz resztę. Są dopłaty do leków – ty płacisz tylko 20 procent resztę dopłaca państwo, są dopłaty do okularów, a np. leki dla osób z niepełnosprawnością są za darmo. Można na prezydencie za różne rzeczy wieszać psy, ale sukcesu reformy odmówić mu nie można.

AF: Za czym jeszcze – poza turecką opieką zdrowotną – tęsknisz, gdy jesteś w Polsce?

MS-B: Za wszystkim. Śmieję się, że będąc w Polsce, piszę książki o Turcji i tak leczę tęsknotę. A tak na serio – to najbardziej tęsknię za ludźmi, za ich otwartością, życzliwością, łatwością nawiązywania kontaktów. Tym, że kogoś spotykasz po raz pierwszy, a po chwili siedzisz z nim nad szklanką herbaty i słuchasz historii jego życia. Turcja codziennie jest niespodzianką. Chciałabym tak dobrze czuć się w Polsce, jak czuję się w Turcji.

 

Marcelina Szumer-Brysz (ur. 1981) – dziennikarka i reporterka współpracująca z „Tygodnikiem Powszechnym” i działem zagranicznym „Gazety Wyborczej”, a wcześniej z „Przekrojem”. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W Turcji mieszkała przez trzy lata, ale kiedy tylko może, powraca do tego kraju. Za książkę „Wróżąc z fusów” zdobyła nominację do Kryształowej Karty Polskiego Reportażu oraz Nagrodę Fundacji Identitas. Prywatnie żona Grzegorza i mama 4-letniego Henia.