
Przed wyłonieniem stomii byłam trochę jak ta księżniczka uwięziona w wieży, ale w mojej bajce nie było ani księcia ani smoka. Moim więzieniem był dom, a dokładniej ubikacja, potworem były objawy choroby a rolę wybawicielki odegrała stomia. Ale po kolei…
Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę Leśniowskiego-Crohna. Przeszłam różne etapy leczenia, żywienie dojelitowe, operacje. Ciągle było źle. Najbardziej dokuczały mi biegunki i ból brzucha. Przez kilka lat funkcjonowałam odliczając czas między dawkami leków na biegunkę. Całe życie miałam zaplanowane tak, by nie brać ich za dużo i za często. Dlatego, jeśli wychodziłam już z domu, to w tym czasie starałam się załatwić jak najwięcej rzeczy, by na przykład kolejnego dnia móc zostać w domu. Nie mogłam poza domem nic zjeść ani nawet pić, nie mogłam też podbiec do autobusu – wszystko to powodowało u mnie natychmiastową potrzebę skorzystania z toalety. Żeby wyjść musiałam zabierać mój zestaw ratunkowy: zapasowy pampers, skarpetki, majtki, spodnie i dużo mokrych chusteczek. Wychodziłam jak na wojnę z wielką czujnością, by być gotową, kiedy zaatakuje mnie biegunka. Jak czynniki zapalne działały na mnie słowa: popilnujesz mi rzeczy?, poczekasz na mnie?, nie mamy tutaj toalety albo długie kolejki w sklepie.
Kiedy było już bardzo źle, chodziłam do toalety co dwadzieścia minut. Doszły do tego ogromne bóle od przetok, ropni i zwężeń. Każde wypróżnienie było przechodzeniem przez piekło. Dreszcze, mdłości, zlewne poty, bolesne parcie i dużo krwi. Czasami ubikacja wyglądała jak rzeźnia.
Sześć lat temu po kilku miesiącach wysokich gorączek i bólu trafiłam do szpitala. Lekarz powiedział, że muszą wyłonić mi stomie, ale zanim to zrobią dostanę żywienie pozajelitowe, bo mogę nie przeżyć operacji. To był najgorszy czas w moim życiu. Ucieszyłam się na informację o stomii i nawet lekarz był zdziwiony moją reakcją. Ale tak koszmarnie bałam się o siebie. Wtedy byłam pierwszy raz w takiej sytuacji – na granicy życia i śmierci. Byłam słaba, wykończona chorobą i jej objawami, obolała i skupiona na tym, że jeśli przeżyję, to wtedy naprawdę zacznę żyć!
W lutym 2021 roku wyłoniono mi stomię. To było jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Powoli uczyłam się żyć w nowej rzeczywistości i w nowym ciele. Kiedy wyszłam na pierwszy spacer w majtkach, z małą torebką i bez myśli o tym, czy zdążę do toalety – popłakałam się ze szczęścia. Ze stomią zaczęłam poznawać nowych ludzi, wychodzić z domu, randkować, chodzić do restauracji i przestałam się bać. Tu powinnam zakończyć i napisać, że żyliśmy długo i szczęśliwie – ja i stomia. No ale…
Nie zawsze było łatwo, bo jak każdemu – zdarzały mi się gorsze dni. Jak sobie z tym poradziłam? Pozwalałam sobie na to. Pozwalałam sobie być smutna i wracałam do myśli o tym, ile już złego za mną. W najgorszych chwilach, jak na polonistkę przystało (bo stomia pozwoliła mi skończyć studia, a nawet pójść do doktorat) – cytuję sobie w myślach Szymborską i Was też zostawiam z jej słowami: „Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne”.
13 luty 2026 r.
Klaudia Katarzyńska
Zdjęcia: archiwum prywatne Klaudii