Bez odpowiedniego tła, nie ma wielkiego dzieła!

autor: Renata Greń

 

Nadszedł czas na zmiany w naszym salonie. Na ścianach powiesiłam dwa nowe obrazy. Pierwszy uznanego malarza, znanego z wielu wystaw – KRZYSZTOFA PAJĄKA i malarki młodego pokolenia – ZUZANNY SZARY. Obrazy bardzo kolorowe, w mocnych, soczystych barwach. Odmienne w treści, ale połączone niesamowitą energią. Znakomicie się uzupełniają. Dominuje pomarańcz, słoneczna żółć, odrobina błękitu i czerni. Przywołują gorące lato. Jeden nawet został zatytułowany Wspomnienie lata. Obrazy mnie zainspirowały, a jednocześnie wymusiły na mnie drobne poprawki aranżacyjne.

Ale co zmienić, czego się pozbyć, co wybrać, możliwości jest tak wiele.

Nie mogłam zdecydować się czy wybrać CHAOS – kontrastujące kolory i mieszankę stylów, artystyczny nieład, czy NATURĘ – przytulne wnętrze, barwy ziemi, roślinne akcenty, neutralność i prostotę, a jednocześnie nowoczesność i klasę. Czy wolność aranżacyjna powinna zwyciężyć z pragnieniem idealnego ładu?

Podobają mi stonowane odcienie bieli, beżu i szarości. Barwy, które nie rzucają się w oczy, które wyglądają dobrze zarówno w towarzystwie chłodnych, jak i ciepłych kolorów, naturalne materiały połączone z drewnem, kamieniem i szkłem, kwiaty w wazonach i te w donicach. Lubię materiały i kolory zapewniające równowagę i harmonię, dające odprężenie i spokój. Jednocześnie ciągła potrzeba zmiany pcha mnie w stronę eklektyzmu, niewymuszonej elegancji, swobodnego podejścia do przepychu aranżacyjnego.

Muszę pogodzić te dwa różne światy.

Skoro obrazy mają zostać z nami na długo, muszę wprowadzić „spokój” wokół nich. One będą w centrum uwagi i muszą skupić na sobie wzrok. Muszą dominować. Reszta przedmiotów dookoła musi być tłem! Zatem uporządkuję kolorystykę i sprawię, aby obrazy nie miały konkurencji. Zastosuję zasadę ekscentryczny kolor plus klasyczna baza. Tą bazą będzie złamana biel, mleczna biel. Sama w sobie piękna, ale też uzupełniająca, pozwalająca zaistnieć innym barwom. To będzie aranżacyjny sukces.

Aby tego dokonać, wybrałam różne przedmioty dekoracyjne: wazony, dzbanki, filiżanki, misy i świeczniki, ale takie z pazurem. Przy wyborze kierowałam się zasadą: ma mi się podobać ich kształt, rozmiar oraz faktura materiału. Kolor jest obojętny, nieistotny, bo przecież to ja im nadam ten właściwy. Po prostu je przemaluję. Przedmioty, które z różnych powodów zostały odtrącone i chowały się po kątach, doczekają się lepszych czasów. Dostaną szansę na drugie życie. Po delikatnym liftingu one zamieszkają na naszych półkach. Co prawda będą tłem, ale bardzo ważnym. Wybrałam delikatny i neutralny odcień bieli i beżu, który doskonale wpisał się w kolorystykę naszego mieszkania. OLD WHITE – to kolor, który jest elegancki, a jednocześnie zgodny z aktualnie panującymi trendami. Na ten kolor stawiam!

A więc do roboty!!!

Zdecydowałam się na farbę kredową Annie Sloan. Rozśmieszyły mnie nazwy: „Capri Pink”, „Oxford Navy”, „Greek Blue” i jeszcze „Paloma”, „Henrietta” i „Antoinette”. Natomiast zachwyciła piękna paleta kolorów. Jaka szkoda, że wybrałam tylko jeden i to na dodatek neutralny! Może przy następnym malowaniu wybiorę te bardziej soczyste? Zasadniczym atutem tej farby jest to, że nadaje się do malowania niemal wszystkich powierzchni. Można nią pomalować drewno, szkło, tkaniny, lampy, żyrandole, świeczniki, koszyki wiklinowe, ramy luster i obrazów, a w moim przypadku misę drewnianą, ceramiczny wazon, drewniano-szklaną paterę, wazony szkliwione i jeszcze takie pokryte czymś niezidentyfikowanym w kolorze srebra. W dodatku nie trzeba usuwać starej powłoki, zatem przedmioty nią malowane nie potrzebują specjalnego przygotowania. Wystarczy jedynie umyć dany przedmiot i wysuszyć. Ja użyłam płynu do mycia naczyń. Po wyschnięciu przystąpiłam do nakładania farby cienką warstwą za pomocą pędzla (kupiłam razem z puszką farby). Prawdziwi fachowcy znający się na malowaniu mówią, że lepiej nałożyć kilka cieniutkich warstw farby niż jedną grubszą. I ja tak zrobiłam. Na warsztat wybrałam – blat kuchenny – jest szeroki i dobrze oświetlony. Zabezpieczyłam go starannie workami foliowymi (w których przyniosłam czyste ubrania z pralni chemicznej).

Farbę przelałam do miski i dolałam trochę wody. Dokładnie wymieszałam drewnianym mieszadełkiem (prezent od sklepu) z zabawnym, ale bardzo proroczym zdaniem Ralpha Waldo Emera: „Każdy artysta zaczynał kiedyś jako amator”. Kiedy uzyskałam konsystencję śmietany, zaczęłam malować pierwszy obiekt. Pędzel prowadziłam ostrożnie, z czasem moje ruchy nabrały odwagi i pewności. Pędzel wędrował we wszystkich kierunkach, aż cały wazon został pomalowany. Po wysuszeniu czekało go pokrycie kolejną warstwą i kolejną. Malowałam wytrwale i dokładnie. Sięgałam po kolejne przedmioty i kolejne, aż wszystkie pokryły się pożądaną barwą. Trwało to kilka dni. Nasze stare wazony, miski, patery i świeczniki uzyskały nie tylko piękną barwę, ale też niesamowitą fakturę, coś pomiędzy elegancką i dostojną porcelaną a prostą i solidną gliną. Teraz tylko pozostało mi poustawiać je na półkach. Na koniec na kanapie położyłam kilka poduszek w kolorach, które dominowały na obrazach. One dopełniły całości. To była praca, ale też świetna zabawa. Projekt zakończony. Jestem z siebie zadowolona.

Bałam się, że mój mąż padnie z zachwytu – nie padł – ale bardzo mu się podobało!

Bo to są drobne radości życia.