30 Styczeń 2026
31-10-2025 przez Iza Janaczek
Jakoś tak zawsze w tym czasie nachodzą mnie refleksje nad definicją słowa „tolerancja”. Lubimy je. Brzmi tak światowo i modnie. Otulamy się nim jak ciepłym szalem i identyfikujemy — nawet jeśli nie z przekonania, to dlatego, że wypada.
Tolerancja to jedno z tych słów, które dobrze jest mieć w swojej podręcznej kolekcji. Wybrzmiewa dumnie, jednak coraz częściej nie wiadomo, co właściwie znaczy. Używamy go odmienianego przez wszystkie przypadki, wklejamy w posty, podpisujemy pod zdjęciami, stawiamy obok innych słów-kluczy — takich jak empatia, autentyczność, akceptacja. Brzmi mądrze, pachnie nowoczesnością i daje poczucie moralnej przewagi. Bo przecież „ja jestem tolerancyjny”.
Tylko że coraz częściej, im częściej to słyszę, tym mniej w to wierzę.

Może przesadzam, może zbyt dużo wymagam, a może wcale nie, ponieważ to fundamentalne pojęcie przeszło rewolucję w kierunku, który nie jest dla mnie zbyt oczywisty? No bo co to dziś właściwie znaczy — być tolerancyjnym? Coraz częściej tolerancja to pozwolenie innym na to, by mogli myśleć inaczej, ale tylko wtedy, gdy to „inaczej” nie drażni naszych przekonań. To akceptowanie każdego, ale tylko pod warunkiem, że się z nami zgadza...
Smutna ta tolerancja i jakaś taka mało tolerancyjna...

Tolerancja stała się słowem-wytrychem.
Łatwo otwiera rozmowy, jeszcze łatwiej je kończy. Bo kiedy ktoś próbuje powiedzieć coś niewygodnego, wystarczy rzucić: „Halo, to nie jest tolerancyjne” — i po sprawie. Dyskusja zamknięta. Temat rozbrojony. Albo — uzbrojony po zęby.
Przykłady? Cóż, jest ich na pęczki. Przykład z ostatniej chwili widać to, co roku, mniej więcej pod koniec października. Zaczyna się niewinnie — od zdjęcia z dynią. Jedni mówią: „To tylko zabawa, przecież to miłe”, drudzy: „To hołubienie pogaństwa i sprzeniewierzenie polskiej tradycji i wartości”. I nagle, zamiast rozmawiać o radości, wspólnocie, albo po prostu o tym, że każdy ma prawo do własnej formy przeżywania własnego życia — zaczynamy mierzyć się na racje. Tylko... po co i co to ma wspólnego z tolerancją?

Halloween i Wszystkich Świętych to tylko wierzchołek góry lodowej. W tej samej kolejce do osądu stoją inne „spory o wszystko”: o ubrania, o język, o kolor skóry, narodowość, o światopogląd, o dzieci, o religię, o politykę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto „szanuje każdego”, jednak w tym samym zdaniu doda: „byle nie tych, co...”. Albo to słynne: „ja jestem tolerancyjna, ale”.
Czy tylko ja mam wrażenie, że słowa „tolerancja” i „ale” nie do końca pasują, gdy stawia się je w jednym zdaniu?

Lubimy się nazywać otwartymi. Tylko że wielu z nas zapomina nierzadko, że otwartość kończy się tam, gdzie zaczyna się cudza wolność. A już zwłaszcza gdy nam nie pasuje jej styl i ekspresja.
Internet aż buzuje od bujnej energii wielbicieli tolerancji... nietolerującej innej. Jak to powiedział Kargul — sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Zamieńmy słowo „sąd” na „racja” i mamy parafrazę idealnie pasującą do naszych czasów.
A szkoda, bo różnić się jest pięknie.

Różnice zdań i poglądów są jak wielopasmowa autostrada — każdy ma swoje pasmo i swój kierunek, ale wszyscy zmierzamy mniej więcej w tę samą stronę.
Co się podziało, że mimo upływu lat, ba, nawet całych stuleci, mając dostęp do wiedzy i informacji, zamiast poszerzać swoją, wielu wciąż woli deprecjonować cudzą. W imię dobra, oczywiście. A także w imię miłości, empatii i szerokiego horyzontu, który kończy się dokładnie na granicy własnej, mocno ubogiej wiedzy o wielkości świata.
Nie ma w tym nic nowego, ale jest coś niepokojącego. Bo dziś wszystko dzieje się szybciej, głośniej i bardziej publicznie. Nasze „tak” i „nie” stały się deklaracjami światopoglądowymi. Nie wystarczy już lubić lub nie lubić — trzeba zająć stanowisko. A jeśli nie zajmiesz? Cóż, to też stanowisko.

Autentyczność w tym całym zgiełku stała się luksusem. Trudno być sobą, gdy wokół słychać chóralne: „Nie bądź taki, bądź bardziej...” — bardziej nowoczesny, bardziej empatyczny, bardziej poprawny, ale przede wszystkim — bardziej tolerancyjny. Tylko czy w tym wypadku „bardziej” oznacza w ogóle, czy tylko w danym, modnym stylu?
No właśnie.

Kiedyś tolerancja oznaczała cierpliwość wobec inności. Dziś to raczej test lojalności wobec grupy preferującej jeden styl myślenia.
Jeśli nie powtórzysz poglądów za resztą — jesteś wrogiem. Jeśli zapytasz „dlaczego?” — pewnie próbujesz prowokować. Jeśli nie chcesz się opowiedzieć po żadnej stronie — znaczy, że ci nie zależy. A jeśli masz inne zdanie? Nie pasujesz do grupy. Aha, no i nie jesteś tolerancyjny.
Zastanawiam się tylko, czy ten nasz współczesny model tolerancji — miękki, wygodny, pełen deklaracji i haseł — przetrwa prawdziwe próby. Te, które nie mają nic wspólnego z dyskusją o zasadności obchodzenia Halloween czy koniecznością zdeprecjonowania wartości preferowanych przez innych.

Czy będzie tak samo niezachwiany, kiedy życie postawi nas przed dramatem, w którym nie ma dobrych wyborów? Kiedy? Na przykład wtedy, gdy okaże się, że jedynym dawcą szpiku dla dziecka zagorzałego obrońcy „tolerancji z dopiskiem "ale” jest człowiek o innym kolorze skóry. Albo ten, który właśnie wczoraj opublikował zdjęcie z Halloween, przebrany za dynię i z uśmiechem, który tak bardzo nas irytuje.
Czy wtedy nadal będziemy tacy pewni swoich racji? Czy wciąż powiemy, że tolerancja — owszem — ale bez przesady, bo przecież są granice? Jakie znaczenie w obliczu takiej sytuacji będzie miał wtedy kolor skóry, narodowość, religia, orientacja czy to, że ktoś jednego dnia z rozbawieniem ozdabia dynię, a kolejnego z powagą i zadumą — zapala znicz na grobie bliskich?
No właśnie...
I tak sobie myślę, że w chwilach, gdy naprawdę waży się ludzkie życie, wszystkie te „ale” zupełnie tracą na znaczeniu.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz