14 Luty 2026
14-02-2026 przez Iza Janaczek
Czy walentynki trzeba lubić? Albo czy ich trzeba nie lubić? Nie wiem. Osobiście nie mam z nimi problemu, bo traktuję je jak kolejny zwykły dzień — z tym że u mnie każdy zwykły dzień to mała celebra.
Lubię sobie poświętować w myślach, że mogę napić się kawy, że mogę ją wypić nie sama, że kawa jest dobra. Nie dlatego, że akurat wypada 14 lutego, tylko dlatego, że wciąż umiem się cieszyć faktem, że ją mam. I że mam z kim pogadać o tym, że jest za słodka, niedosłodzona albo jednak za gorąca na tyle, że poparzyłam paszczę.

Widziałam niedawno mema z prostą, ale całkiem celną myślą: skoro w dzień wszystkich świętych nie jesteś beneficjentem celebry, to w walentynki też nie musisz. W sumie… jasne. Nie każdy dzień trzeba świętować jak wszyscy. I myślę sobie, że to jest jak najbardziej w porządku.
Problem zaczyna się trochę gdzie indziej. Nie w serduszkach, nie w kwiatach, nawet nie w restauracjach, które tego dnia pękają w szwach, mimo że wcale nie serwują wtedy wybitnie lepszego jedzenia ani obsługi. Problem zaczyna się tam, gdzie ktoś próbuje nam wmówić, że dobroć, czułość czy zainteresowanie drugim człowiekiem mają termin ważności — najlepiej do północy 14 lutego.
A wmawia się nam totalnie. I jeszcze to, że trzeba w te misie, serduszka i baloniki, które w tym konkretnym dniu osiągają cenę dobra luksusowego. I jeszcze, że w dobrym guście jest udekorować mieszkanie i zrobić wielki babski spęd na sto fajerek (huczne antywalentynki to też opcja, a przynajmniej się człowiek czymś „wyróżnił”), dokumentując go obficie w internecie, bo wypada się pochwalić, że w całą tę wielką inwestycję zaangażowany był również — a jakże — dekorator wnętrz, ustawiający te baloniki i misie. Widząc ten walentynkowy news zastanawiałam się, jaką wartość dodaną niesie i — choć bardzo się starałam — nie znalazłam. Milion nic niewnoszących do życia zdjęć zalegających na serwerach, których utrzymywanie ma realny wpływ na degradację świata, jaki znamy. Pozowane zdziwienie, prawie spontaniczna radość i luz… I ludzie, którzy to oglądają, porównują swoje prawdziwe życie do tej pozowanej ściemy, myśląc, że niczego nie osiągnęli, bo im dekorator nie ustawia misiów na sofie.

Ludzie kochani, przed walentynkami też było pełno zakochanych par, tylko nikt nie wywierał na nich presji, by swoje uczucia wzorowali na ułudzie z internetu. Też było sporo ludzi samych — z wyboru albo dlatego, że jakoś się tak poukładało. Dziś wszystko musi być pokazane saute, nabite na widelec, omówione, porównane, często skrytykowane i dopasowane do jednego wzorca kreowanego przez osoby nie tyle mądre, co bardziej rozpoznawalne i kojarzone.
Nie chodzi o to, żeby walentynki wyśmiewać. Jeśli ktoś lubi — super. Kwiaty jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Chodzi raczej o to, żeby nie robić z jednego dnia obowiązkowego rankingu, kto ładniej i bardziej „wow” kocha na fotkach.
Im starsza jestem (w tym wypadku znów potwierdza się, że upływający czas ma jakieś plusy i to jeszcze dodanie, że zacytuję tu klasyka )tym bardziej Walentynki traktuję z dystansem. Ot taka wolna sobota dla relacji, moment, gdy można zrobić coś razem, gdy się nie ma czasu na co dzień, lub zrobić coś razem jak wczoraj i tydzień temu.

Walentynki to tylko szumnie nazwany zwykły dzień. Taki jak wczoraj i jak przed dwoma dniami. Tylko że przez sprytny, nachalny marketing połączony z serduszkową presją budowaną w social mediach — droższy i obwarowany większym stresem.
Dziewczyny widząc wyreżyserowany i wykadrowany rozmach marzą o podobnym świętowaniu jak ich idole z sieci, odrzucając często skromniejsze, ale naprawdę autentyczne gesty. Zwłaszcza gdy chłopak niższy niż 180 (tak, to autentyk, choć trudno uwierzyć w takie kryteria doboru partnera), a z kolei chłopaki przeżywają stres gigant, bo wzrostu całe 179 i brak dekoratora czegokolwiek na podorędziu.
Na szczęście po walentynkach przychodzi kolejny dzień.
Zwykły.
Znów można zejść na ziemię z oczekiwaniami i codziennością. I można też go celebrować spokojnym kubkiem kawy — dlatego, że jest sposobność i że ma się ją z kim spędzać, bez względu na wzrost.
Fajna perspektywa.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz
Komentarze (od najnowszych)
16-02-2026 12:48:49
Czasem myślę, że Walentynki to nie data w kalendarzu, tylko lustro, w którym spotykają się wszystkie nasze pragnienia i lęki. Dla mnie to nie romantyczny dzień — to przypomnienie, że kiedy kochasz i otwierasz się na drugiego człowieka, ryzykujesz, że ten ktoś… odejdzie.
Po stomii nauczyłem się patrzeć na swoje ciało z szacunkiem i cierpliwością, ale to, co najbardziej bolało, to nie rany, a pustka po kimś, kto obiecywał bycie „na zawsze”. I przez chwilę myślałem, że to koniec mojej historii z miłością — że nikt nie pokocha tego, co zostało ze mnie po operacjach, po obawach, po dniach, kiedy czujesz się mniej mężczyzną, mniej atrakcyjnym, mniej wartym bliskości.
Ale dziś wiem jedno: miłość nie jest nalepką na idealność — to wybór, by widzieć drugiego człowieka w jego pełni, ze wszystkimi bliznami, z lękami i nadziejami, które nosi w sercu. I jeśli kiedyś ktoś ode mnie odszedł, to nie dlatego, że miałem stomię — tylko dlatego, że bał się zobaczyć to, czego ja musiałem się kiedyś bardzo długo bać zobaczyć w sobie.
Dziś walentynki dla mnie to nie kolorowe serduszka. To dzień, w którym przypominam sobie, że warto kochać — mimo bólu, mimo strachu przed odrzuceniem, mimo wszystkiego, co trudne. Bo jeśli nie nauczymy się kochać siebie, nikt inny tego za nas nie zrobi.
I tej miłości sobie życzę — nie idealnej, nie bez skazy, ale prawdziwej.
Odpowiedz