Autor: Agata Passent

Gdy piszę te słowa, nadal trwa pandemia COVID-19. Czy gdy Państwo czytają ten tekst, ktoś już tę pandemię odwołał? Może sama Joanna Szczepkowska, znakomita aktorka i felietonistka usiądzie przed kamerką na zoomie i oświadczy wszem i wobec, iż w grudniu popołudniu roku tego i owego skończyła się piętnasta fala wirusa i koniec, flauta, fal nie ma. Na razie jednak na nic takiego nie zanosi się, a że człowiek jest gatunkiem, który całkiem nieźle adaptuje się do wszelkich niedogodności i dogodności, to wiele osób skutecznie udaje, że o wirusie SARS-CoV-2 zapomniało. Tymczasem ja nie zapomniałam o nowym cudownym świecie, który był zapowiadany przez różnej maści ekspertów i ekspertki przekonujących nas o tym, że pandemia, niczym macierzyństwo, wszystko w naszym życiu odmieni.

Halo, halo! Czy pamiętacie jeszcze liczne fotografie panów z odkurzaczami sprzątających mieszkanie, bo meczów do oglądania nie ma, a pani do sprzątania na kwarantannie? Synów z żelazkiem prasujących koszule? Mężów z wałkiem rolujących ciasto na pizzę? A może kolega szerował filmik z metodą na szybkie i leciutkie siekanie selera na zdrową zupę krem, bo należy zimą jeść białe warzywa, a jesienią śliwki węgierki i płody lasu, zaś wiosną pięć porcji nowalijek, czyli zgodnie z kalendarzem, ku odporności? Na absolutne wyżyny wzniósł się mój znajomy, który sam zbudował swoje donice na taras, na którym przez 20.lat nie widziałam ani jednej pelargonii czy nawet pustej skrzynki po winie w roli taboretu.

Koronawirus miał nie tylko odmienić światową gospodarkę, wykończyć teatr, tanie loty, ale generalnie sprawić, by nastała pełna „epoka speed”. Epoka speed. Takie zgrabne sformułowanie. Jak gdyby to tempo sprzed dwóch lat było tempem żółwio-ślimaczym? Ton eksperta był kategoryczny. Epoka speed. Wszystko będą robiły roboty. Ekspert występował w radiu, był młody, rzutki, wykształcony; na sztucznej inteligencji znał się lepiej niż Adam Małysz na skokach, a po Indo-Pacyfiku poruszał się z większą swadą niż ja po naszej altance śmietnikowej na podwórku, gdy brnę ku odpadom bio, a potem do papieru. Niestety nie zapamiętałam nazwiska tego pana, ale sporządziłam do niego intymny liścik, w którym podaję, jak wyglądał podział obowiązków domowych u mnie w rodzinie przed pandemią koronawirusa i teraz po dwóch latach, w tzw. nowym ładzie i epoce speed. Na początku wymieniam obowiązki domowe, które wykonują w moim mieszkanku lokatorzy płci męskiej, a potem to, co wykonuję, ja, osoba płci żeńskiej.

Przed pandemią. Panowie: Wynoszą śmieci. Wyprowadzają psa. Robią drobne sprawunki, gdy po otwarciu lodówki i panicznym wpatrywaniu się w jej wnętrze, oraz po ciężkim westchnieniu, a następnie zapytaniu na głos, niby tak ogólnie w powietrze: „czy mamy masło?!”, usłyszą ode mnie odpowiedź: „Jeśli kupiłeś, to na pewno jest”. Wyjmują rzeczy ze zmywarki, po tym jak dwa razy powiem, by to zrobili, robią pranie i rozwieszają, ale tylko jeśli brakuje im czystych dresów na piłkę, dwa razy w roku suszą grzyby w suszarce, której nie chce im się potem odstawić wysoko do szafki, więc postawili ją przy blacie, na którym ja pracuję.

Ja: Pilnuję, by syn mył zęby. Pilnuję kalendarza szczepień. Robię zakupy. Piekę, gotuję, zmywam podłogę po tym, jak pies się zsika, czyli dwa razy dziennie, bo pies ma raka pęcherza i jest już staruszkiem z zaćmą. Pilnuję zapisów do przedszkola. Sprawdzam, czy syn zdaje do następnej klasy. Pamiętam o rachunkach za prąd. Piekę. Gotuję. Robię sałatkę, emulguję domowy dressing. Pakuję rzeczy do zmywarki, bo panowie twierdzą, że nie umieją tak efektywnie, jak ja. Codziennie kupuję warzywa lub owoce, dbając o zrównoważoną dietę dzieci i swoją. Zauważam, że w domu nie działa to i tamto, lub odpada tapeta, uszczelka w drzwiach, okno się wypaczyło, cieknie lodówka. Przypominam o gaszeniu świateł. Przypominam co miesiąc o dobrowolnej składce na ubezpieczenie NFZ, by wspomagać fatalnie zorganizowaną polską służbę zdrowia. Pamiętam, by zapraszać dalszą rodzinę i znajomych, podać coś chociaż symbolicznie i być miłą. Jeśli panowie zapomną np. stroju na bal karnawałowy w przedszkolu lub zapomną coś kupić czy załatwić, oznacza to, że jest to moja wina, bo miałam im przypomnieć.

A jak jest w epoce speed, po pandemii? Bez zmian. Jest, jak bywało drzewiej przed koronką.

Oczywiście! Moją winą jest, że biorę za dużo na siebie, prawda? Ha, ha, ha. Wierzcie mi, próby rozmowy nie dają nic. Salwuję się pokazywaniem palcem i cedowaniem obowiązków, słysząc obrażone jęki i obelgi w stylu :ale matka zrzędzi”. Najbardziej pocieszył mnie starszy kolega, którego synowie są już dawno dorośli. „Będą sprzątać, jak się wyprowadzą”. Tak że tak. Wirusy może są i śmiertelne, ale nie mają takiej siły, by zmienić rozkład obowiązków domowych wśród lokatorów mojego mieszkania. Narzekam, ale nie rozpaczam. Ponieważ nie lubię męczennictwa, a od bałaganu wolę porządek – często wychodzę z domu do biura lub biblioteki. Tam jest czysto, cicho i nikt nie woła: „czy wiesz może, gdzie postawiłem tę moją książkę, którą mam na jutro przeczytać?”. W czasie pandemii zdarzały się okazje, gdy niegotujący nigdy panowie nagle serwowali żonie posiłek. U nas raz też się coś takiego zdarzyło. Nie obyło się bez fotografii na tle naczynia żaroodpornego i opowieści o wyczynie kulinarnym. Na co dzień jednak wiem, że z posiłkiem w domu czekają na mnie zawsze… moje przyjaciółki, a nie lokatorzy w domu. Wystarczy zadzwonić, zapytać: „kochana, co u ciebie?”, a w słuchawce słyszę: „wpadaj, mam sałatkę i akurat tzatziki robię…”

  1. Tekst dotyczy mnie. Wierzę, że moja sytuacja jest absolutnym wyjątkiem, a reguła jest taka, że w większości domów od czasów lockdownu i pandemii panuje pełna równość! Kobiety pracujące zawodowo mają dokładnie tyle obowiązków w domu, co ich pracujący zawodowo partnerzy.