Do mamy, która przeszła przez chorobę i wciąż wstaje każdego dnia

1.jpg
 

Kiedy zostałam mamą, myślałam, że największym wyzwaniem będzie niewyspanie i codzienny chaos. Nie spodziewałam się, że przyjdzie dzień, w którym usłyszę diagnozę nowotworu i moje życie podzieli się na „przed” i „po”.
Jestem mamą. I jestem kobietą po raku.
Radiochemioterapia. Operacja. Powikłania. Ileostomia. Kontrole, badania, czekanie na wyniki. Strach, którego nie pokazywałam dzieciom. Uśmiech, który czasem był silniejszy niż ja sama.
Bo przez długi czas wierzyłam, że mama nie może się rozsypać.
A jednak się rozsypałam.
W środku.
Cicho.
Najczęściej wieczorem, kiedy dom już spał.
Pamiętam momenty, kiedy musiałam zmieniać worek stomijny i jednocześnie słyszałam: „Mamo, chodź zobacz”.
Pamiętam, jak zbierałam w sobie siłę, żeby wyjść z nimi na spacer, choć ciało bolało, a w głowie krążyły czarne scenariusze.
Pamiętam, jak udawałam spokój przy stole, żeby nie zobaczyły mojego lęku.
Najbardziej bałam się jednak nie bólu ani operacji.
Bałam się tego, że będę musiała je zostawić na czas leczenia.
Nie chemii.
Nie blizn.
Tylko momentu, kiedy wyjdę z domu do szpitala i nie będę mogła ich przytulić wieczorem.
Płakałam po cichu.
Zastanawiałam się, czy zapamiętają mnie jako mamę zmęczoną, słabszą.
Czy poczują się opuszczone.
I było jeszcze coś — poczucie winy.
Że nie mam tyle energii co kiedyś.
Że czasem jestem rozdrażniona.
Że muszę odpocząć zamiast się bawić.

 

Że moje dzieci musiały usłyszeć słowo „onkologia”.
Długo myślałam, że choroba coś im zabrała.
Dziś wiem, że zabrała mi złudzenie kontroli — ale nie zabrała mi miłości.
Bo ja ich nie opuszczałam.
Ja o nie walczyłam.
Każdy dzień w szpitalu był dniem bliżej powrotu.
Każde leczenie było decyzją: „Chcę żyć. Chcę być z Wami.”
Zrozumiałam, że macierzyństwo to nie perfekcja.
To obecność.
To przytulenie mimo zmęczenia.
To powiedzenie: „Mama dziś ma słabszy dzień” zamiast udawania superbohaterki.
Moje ciało się zmieniło.
Mam blizny. Mam stomię. Mam lęki.
Ale moje dzieci nadal widzą mamę.
Nie diagnozę.
Nie sprzęt medyczny.
Nie słabość.
Widzą miłość.
Dziś wiem, że nie muszę być idealna, żeby być wystarczająca.
Moja energia może być mniejsza. Moje emocje bardziej kruche.
Ale moja miłość jest taka sama — a może nawet większa.
Jeśli jesteś mamą, która właśnie mierzy się z chorobą i boisz się, że na czas leczenia będziesz musiała opuścić swoje dzieci — chcę Ci powiedzieć jedno:
Ty ich nie zostawiasz.
Ty do nich wracasz.
Silniejsza.
Bardziej świadoma.
Jeszcze bardziej wdzięczna za każdy wspólny dzień.
I to jest największa forma miłości

 
2.jpg
 

Z wdzięcznością
Małgorzata Kupis
Zdjęcia: archiwum prywatne Klaudii 
16 luty 2026

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na