Czar wspomnień! Kruszwica, czyli tam, gdzie wszystko się zaczęło

Pisałem całkiem niedawno, w którymś z postów z pięknym różowym niebem i muzyką Kaśki Sochackiej „Niebo jest różowe”, że pojawi się taki wspomnieniowy post z Kruszwicy.

Miejsca dla mnie kultowego. Miejsca, które sprawiło, że dzisiaj zaciekle walczę z chorobą i nie mam zamiaru za żadne skarby się poddać.

To był mój pierwszy wyjazd po operacji. W ogóle nie spodziewałem się, co będzie, a było pięknie. Zyskałem nową rodzinę, pełną entuzjazmu i chęci wsparcia.

1.jpg

Postanowiłem się jakoś odwdzięczyć i napisałem rymowankę opowiadającą całą historię z tego pierwszego spotkania. Była pisana w częściach, więc pewnie gdzieś zginęła w czeluściach algorytmów. Tak jak to się nieraz dzieje z ciekawymi wpisami. No ale na to nic nie poradzimy, więc rzeczami niewartymi zatrzymania się nie będziemy się zajmować.

Tak przy okazji — miałem przyjemność być na trzech spotkaniach w Kruszwicy. W tym też na tym, które odbyło się jako ostatnie. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałem, że było ostatnie.

Dojechałem tam z przygodami, więc dzisiaj jest coś dodatkowego do wspominania. Ba! Pisząc tego posta, nie wiedziałem jeszcze, że to ostatnia Kruszwica.

Tym bardziej miejsce to będzie dla mnie jeszcze bardziej kultowe.

Dlatego Wam o nim opowiem.

PHOTO-2026-09-26-00-02-36.jpg
 
PHOTO-2026-09-26-00-02-36 3.jpg
 

Cz. I

Wspomnienie dnia poprzedzającego dzień ostateczny wiedźm nad Gopłem działania!

Panie radosne, już wcześniej przyjechawszy, piły kawę,
teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

z małej, ozdobionej znaczkiem butelki,
w której żółtawy napój majestatycznie pływał,
wlewały do kieliszków ten złocisty wywar.

Z gracją wznosiły swoje toasty:
to zdrowie jednej, to zdrowie drugiej,
a potem następnej niewiasty.

Panowie za dużo nie mieli do powiedzenia,
bo mimo swych wdzięków byli ulegli
jak gdyby tak od niechcenia.

Ja po raz pierwszy dołączyłem do tego grona
i od chwili pierwszej poczułem się tak,
jak się czuje pośród wron każda wrona.

Mirelcia, dama co wierszem mówi,
poczęstowała mie owym wywarem i powiedziała,
że ona taki lubi.

Pomyślałem więc sobie: skoro ona ów cytrynowy wywar kosztuje,
to i ja również odrobinę skosztować mogę.
Nikt przecież nie chce w dzień pierwszy paść na podłogę.

Wtem w drzwiach salonu, gdzie wszyscy już o swych przygodach prawili — ten tu dojechał autem, a ten pociągiem, a ten, że nad jeziorem coś kwili — stanęła Agnieszka i przywitała się z nami ciepło:

— Hej, witam Was, moi mili! Czyżbyście beze mnie już sobie pili?

Tuż za nią podążała Justyna i zanim się odwróciłem, szepnęła cicho:

— Hej, Panie Kolego, jest i dla Cię nektaru butelczyna.

I tak przez wieczór cały przywitały się wszystkie wiedźmy,
które na sabat zjechały.

Cz. II

Wspomnienie dnia wiedźm nad Gopłem działania! Dzień ostateczny!

Było miło, było wesoło,
wszyscy spostrzeżeniami uzupełniali się wkoło.

Dzień drugi upłynął na świetnych wykładach.

Było o silnych kobietach i słabych facetach,
o których ktoś mówił, jak się mówi o gadach.

A potem był koncert, świetnie zagrany,
ale jakoś pod koniec odezwały się chrapliwe organy.

Wszystko ładnie się komponowało,
no bo widać było, że przesłanie koncertu zadziałało.

Uśmiech pojawił się na uczestników twarzach
i malował się tak do momentu,
gdy wszyscy zobaczyli kucharza.

A może to nie był kucharz, ale kelner jakiś
albo kamerdyner przebrany dla niepoznaki.

Tak czy owak znak to był zapewne,
że obiad już blisko,
a i mi jakoś dziwnie zaczynało zachowywać się brzuszysko.

No i biskup w tajemniczym przebraniu
masował swój bebzonek w jakimś wełnianym ubraniu.

Po dziewczynach za bardzo, że głodne, nie było widać,
wszak to płeć piękna — co najwyżej było słychać.

W powietrzu coś wisiało,
a byłem tam pierwszy raz,
więc nie wiedziałem, co będzie się działo.

A kiedy Sabatu godzina wybiła,
Mirelcia ze swym zespołem
kierownictwu niespodziankę zrobiła.

Wspaniale się patrzyło na te Dorotki, Agnieszki
i operatora sprzętu zaskoczone twarze.

Serca pewnie im biły mocno,
ale nam biły mocniej,
bo to nie lada występ się zdarzył.

Było coś do picia i torcik z kiełbasy.
Ktoś zaśpiewał „Happy Birthday to You”,
ale nie miał Marilyn Monroe klasy.

Cz. III

Dzień ostateczny i trochę po!

I tak zaczęły się nocne podboje za przyzwoleniem ojca Włodzimierza, który akurat po coś mocniejszego do komnaty z jadłem zmierzał.

Wiedźmy, czarownice, goplany i inne damy odpaliły swoje miotły i poszły w lotnicze tany.

A przy dobrej muzyce wszystko się zdarzyć może.

Rozruszały zatem towarzystwo,
a ja się zmęczyłem jak małe niebożę.

Czas było nabrać trochę sił. Zaszedłem do jadłodajni, a tam nasz Ojciec Włodzimierz już był.

Dał swoje błogosławieństwo i sam przywiesił sobie kiełbasę u pasa, krzycząc:

— Ruszać się, ludzie! No raz, raz! Hopsa sasa!

Aż zaczęła mu się bujać kiełbasa u tego pasa.

Zosia dopadła miotłę wyścigową
i ruszyła wokół sali ze swą siwą głową.

Ledwo przed drzwiami wyhamowała,
bo włączyła nitro,
a nie była tak całkiem sama.

Za nią podążały jeszcze dwie czarownice,
a odrzut taki miały,
że trzęsły się w oknach donice.

Gdzieś tam na schodach stała nasza wiedźma naczelna
i chociaż długo tutaj nie mieszka,
z całą pewnością rządziła tymi wiedźmami,
a zwała się Agnieszka.

No i Justynka — pozornie wiedźma niegroźna,
ale jak na Cię spojrzała,
to jak w podstawówce woźna.

Nie było się można oprzeć, gdy na Cię spojrzała.
Pstryknęła tylko palcami
i znów flaszeczka cytrynówki pojawiała się cała.

W drzwiach jak błyskawica pojawiła się wiedźma, a może i diablica. Oczy błyszczały jak błękit nieba i można by było się zastanawiać: kto to?

Lecz fuksja na głowie zrobiła, co trzeba.

Dosiadła się całkiem mnie blisko i Gandalfa Szarego, który akurat prowadził dyskursy na różne tematy, używając języka mi nieznanego.

Zapewne sprawiła to moc trunku, o którym wspominałem wcześniej, ale (…)

Wtem jak grom z jasnego nieba ogłoszono wyniki:

— Kto wygląda najlepiej na tym Kruszwickim Sabacie?

Wygrała Lady Beatriska i Biskup.

— A tu nagrody! — ktoś powiedział. — Macie!

Można by było tu pisać i wymieniać postaci. Na przykład Bibi — na pewno ją znacie. Zaszczyciła nas nawet swoją rdzenną mową. Udziela się czasem, a zapewniam — jest fantastyczną osobą.

No i kierowniczka naszego teatru,
która rymami sypie jak z rękawa,
a rymy są nie byle jakie —
smakują jak porządna z kardamonem kawa.

A i wszystkie inne, o których nie wspomniałem, fascynujące osoby, które swoją obecnością wpłynęły na to, że ten sabat przyczynił się do naszej psychicznej odnowy.

Nazajutrz wszyscy grzecznie zjedli śniadanie i w swoje strony się rozjechali z myślą:

kiedy czas następnego spotkania nastanie?

Nic dodać, nic ująć.

Chociaż w życiu piękne są tylko chwile,
to te znad Gopła wspominać będziemy
bardzo jeszcze długo i mile.

Ja sobie zdaję sprawę, że nie wszyscy lubią takie rymowanie,
ale co tam!

Świat jest tak piękny,
że co się ma stać,
to i tak się stanie.

The End

Trzymajcie się, cześć, do miłego!
Radek Grabowski


Słupsk, 25 września 2026

Napisz komentarz
Imie:*
Komentarz: *

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Fundacja STOMAlife - administratora danych osobowych - ul. Chałubińskiego 8 00-613 Warszawa, w postaci adresu e-mail na potrzeby otrzymywania powiadomień ze strony stomalife.pl

* Pola wymagane
Napisz odpowiedź
Imie:*
Komentarz: *

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Fundacja STOMAlife - administratora danych osobowych - ul. Chałubińskiego 8 00-613 Warszawa, w postaci adresu e-mail na potrzeby otrzymywania powiadomień ze strony stomalife.pl

* Pola wymagane
Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na