09 Styczeń 2026
03-08-2025 przez Iza Janaczek
Człowiek zorganizowany to człowiek mający listę zadań. Zdecydowanie jest ona potrzebna, bo rzeczy do zrobienia w ciągu dnia mamy tyle, że by wszystkie zmieścić w dziennym grafiku, trzeba je zapisać. I – by się zmieściły w określonym czasie, nadać im ramy czasowe. Listy zadań, wypełniony grafik, notatki na każdy dzień, to wcale nie jest jakaś najnowsza moda. Ten sposób efektywnego ogarnięcia czasu istniał już wiele, wiele lat temu.
Trudno się dziwić.
W końcu zorganizowani byliśmy także kiedyś. No i — to sprawdzona metoda na to, by dobrze zarządzać swoim czasem. Problem leży gdzie indziej. A mianowicie w tym, co zapisywaliśmy do dziennego grafiku kiedyś, a co wpisujemy do niego dziś.

Od lat piszemy listy zadań. Najpierw robiliśmy to odręcznie, teraz służą nam do tego aplikacje i kalendarze w telefonach. Ale nie tylko. Dziś często obok listy w telefonie czy papierowym terminarzu, mamy jeszcze jedną, mniej oficjalną, ale taką, która musi się zmieścić w codziennym grafiku. Trzymamy ją tylko w głowie. To rzeczy do spontanicznego upchnięcia między jednym a drugim tematem z kalendarza. Te nieformalne rzeczy do zrobienia przypominają się same. Jak wyrzut sumienia tkwią w głowie, nie pozwalając się zbagatelizować czy o sobie zapomnieć. Najczęściej to tematy pozazawodowe.
Nieplanowana wizyta z dzieckiem u ortodonty, zielnik, który trzeba zrobić na jutro, a który do listy zadań wszedł dziś, bo syn w natłoku innych zadań po ludzku zapomniał o tym jednym,
odebranie wyników badań męża,
spontaniczne popołudniowe spotkanie na kawie – na które wprosili się teściowie, którzy będą dziś w okolicy.
Takie strzały wciskają się między maile, budzą rano stresem, nie pozwalają zasnąć późnym wieczorem. „Jeszcze tylko to zrobię i już naprawdę odpocznę...” – znacie ten tekst? Podejrzewam, że jak wszyscy. Czyli — aż za dobrze.

Wiele razy łapałam się na tym, że to bez sensu. Że szybciej nie będę siedzieć. Że po ludzku się nie da, bez uszczerbku na zdrowiu, relacjach i samej produktywności. I co? I z braku możliwości, by się tą konkluzją porządnie zająć, jechałam na tym patencie na wyniszczenie (zdrowia, relacji i produktywności) prawie do końca paliwa w baku. Gdy zaświeciła się rezerwa, oprzytomniałam. A przynajmniej taką miałam nadzieję. Pomyślałam, że to ostatni moment, by coś zmienić, zanim dojdzie do pięknej (bo na placu produktywności do utraty tchu), ale jednak – nieuchronnej katastrofy.
Stwierdziłam więc, że skoro istnieją listy zadań do zrobienia, równie dobrze można stworzyć listę zadań nie do zrobienia.
Brzmi głupio? Możliwe, ale skoro działa, przestaje być głupie ;)

Co trafiło do mojego absolutnego prototypu?
Na dobry początek:
Nie zrobię dziś wszystkiego, co zaplanowałam. I to nie dlatego, że nie dam rady. Gdybym zarwała kawał nocy, upchnęłabym wszystko. Nie zrobię tego jednak. Nie chcę zapłacić za to resztką sił, snu i siebie.
Nie odezwę się do wszystkich, którym „wypadałoby się odezwać”. Nie dlatego, że nie są ważni. Ale dlatego, że wiem, że relacje nie powinny być obowiązkiem do odhaczenia. Także te z teściami, którym wyjaśnię grzecznie, że zapraszam w sobotę, bo jutro po prostu to niemożliwe.
Nie będę próbować wpasować się w rytm świata, który nie przewiduje chwili ciszy na refleksję. Gdy się zatrzymam, będę miała czas zapytać syna w piątek, co jest zadane na przyszły tydzień. To na wypadek, by nie wyskoczyła nam nagle z dnia na dzień wydzieranka ikony bizantyjskiej.

Nie posprzątam mieszkania, by wyglądało jak z instagramowych kadrów, mając na to pół godziny między zakupami a wywiadówką.
Nie przeczytam trzech artykułów o samorozwoju jeszcze przed śniadaniem i nie zrobię kolejnego kursu z „przywództwa miękkiego w czasach niepewności”.
Nie zacznę też dnia z afirmacją sukcesu, lecz od pomyślenia, co miłego zrobię dla siebie po pracy (tak, tak, prawdopodobnie będzie to powrót do powieści Musso).
Nie powiem sobie wieczorem: „nie spisałaś się, mogłaś więcej”. Zamiast tego po pracy pojadę do biblioteki i wypożyczę nową powieść Musso i znajdę pół godziny, by przeczytać kilka rozdziałów.
Nie będę udawać, że wszystko mam ogarnięte. To bezcelowe, nie da się zrobić wszystkiego. Nasze umysły są już tak zaprogramowane jak AI – kompulsywnie poprawiamy po sobie, robimy coś lepiej, szybciej, efektywniej i od nowa, by było jeszcze bardziej i mocniej. I tak do czasu, aż dostaniemy komendę: stop…

Czy to się udaje? Nie od razu. I to jest cena, jaką płaci się za to, że odebrało się sobie (samemu / samej) kawałek siebie. Ten, który z czasem zaczęłam przerabiać na kobietę roku działającą na autopilocie.
.
Część mnie tęskniąca za powrotem do czasów, gdy w grafiku była legalna przestrzeń na odpoczynek, ściera się z tą częścią, która odpowiada za perfekcję i ogarnianie, by się nie nawarstwiło. A potem przypominam sobie, że nic się nie nawarstwi, gdy nie naładuję ponad miarę. To tak jak ze szklanką, póki płyn w jej środku, póty obrus bez plam. Wystarczy jednak nalać go za dużo, by się z niej zwyczajnie ulało.
Wciąż pracuję zatem nad precyzją. Łatwo nie jest, ale – za to jak satysfakcjonująco.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz