Drodzy Czytelnicy
Odważyłam się podzielić z Wami zapiskami z dwóch etapów mojego życia. Dzieli je pół roku, a wspólnym mianownikiem jest choroba i proces wychodzenia z niej. Czytając inne historie opisywane w cyklu „Uparcie i skrycie” doszłam do wniosku, że być może moja także da komuś nadzieję i wiarę, że zło można pokonać, zwłaszcza z kręgiem Bratnich Dusz wokół.
Ściskam Was mocno
Justyna

Moja droga do nowej rzeczywistości
W tym roku będę świętować 44. urodziny i pół roku życia z wyłonioną stomią. Urodziłam się w urokliwym Wągrowcu w Wielkopolsce. To tutaj mieszkam z moim ukochanym człowiekiem, Piotrkiem. To przy nim odnalazłam upragniony spokój duszy. Z domu mamy zaledwie pięć minut do przepięknego Jeziora Durowskiego, gdzie wspólnie podziwiamy zachody słońca. Dla nas to wyjątkowe miejsce – tutaj spotkaliśmy się po raz pierwszy i to tutaj nasze serca powiedziały sobie „tak”.
Pewne rzeczy po prostu się czuje. Nie potrzeba długich lat, aby upewnić się, że to jest ten właściwy człowiek. Dzięki „czarodziejskim wróżkom”, które po cichu zorganizowały nasze spotkanie, uwierzyłam, że wszystko w życiu dzieje się po coś. Nie ma przypadków, a nasze dusze po prostu długo na siebie czekały. Czasami śmieję się do siebie, że szczęścia szukałam w odległych krainach, w których poznałam smak rozczarowania i bólu zamiast radości. Tymczasem największe szczęście miałam tuż pod nosem – przez cały ten czas mieszkaliśmy niedaleko siebie, czekając na odpowiedni moment.
Naszą miłość celebrowaliśmy na górskich szlakach. To właśnie na szczycie Śnieżki przyjęłam zaręczyny. Jestem tam po prostu szczęśliwa. Na szlaku spotkaliśmy dwie bratnie dusze – Mirelę Bornikowską z mężem – z którymi łączą nas piękne wspomnienia z Wągrowca. Mówi się, że góra z górą się nie zejdzie, ale „kangurek z kangurkiem” już tak. To właśnie w górach odnalazłam w sobie ogromną siłę, pokonując 23 km szlaku z woreczkiem na brzuchu.
Pożegnanie i walka o zdrowie
Bardzo kocham zwierzęta, a najbliższe mojemu sercu są bullowate. W tym roku poczułam rozdzierający ból, gdy odszedł mój najwspanialszy towarzysz podróży i mój anioł – Rokuś. Istnieje miłość, która wykracza poza ludzki umysł. Dziś mogę powiedzieć, że ból fizyczny po operacjach jest niczym w porównaniu z bólem po utracie ukochanej istoty. Czas nie goi ran, uczy nas jedynie żyć w nowej, ciężkiej rzeczywistości. Ukojenie dają mi wspomnienia i świadomość, że Rokuś był przy mnie szczęśliwy. Czekał, aż wrócę ze szpitala, upewnił się, że jestem bezpieczna, i wtedy jego misja dobiegła końca. Zawsze będzie w moim sercu.
Moją pasją jest sport: wcześniej siłownia, crossfit i bieganie, a po długiej przerwie pokochałam rowerowe wędrówki po lasach i pagórkach oraz górskie szlaki. Natura dała mi ukojenie, którego tak bardzo potrzebowałam, i pomogła przezwyciężyć stany depresyjne.
Podczas długich tygodni w szpitalu nie było dnia, aby Piotrek nie trzymał mnie za rękę. Mimo pracy i opieki nad moimi pieskami, za co jestem mu ogromnie wdzięczna, zawsze był przy mnie. Nie zważał na kilometry, czas czy zmęczenie. Moc miłości poznaje się właśnie w trudach, bo gdy jest „fajnie”, każdy chce być blisko.

Kryzys i operacja ratująca życie
Po powrocie do domu ufałam, że szybko dojdę do siebie. Stało się jednak inaczej. Moje ciało słabło, nie miałam siły nawet na rozmowę z najbliższymi. Aż którejś nocy obudził mnie dziwny ból, a z rany zaczął wyciekać płyn. Szpital. To był kolejny trudny czas. Nigdy nie zapomnę słów doktora, który podczas rozmowy z inną kliniką powiedział: „Pękło jelito. Zakażenie otrzewnej”. Z przerażenia i osłabienia niemal upadłam na podłogę.
Karetka przewiozła mnie do szpitala w trybie natychmiastowym. Około północy, po kolejnych badaniach, wiedziałam już, że jest bardzo źle. Czułam rozpacz i strach, czy jeszcze wrócę do domu. Lekarze dziwili się, że w takim stanie byłam w stanie poruszać się o własnych nogach. Nad ranem przeszłam operację ratującą życie, a kilka dni później kolejną – tym razem z cięciem na brzuchu w kształcie kotwicy.
Wybudziłam się. Cud, żyję! Jednak tym razem pod kołdrą, na moim brzuchu, pojawił się woreczek. Najpierw były łzy szczęścia, że oddycham, a potem przyszła refleksja. Czym jest stomia? Jak będę teraz żyć? Jak poradzę sobie z nowym ciałem? Początkowo nie byłam w stanie nawet spojrzeć na swój brzuch. Najgorszym momentem było oswajanie się ze świadomością kolostomii w szpitalnych warunkach. Woreczek się odklejał, a ja czułam się bezradna. Do tego doszła rurka typu VAC, karmienie pozajelitowe, ścisła dieta i przetaczanie krwi. Moje ciało poddało się pod wpływem bólu, ale dusza wciąż chciała żyć.
Nowa nadzieja
Przykuta do łóżka walczyłam z opuchlizną, odleżynami i skutkami narkoz. Włosy wypadały mi garściami, a stany depresyjne powracały. Musiałam uczyć się wszystkiego na nowo – nawet chodzenia po szpitalnym korytarzu. Każdy dzień był walką o dwa kroki do przodu, by w końcu wrócić do domu.
To tutaj, w bezpiecznym miejscu i przy wsparciu partnera, poznałam swoje ciało na nowo. Dziś już się go nie wstydzę. Mój woreczek stał się moim przyjacielem, dzięki któremu znów mogę się uśmiechać. Czy stomia coś między nami zmieniła? Tak – nasza miłość jeszcze bardziej się umocniła.
W październiku, tuż po moich urodzinach, czeka mnie operacja zespolenia jelita. Dziś mogę powiedzieć, że nawet mi się do niej nie spieszy, bo polubiłam się ze swoim „przyjacielem”. Czasami strach ma tylko wielkie oczy. Choć w głębi serca czuję lęk przed ewentualnymi komplikacjami, wierzę, że wszystko będzie dobrze. W ciągu zaledwie czterech miesięcy przeszłam dwie ciężkie operacje, chirurgiczną menopauzę, stratę ukochanego Rokusia i depresję. Czasami pytam siebie, ile może unieść ludzka dusza... ale patrząc w przyszłość, wiem, że dam radę.
Zielone światło i lęk przed nieznanym
Nadszedł czas zespolenia. Wyniki kolonoskopii dały zielone światło, a wraz z nim powróciły nieprzespane noce. Czułam lęk i strach przed kolejnymi komplikacjami – moje ciało było już wystarczająco poturbowane. Choć z każdym dniem do terminu operacji czułam się cięższa, wewnętrznie tlił się we mnie spokój i nadzieja, że najgorsze już za mną.
Trudne przygotowania i nieocenione wsparcie
W szpitalu ogromne wsparcie otrzymałam od psychologa i mojego lekarza prowadzącego. Ich rozmowy były nieocenione. Najtrudniejszym etapem okazały się jednak oczyszczające wlewki. Przy kamieniach kałowych ból był ogromny – noc spędzona w łazience ze łzami w oczach zapadła mi w pamięć na długo. Wtedy z pomocą przyszła moja Bratnia Dusza, Mirela Bornikowska. Mimo późnej nocy jej słowa i wskazówki stały się dla mnie ratunkiem.
„Ryk lwa”, czyli powrót do życia
Dzień operacji zaskoczył mnie pozytywnie. Choć przygotowałam się na najgorsze, wszystko przebiegło bez komplikacji. Pierwsze doby były trudne: nudności po narkozie, silny ból brzucha i wycieńczające próby wstania z łóżka. Nigdy jednak nie zapomnę tego „ryku lwa” w moim brzuchu – dźwięku jelit, które na nowo podjęły pracę. To był ryk życia.
Małe kroki i wielka siła miłości
Każdy kolejny dzień przynosił więcej sił, choć wciąż towarzyszył mi lęk o trwałość zespolenia. Jakże wielką radość sprawił mi pierwszy kubek ciepłej zupy zamiast kolejnego kisielu! Przez cały ten czas był przy mnie mój wspaniały narzeczony, Piotrek, który codziennie dodawał mi sił, bym miała odwagę wstać z łóżka.
Nowa rzeczywistość po powrocie do domu
Powrót do domu był świętem. Mimo zaleceń, leków i uciążliwych biegunek, które na szczęście szybko minęły, czułam ulgę. Uczyłam się żyć na nowo, choć bolesne skurcze jelit i ciągnięcie w miejscu szycia bywały paraliżujące. Ostatnie doświadczenia mocno odbiły się na mojej psychice – walka z bezsennością i depresją wciąż trwa, ale z pomocą specjalistów i bliskich każdego dnia szukam powodu do uśmiechu.
Kenzo – anioł na czterech łapach
W moim życiu pojawił się też ziemski anioł, pies zesłany przez Rokusia – Kenzo. Gdy zobaczyłam post adopcyjny, wiedziałam, że to na niego czekałam. Po czterech latach w zimnym kojcu schroniska Kenzo zamieszkał w naszym kochającym domu, a moje serce po stracie znów bije pełnią miłości.
Blizny jako dowód życia
Ten trudny czas nauczył mnie jednego: muszę zaopiekować się samą sobą, bo świat może poczekać. Pokochałam swoje ciało takim, jakie jest – z bliznami na skórze i na duszy. Każda z nich jest świadectwem moich doświadczeń i dowodem na to, że żyję.
Czy uparcie i skrycie kocham życie? Niech to pytanie pozostanie retoryczne!!!
Justyna Jeska
Wągrowiec, Wrzesień 2025
Zdjęcia: Marta Łukaszewicz