10 Październik 2026
10-10-2026 przez Iza Janaczek
No i okazało się, że nie jestem jednak obojętna na melancholijny urok jesieni. Jednak, mimo pięknego, słonecznego babiego lata nie potrafię się w tej szybko zmieniającej się aurze doszukać czegoś turbo energetycznego. Owszem, słońce miło grzeje twarz, owszem niebo kusi błękitem do spacerów ale w powietrzu czuć już tę melancholijną nutkę powodującą, że człowiek trochę zwalnia tempo i częściej łapie się na filozoficznych rozmyślaniach.
I to jest ok, bo to naturalna kolej rzeczy.

Nie, w żadnym razie to nie jest artykuł o smutku, końcu i w ogóle - beznadziei.
Kiedyś, dawno temu doszłam do wniosku, że tego typu kasandrycznego vibe jest w przestrzeni publicznej aż za dużo, dlatego ja będę robić inaczej. Trzymam się tego planu dzielnie i konsekwentnie. I choć poruszam tu tematy różne, nigdy nie dodaję im katastroficznej aury końca świata - mojego lub czytelnika.
Dlaczego?
Ponieważ można przeżywać życie bez dodatkowej porcji umartwiania się. I właśnie z tego powodu dziś kolejne trudne hasło z cyklu technologicznych, ale – z pogodną i motywującą puentą. Gotowi? No to lecimy.
„Przekroczono limit czasu” – brzmi znajomo, prawda? Jeśli widzimy go w kompie lub telefonie, może i wkurzy ale da się ogarnąć. Zamykamy okno, próbujemy jeszcze raz. Czasem się uda, czasem nie. Komputer nie robi z tego dramatu. Po prostu informuje, że czekał wystarczająco długo. Dla nas gorzej, bo trzeba jednak się szybciej ogarnąć u skupić uwagę, tu i teraz.

Gorzej się dzieje, gdy to samo przeniesiemy do codziennego życia. Tu niestety nie wyskakuje człowiekowi na środku dnia okienko z komunikatem: „przekroczono limit czasu. Game over”. Żyćko pędzi i nie daje ostrzeżenia, że coś odkładaliśmy już wystarczająco długo i istnieje prawdopodobieństwo, że to się może nie skończyć najlepiej.
A może daje, tylko nie umiemy tego komunikatu odczytać, bo nie świeci neonem na środku czoła, tylko przychodzi chronicznym zmęczeniem, zniechęceniem i coraz mniejszą ochotą na rzeczy, które kiedyś sprawiały frajdę?
Zaczynamy odkładać spotkania, wyjazdy, plany, a „nie teraz, później” staje się odpowiedzią na coraz więcej spraw innych, niż praca. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że coś na rzeczy jest. Zwłaszcza że aby tematu nie zamykać dokumentnie staramy się ugrać na czasie. Używamy do tego celu słówka, które mało kiedy działa na korzyść. Znacznie częściej powoduje wyobrażenie, że tematu nie pokpiliśmy a jedynie przesunęliśmy go w czasie. A to przecież nic złego, prawda?
O jakie słowo chodzi? O słowo: później.

Zrobię to później. Pojadę później. Zadzwonię później. Zacznę później. Odpocznę później. Przeczytam tę książkę później. Później nauczę się języka, później zapiszę się na kurs, później zobaczę miejsce, które od dawna mam na liście. Później będę mieć więcej czasu.
Później, to unicestwiacz planów...
To także to bardzo wygodny opóźniacz zderzenia z rzeczywistością…
I pozornie odporny na komunikat o przekroczonym limicie czasu. Pozornym, bo przecież z czasem nie da się negocjować, choć każdy próbuje, mając nadzieję, że coś ugra, bo przecież: słowo „później” to przesunięcie w czasie, a nie usunięcie tematu na głucho… Później nie jest kategoryczne, nie powoduje ogromnych wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie, sprawia, że mamy poczucie, jakby komunikat „przekroczono limit czasu” wcale nas nie dotyczył.
I w ten sposób można funkcjonować bardzo długo.
Nierzadko a do pierwszej poważnej pauzy wymuszonej przez organizm albo zaniedbane relacje.

Właśnie dlatego „później” jest słowem, z którym trzeba trochę uważać. To żaden gwarant bezpieczeństwa, ale o tym człowiek dowiaduje się – później, gdy nie ma już opcji na „gdybym wiedział to wcześniej”.
Jesień ponoć uczy cierpliwości i skupienia uwagi.
Cóż, może i tak, skoro wszystko jakoś zwalnia może to czas, by opóźnić użycie kolejny już raz słowa „później”. Nie wiadomo przecież, ile raz dostaniemy jeszcze szansę, by usłyszeć, a raczej poczuć w organizmie komunikat o przekroczonym limicie czasu.
A skoro tak, póki sił i jesieni – róbmy plany, te ważne na już, a te, które lepiej smakują wiosną – na później. Najważniejsze, to dobrze wykorzystywać czas. Dosłownie i w przenośni. Choćby z tego powodu, że „później” też ma swój limit.
A gdzie ta obiecana pogodna puenta? Proszę bardzo. Skoro dobrnęliście, drodzy czytelnicy, do tego momentu, to oznacza, że przynajmniej jednej rzeczy nie odłożyliście na później. Na dobry początek (także jesieni) to naprawdę całkiem nieźle.
Dzień dobrzy Ludzie :)

Dzisiejsza galeria to wyścigi z czasem, czyli - zdążyć uwieczniać to piękno zanim przyjdzie wiatr i unicestwi kolorowe fryzury drzew. Zdążyłam! I by podkreślić, jaka ta jesień wielofunkcyjna, dodałam trochę darów natury, tak samo fotogenicznych jak i smacznych. :)
Napisz komentarz