Partnerstwo na całe zdrowie i chorobęRozmowa z Andrzejem Kiełbowskim
Miłość, która przetrwała wiele: nowotwór, stomię, śmierć dziecka, a nawet zawał serca, stała się dla Andrzeja Kiełbowskiego źródłem siły do pomagania innym. To opowieść o wolontariacie, który nadaje rozpędu codzienności, a także czułości i wyborze życia, nawet wtedy, gdy los wystawia człowieczeństwo na najcięższą próbę.
Zanim odpowiem na pani pytania, chciałem powiedzieć, że miałem dzisiaj przepiękny dzień!
Proszę o tym opowiedzieć.
Wczoraj mieliśmy nasze pogaduchy (cotygodniowe spotkanie on-line członków grupy na Facebook'u "Stomia - symbol zwycięstwa"- przyp. red.) dowiedzieliśmy się, że Natalka (jedna ze stomiczek- przyp. red.), będzie w szpitalu w Poznaniu. Szybko wraz z żoną pojechaliśmy do niej, żeby sprawdzić czy niczego jej nie brakuje. Wychodząc ze szpitala spotkaliśmy kobietę, jak później się okazało, również stomiczkę. Zaczęło się od luźnej rozmowy, emocjonalnych wyznań, a skończyło na tym, że wymieniliśmy się telefonami, zrobiliśmy wspólne zdjęcia, podpowiedzieliśmy gdzie zaopatrywać się w sprzęt i tak minęły nam dwie godziny! To był dzień dobrych uczynków. Najlepszy! Bałem się, że przez to nie zdążę na naszą rozmowę.
Opisał pan jedno zdarzenie. Pewnie takich chwil i wspomnień ma pan wiele... Co daje panu wolontariat?
Paradoksalnie w życiu doznałem wiele krzywd. Od ludzi obcych, bliskich... i postanowiłem to przekuć w coś dobrego. Sprawdzić siebie i wystawić na próbę własne człowieczeństwo.
Ale dobre rzeczy i ludzie też pana spotykały...
Dostałem Ewę, żonę - miłość mojego życia. Wszystko przez co wspólnie przeszliśmy, choroby, nieszczęścia... a kiedy jedziemy samochodem i ona siedzi obok mnie, to mnie niewiele potrzeba. Mam ją - czyli wszystko.
Do wolontariatu wrócimy za chwilę. Gdzie poznał pan miłość życia?
Chyba nigdy tego publicznie nie opowiadałem. Nawet wśród stomików, gdzie mamy wielu przyjaciół, nie znają szczegółów naszej historii. Spotkaliśmy się trzydzieści lat temu w szkole. Miałem tam spotkanie, na które zaproszona była również Ewa. Spojrzeliśmy sobie w oczy i od razu wiedziałem, że będziemy razem, choć w tamtym momencie nie wiedzieliśmy o sobie niczego.
Trochę jak w piosence "A gdy się zejdą, raz i drugi - kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością…”
To prawda, ja byłem już po rozwodzie, a Ewa straciła męża, zmarł na raka. Od tamtej pory jesteśmy razem. Wychowujemy wspólnie córkę, która uwielbia mnie i kocha, chociaż nie jest moją rodzoną córką. Mam wnuka i wnuczkę, są najukochańszymi dziećmi. Mamy jeszcze syna, mówię o nim syn, bo mówił do mnie tato... ale też nie byłem jego biologicznym ojcem. W 2011 roku syn, nagle zmarł. I tu zaczyna się historia choroby Ewy.
Taka strata, to często próba wytrzymałości dla relacji...
Marek był mistrzem Polski, wicemistrzem świata, pięciokrotnym mistrzem Wielkiej Brytanii w taekwondo i przygotowywał się do olimpiady. Włożyliśmy dużo wysiłku żeby był sportowcem, bo bardzo tego pragnął. Złamał śródstopie, założyli mu gips bez prześwietlenia i w wyniku komplikacji zmarł. Stres jaki przeżyliśmy, był niewyobrażalny.
Kumulowane emocje, ból psychiczny odbiły się na zdrowiu matki, która straciła dziecko?
Tak uważam, podobne zdanie mają lekarze. Po dziesięciu latach od śmierci Marka, Ewa nagle dostała potwornej boleści brzucha. Nigdy wcześniej nie miała takich objawów. Szykowaliśmy się do wyjścia, wezwaliśmy karetkę, bo jej brzuch puchł w oczach. Odmówili przyjazdu, bo do bólu brzucha nie przyjadą. Wezwaliśmy prywatną pomoc. Przyjechał lekarz zapytała czy Ewa się leczy. Oczywiście, że się nie leczyła, bo nie było powodu. Po czym podała żonie płyn na przeczyszczenie i czopki i stwierdziła, że teraz na pewno ból przejdzie. Po kilku kilku godzinach, wiozłem żonę do szpitala, brzuch był tak duży jakbym wiózł ją do porodu, a miała zaczopowane jelito grube.
Na salę operacyjną trafiła "z ulicy" - była w stanie krytycznym.
Czy żonie od razu wyłoniono stomię?
Nie. W sumie przez miesiąc przeszła dziewięć operacji. W pewnym momencie lekarze, nawet nie zamykali brzucha, cały czas był otwarty na klamrach. Każda z operacji trwała około pięciu godzin pod narkozą. Finalnie wyłoniono kolostomię. Okazało się, że to był nowotwór na jelicie grubym. Rozwijał się w środku, nie dawał żadnych objawów. To była długa droga leczenia i rekonwalescencji... po 12 chemiach.
Czy mnogość operacji, narkoz nie wpłynęły na kondycję żony?
Półtora roku temu Ewa przeszła bardzo poważny zawał serca. Przebywała na intensywnej terapii, kolejny raz była w stanie krytycznym. Finalnie lekarze wszczepili jej rozrusznik, kardiowerter i defibrylator. Raz na półtora miesiąca jedziemy do szpitala, żeby podłączyć się do komputera i sprawdzić jak działa urządzenie. Ona śmieje się, że jest jak cyborg. Dzisiaj wydolność jej serca jest na poziomie 50%, a była na poziomie 25%. Teraz jest bardzo dobrze. Ciśnienie ustabilizowane, a praca serca poprawiła się.
Czy w kontekście stomii pan lub żona mieliście problem z akceptacją nowej rzeczywistości po operacji, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i w codziennym funkcjonowaniu?
Ewa wie, że stomia uratowała jej życie. Miała świadomość, co się z nią dzieje w szpitalu. Ja
Przede wszystkim cieszyłem się, że przeżyła. Kochałem ją bez worka, a teraz skoro worek jest częścią najukochańszej osoby w moim życiu, pokochałem też i worek. To naprawdę jedyne zdrowe i odpowiedzialne podeście w relacji.
Dzisiaj przez Fundację mam kontakt z wieloma stomikami. Stomia to nie zawsze happy end. Znam na przykład, stomika, któremu worki pomagała zmieniać żona. Żona umarła i co on zrobił... powiesił się. Nie był w stanie sobie poradzić. Dlatego dopóki jesteśmy w stanie pomagać innym, będziemy ludziom przypominać, że warto żyć. Przełamywać tabu. Poza tym... (chwila ciszy)
Poza tym?
Jeżeli człowiek kocha, to jest w stanie wszystko zrobić. Nie mogę patrzeć na to, jak stomicy rozchodzą się tylko dlatego, że coś im zapachniało. Nie tak dawno w szpitalu na Przybyszewskiego w Poznaniu podczas wystawy, opowiadałem o wolontariacie w Fundacji STOMAlife, czułem wtedy zruszenie. Nie wstydzę się tego, bo to było coś normalnego, naturalnego... Mało kto je zobaczył. Jestem uczuciowy i nie wstydzę się tego. Wzrusza mnie wiele sytuacji, nawet tych codziennych i często zmieniam ból i porażki w uśmiech i żarty.
Jak dzisiaj czuje się pana żona?
Przerabiamy kolejny zdrowotny temat. Ewa ma 75% utraty wzroku. Dowiedzieliśmy się o tym podczas rutynowej wizyty, która miała zakończyć się jedynie wymianą szkieł w okularach. Okazało się, że to zaawansowana jaskra. Lekarz już mi zapowiedział: proszę przygotować się, że żona będzie się w przyszłości poruszać za pomocą białej laski...
Jako, że jaskra jest nieuleczalna, od razu doszkoliłem się w Internecie. Wiem wszystko, o ciśnieniu w gałce ocznej... a potem zabieg na zaćmę, bo nie można dopuścić do jej rozwoju, bo wyklucza leczenie jaskry.
Aż chce się powiedzieć: ciągle coś!
Człowiek jest w stanie wiele przetrwać. I te ciężkie chwile, i wesołe, i dobre... również i te tragiczne. Trzeba robić wszystko, by druga strona czuła, że jesteśmy w tej sytuacji razem.
Czy dzięki trudnym życiowym doświadczeniom czuje się pan silniejszy?
Szczerze? Nigdy nie myślałem w takich kategoriach. Zawsze byłem w pobliżu, starałem się wspierać. Kiedy się pobraliśmy Ewa była w ciąży i poroniła, kiedy wyłoniono u niej stomie, zakładano rozruszniki serca... Od pierwszych dni naszego związku jesteśmy sprawdzani, czy możemy być dalej razem.
Kiedy nie zna się ludzi, patrzy na nich powierzchownie, można odnieść wrażenie "jacy oni szczęśliwi!", prawda?
Często słyszę, że ludzie nam zazdroszczą, bo jesteśmy tacy szczęśliwi. Ale gdy dowiadują się, o chorobach, stratach, żałobach, to chcieliby z naszego życia zabrać sobie jedynie szczęście. Codzienność to nie tylko wzloty, to także upadki, po których długo wylizuje się rany. Nasza miłość jest ciągle budowana na nowo, bo wiem, że szczęście trzeba zbudować samemu.
Co jest dla pana codzienną motywacją?
Wiele zależy od tego, jacy jesteśmy odporni, przygotowani do tego życia, czy mamy cel. Ja obrałem sobie dwa cele. Pierwszy, że przetrwamy ze sobą wszystko. Nawet wnuk do mnie powiedział: dziadek, nie możesz umrzeć do mojej osiemnastki. - Co do osiemnastki? Marek - zwraca się wnuczka do swojego brata - Ty głupi jesteś! Dziadek będzie tańczył na moim weselu. Wnuczęta bardzo mobilizują mnie do działania i życia. I drugi cel to. Pomoc innym. Fakt, że mogę to robić, jest motywacją dla mnie samego.
Skąd w panu tyle siły do działania?
Dwadzieścia siedem lat spędziłem w wojsku. Doczekałem tylko czterech gwiazdek, ale byłem dowódcą kompanii. Miałem pod sobą setkę ludzi. Czy wyobraża sobie pani, że po tym jak odszedłem na emeryturę, jeszcze przez kilkanaście lat dostawałem kartki świąteczne z życzeniami?
To szalenie miłe. Co jeszcze kształtowało pana jako mężczyznę?
Świadomość, że trzeba żyć, być twardym, mieć powód, by rano wstać, działać - to jest cel i sens życia. Moim celem jest dożyć ślubu wnuczki i już widzę to oczyma wyobraźni. Cokolwiek życie rzuci mi pod nogi i tak to przejdę. W codzienności pozbawionej celu, można umrzeć nawet z bólu zęba. Trochę głupio, prawda?
Życie mocno pana doświadczało...
Można tak powiedzieć, nawet bardziej doświadczało niż rozpieszczało. Od 15 roku życia sam podejmowałem wszystkie decyzje, mieszkałem w internacie i sam się utrzymywałem, bo miałem stypendium. Kiedy poznałem Ewę - moją żoną, jej mama była obłożnie chora. Lekarze sugerowali, że teraz tylko hospicjum. Przez dziesięć lat pomagałem, dźwigałem, kąpałem, karmiłem itd. Umarła na naszych rękach. Ewa mówi, że nieszczęścia przychodziły po to, żebyśmy działali w wolontariacie. A ja uważam, że trzeba żyć, szaleć i pomagać. Przełamywać serie trudnych doświadczeń i realizować marzenia.
Kto był inspiracją w temacie wolontariatu, wzorem do naśladowania?
Kiedy żona leżała w szpitalu, nie wiem czy była jeszcze tu, czy bardziej już tam... Ewa była po prostu w innym świecie, to Mirela siedziała ze mną na telefonie. Zawsze powtarzała, że może w każdej chwili przyjechać, a przecież sama też jest chora. Ewa wyszła, a Mirela już była. To ona była dla mnie inspiracją do działania. To był moment, w którym dotarło do mnie, że ja przecież też mogę działać, nawet jeśli stomii nie mam.
I tak przez chorobę żony, nie tylko został pan wciągnięty w życie i wsparcie stomików, sam również zyskał nowe znajomości oraz życiowe cele?
Dokładnie. Bierzemy udział w spotkaniach przy kawce, rozmowach on-line, dorocznym wyjeździe do Kruszwicy, a w tym roku z okazji dziesięciolecia działalności Fundacji STOMALife, odbyła się piękna gala. Nawet nie wiedzieliśmy, że wraz z Ewą otrzymam jakieś wyróżnienie. Przecież nie robię czegokolwiek dla splendoru, nagród i tym podobnych ale byliśmy zaskoczeni i trochę nawet zawstydzeni i niezmiennie wdzięczni za dobre serce każdego, kto jest częścią tej społeczności. Jestem bardzo dumny, że zostałem wolontariuszem.
Październik 2025
Rozmawiała: Magda Łyczko