29 Październik 2026
29-10-2026 przez Iza Janaczek
Bardzo często słyszy się, że powinniśmy być lepsi. Ba! Co tam lepsi – mamy być najlepszą wersją siebie. Trzeba się starać, a jak się nie da, to afirmować sobie lepsze życie. Słuchamy, czytamy, chłoniemy, a potem podnosimy oczy znad telefonu i porównujemy to, co „powinniśmy”, z tym, co mamy.
I co?
I 1:0 dla tego, co powinniśmy.
Bezapelacyjnie.
U nas – stara bieda. Fotel, kocyk, książka, kubek z kawą, pies drzemiący w kącie sofy, na nielegalu, bo przecież ma, niecnota, swoje mięciutkie legowisko, a i tak woli sofę. Stabilizacja i zwykłość… Słowem – nudy. A tam, po drugiej stronie smartfonowego szkiełka – inny świat. Piękniejszy, lepszy, świeższy, ciekawszy i modniejszy. Nawet kocyk bardziej trendy, choć czy tak samo przytulny jak twój – tego już nie wiadomo…
Za to wiadomo, że pod zdjęciem tamtego idealnie udrapowanego pledu zebrało się osiem tysięcy serduszek, a Twój własny, ten sam od wielu lat, to aż wstyd porównywać. Eeech, nawet nie jest w modnym w tym sezonie kolorze, więc lepiej nie pokazywać.

A to dopiero początek. Jeszcze kilka wieczorów i kilometrów w kciuku sunącym po autostradzie smartfonowego szkła i już zupełnie nie czujemy, żeby to żyćko tu i teraz, było cokolwiek warte. Tak jakby jakość tego, co nas cieszy, powinna być mierzona liczbą reakcji i serduszek pod fotką.
Im więcej lajków tym lepsze wszystko. Tam, czyli w świecie algorytmów i sztucznej dopaminy, a nie tu.
Brzmi jak fantasmagoria? Może i tak. Ale się dzieje. A to oznacza – ni mniej, ni więcej, że żyjemy w baśni!
Choć chyba nie do końca takiej, jaka się nam marzyła…

W tej naszej baśni wszystko jest trochę na opak. Dobro ze złem miesza się definicjami, w których hasłem kluczowym jest: „to zależy”. Smoki przybrały niematerialną postać oczekiwań i presji – i choć żyją tam – w telefonie, gnębią tu – we własnej głowie. Książęta i księżniczki mają nałożone takie filtry, że trudno ich poznać w realu, a do szczęśliwego zakończenia w stylu „i żyli długo i szczęśliwie” prowadzi odpowiednio dobrany kadr – z trzema aneksami do każdego ze słów. I tak, klauzulą „to zależy” - też.
Że już nie wspomnę o serduszkach – walucie i mierniku dzisiejszej szczęśliwości i wysokiej pozycji (cokolwiek dziś to znaczy). Im więcej lajków pod zdjęciem, tym łatwiej uwierzyć, że komuś naprawdę udało się życie.
Serio aż tak się zdezawuoaliśmy w wizji świata?

Tylko że gdzieś w tym wszystkim ginie jedna ważna rzecz. Autentyczność.
Wyidealizowane fragmenty kreacji nazywanych dla lepszych zasięgów „życiem” aż proszą się o porównanie z tym, co naprawdę. Porównujemy więc, na początku niewinnie, ot tak zahaczając myślą o to, co u nas w kontekście tego, co w sieci. Z czasem ta niewinna zabawa zamienia się w rutynę. Zaryzykuję obserwację, że nikt tak do końca nie jest odporny na to, co jest mu implementowane wszystkimi możliwymi kanałami, bez względu na to czy siedzi u fryzjera, w autobusie podmiejskim, czy surfuje po sieci. Przykład? Bardzo proszę. Świąteczna reklama świątecznej kawy: urocza, wystylizowana rodzina ubrana w gustowne ciuszki, obsypująca te drogie łachy mąką przy wtórze śmiechu.
Tymczasem u nas: ona: Boże tyle prania i sprzątania, jakie piękne zasłony, cudna zastawa, w życiu czegoś takie nie będę miała;
on: ależ by się Bożena cieszyła, gdyby nas było stać na takie święta... No i cyk! Już pojawia się pierwsza myśl, która nieprzyjemnie drąży i zatruwa głowę, gdy tak siedzimy w ulubionym fotelu pod niemodnym kocykiem.
Idąc dalej w świąteczne porównania: choinka u celebrytki i nasza. OK, 1:0 dla typiary – u nas tradycyjna i dzieci tak się cieszyły przy jej ubieraniu, ale to jeszcze nie znaczy, że modna. Zwłaszcza że stylem ozdób odstaje od tej w sieci jak elegancki smoking od ciuchów moro.
Domówka u znajomych, a domówka u nas? No cóż… Skrolujmy dalej, tu nie ma nawet o czym gadać… Praca, wakacje, samochód, figura, dzieci… Kolejne ukłucie niepokoju i niechciana refleksja porównawcza…

Jasne, nie każdy polegnie na wszystkich płaszczyznach, dochodząc do wniosku, że totalnie nie umie w tę grę zwaną życiem, ale chyba nie ma człowieka, który byłby zupełnie odporny na każdą próbę zdezawuowania tego, co swojskie i po ludzku – jego, choć może nie tak piękne jak w sieci.
I jak się tak człowiek napatrzy na to, jak powinno wyglądać fajne życie, to nagle zwyczajny weekend, na który tak czeka za każdym razem, jawi mu się jako zmarnowany czas, spokojny wieczór – jako brak ambicji, a urlop bez spektakularnych widoków i relacji, którą można się pochwalić – jako coś nudnego i bezbarwnego.
No i zamiast cieszyć się tym, co mamy, sprawdzamy, czy przypadkiem gdzieś nie ma czegoś lepszego próbując dopasować się do wykadrowanych standardów.
Jak do tego doszło? Nie wiem… - że zacytuję tu klasyka…
Ale doszło, a to powoduje, że wychodząc na chwilę z sieci, zaczynamy logować się do własnego, dobrego, acz zwykłego żyćka w trybie: gość. A to bardzo niebezpieczna procedura i pierwszy krok do tego, by przeoczyć jego całkiem spory kawał.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie! Pamiętacie jeszcze swój login i hasło do realu?

Dzisiejszy tekst zdobią fotki z realnego zwykłego spaceru w moich ukochanych Beskidach, w których złota polska jesień - będąca idealną zanim to stało się tak mocne, idzie po rekord w kategori: "piękno bez filtrów".
Napisz komentarz