09 Styczeń 2026
05-11-2025 przez Iza Janaczek
Są słowa, które lubimy i takie, które nie kojarzą się nam zbyt dobrze. Jak na przykład: „kompromis”. Kompromis w ogóle ma fatalną prasę. Kojarzy się z ustępstwem, z miękkością, z byciem „tym, który odpuścił” i z przegraną – na argumenty, wiedzę, własną strefę (także komfortu).
Skąd takie skrajne podejście, jakbyśmy mieli oddać kawał siebie komuś, kto na to nie zasłużył, i to jeszcze w poczuciu klęski, że się „przegrało”? Krzywdzące to strasznie dla kompromisu, który owszem, prawie nigdy nie smakuje jak toast zwycięstwa, no ale za to pozostawia czas i pole do manewru.
Kompromis smakuje często łyżką dziegciu, ale to wcale nie oznacza, że jest oznaką słabości.
Jak dla mnie – często to akt odwagi i dojrzałości, że już nie wspomnę o rozsądku. A tego w narodzie coraz mocniej epatującym swoim mocno terytorialnym status quo - rozpaczliwie brak.

Wiem, wiem, kompromisów nie da się otrąbić fanfarami, jak spektakularnego zwycięstwa. Rozsądek też brzmi tu jakoś tak nudno. Ale, jak się człowiek przyjrzy, także fundamenty domu pojawiają się w wyniku prac ziemnych, którym przecież daleko do pastelowych kolorów i idyllicznych kadrów, a proszę ile dają stabilizacji i bezpieczeństwa.
Tak jest i z kompromisem. Bywa trudny, mało pastelowy i nie smakuje napojem bogów, ale często to solidna podwalina pod całą masę dobrych rzeczy.

Z wiekiem coraz częściej świat daje mi dowody, że mało co działa według zasady „po mojemu albo wcale”. Są dni, kiedy po prostu nie warto mieć racji, bo rachunek za tę wygraną kwestię jest słony i mocno obciążający konto. O czym mówię? O czymś, co trudno rozłożyć na raty, a już na pewno nie da się skorzystać z umorzenia… No bo jak rozłożyć na raty albo w ogóle umorzyć: zmęczenie, napięcie i poczucie, że ta wygrana wcale nie smakuje przestrzenią, a raczej ma posmak klęski.
Poza tym, nie da się żyć długo w trybie „zero kompromisów, tylko ja mam rację”. Choćby jak człowiek zaklinał rzeczywistość, nie będzie się ona układać pod jedną wizję, jedną filozofię, jeden pomysł czy jedną (własną) opinię. I im szybciej człowiek zrozumie, że wokół jest pełno ludzi z własną wizją świata, tym lepiej dla jego samopoczucia.
Po co się spierać na racje, skoro można je próbować pogodzić?

I tu dochodzę do sedna mojej dzisiejszej rozprawki nad sensem i potencjałem kompromisu.
Kompromis nie jest kapitulacją. Jest pewną zgodą. Czasem chwilową, czasem trwałą, ale zawsze potrzebną. Pozwala żyć w miarę spokojnie. I choć ten utkany z kompromisów świat nie będzie idealny, będzie pojemny i to na tyle, by zmieściły się w nim nie tylko nasze własne racje, które, no dajmy sobie powiedzieć... nie zawsze są tymi, które powinny wygrać dyskusje, ale jakoś wstyd ustąpić ;)
I nie, żeby się nie dało. Przecież można stawiać na swoim w każdej sprawie. To jest możliwe, gdy się będzie używać uporu, który charakteryzuje się niedosłuchem na cudze zdanie i uczucia. Tylko że wtedy rzeczywistość zaczyna przypominać nie życie, a wieczne pole negocjacji. I zdecydowanie mało w tym ciepła i pastelowych kolorów, które dla mnie mają wielkie znaczenie.
Zatem, czy warto dla posiadania racji rzucać na szalę to, jak będzie wyglądać to, co wokół? To już zależy od własnych wizji własnego świata.
Ja sama wolę nie ryzykować ;)

O.K., nie wszystkie kompromisy to trudniejszy rozbieg do: „i żyli długo i szczęśliwie”. Są i kompromisy, które kosztują za dużo.
Te, po których człowiek traci sporą część siebie, bo zgadza się na zbyt wiele i zbyt często milczy, zamieniając swój zestaw pasteli i ciepła na to, co narzuca rozmówca. I to jest ten smutny, acz przełomowy moment, gdy kompromis zmienia się w kapitulację.
Życie po kapitulacji jest zaledwie funkcjonowaniem, według nowych, nieswoich zasad. I właśnie po to, by nie wpaść w pułapkę kapitulacji, warto ćwiczyć kompromisy.
Zaczynając od tych małych, maleńkich – wakacje w górach, a nie nad morzem, ale morze na dogrywkę – podczas ferii; ani rosół, ani żurek – lecz grzybowa, też zupa i to bez kości niezgody; święta w domu – dla wszystkich zamiast pół wigilii u rodziców, a pół u teściów.
Kompromisy rozwijają wyobraźnię, zwłaszcza tę do planowania w warunkach wielu niewiadomych i bardzo często pozwalają na nowo widzieć kolory. Ale by do tego mogło dojść, warto umieć w jeszcze jeden typ kompromisu: w relacji z samym sobą.
Odpuścić więc sobie, po to, by zrobić coś dobrego właśnie dla siebie. To dopiero jest wyzwanie. Ale… i tu zaspoileruję tym, którzy nie są przekonani, czy warto – warto!
Choćby po to, by wyrobić sobie w tej kwestii własną opinię.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz