16-05-2026 przez Iza Janaczek
Telefon przypomina o niej regularnie. Laptop też. Aplikacje bez pytania wymuszają nowe wersje, poprawki, ulepszenia i restarty. Świat aktualizuje się dziś właściwie non stop. Nie pytając czy masz na to ochotę. W tym kontekście, jeszcze wyraźniej widoczne jest nasze własne zastanie w pewnej stworzonej raz bańce. I wygląda to tak, że wszystko wokół się zmienia i aktualizuje tylko nie my…
My często jedziemy naraz ustalonych ustawieniach. Nierzadko niezmiennych od wielu lat.
Dlaczego? Skąd ta niechęć do aktualizowania swojego komfortu? Cóż… Tyle będzie odpowiedzi, ilu będzie odpowiadających. Myślę sobie, że to przez te wymuszone aktualizacje tego, co nas otacza. Aktualizujemy laptopy i telefony, a także dane bankowe i dokumenty. Przez mnogość spraw do zaktualizowania tracimy chęć na aktualizowanie tego, co konieczne, czyli własnego podejścia do życia i… siebie.

I jakoś tak żyjemy, usiłując się dopasować, wpasować i nie wystawać i tak się w tym zapamiętujemy, że o tym, iż coś zaczyna się zacinać, dowiadujemy się już najczęściej, gdy mechanizm jest tak zatarty, że sam z siebie nie ruszy dalej.
Z czasem zaczynamy działać dokładnie tak, jak działają przeciążone urządzenia. Funkcjonujemy nadal sprawnie, ale wolniej, ciężej i – zdecydowanie bez pasji czy nawet chęci.
Coraz częściej brakuje nam cierpliwości i coraz mniej rzeczy cieszy, za to, coraz więcej męczy. A najgorsze jest to, że człowiek tkwiąc w takim systemie zamiast się zatrzymać i sprawdzić, co właściwie się dzieje, najczęściej próbuje po prostu „docisnąć temat”.
„Ja nie dam rady? Zawsze dawałam, dlaczego to się nagle ma zmienić?”
„(…) z resztą, wszyscy tak dziś żyją. I nie narzekają. Też są zmęczeni. Też nie mają czasu.
Też odkładają siebie „na później”. I co? I idą do przodu. Nowy samochód, sylwetka, fajne wakacje dwa razy w roku.”

Hmm… No tak, to bez wątpienia może człowiekowi zamącić w głowie, zaburzając właściwą ocenę sytuacji. A ta powinna rozpocząć się od pytania – od kiedy dobra fizyczne zastępują dobro psychiczne? Co się stało, że pomyliliśmy stan posiadania z nienamacalnym luksusem, którym jest komfort psychiczny i spokój głowy?
Trudno te niuanse dostrzec bez aktualizacji systemu, który nas napędza. Bez chwili pauzy i „dobromyśli” na swój własny temat. Tak, zdaję sobie sprawę, że taka aktualizacja wymaga chwili uwagi i pracy własnej. Ta w telefonie kończy się na kliknięciu komendy „aktualizuj” i wszystko dzieje się samo, bez naszego udziału. Z kolei kwestia aktualizacji myśli, mentalu i życiowej rutyny to zupełnie inna sprawa.
Tu nikt za nas roboty nie zrobi. I chyba właśnie dlatego odrzucamy możliwość jej przeprowadzenia, odkładając ją na bliżej nieokreślone „później”.

Później odpoczniemy. Później o tym pomyślimy. Później się wyśpimy.
Tylko że prędzej czy później przychodzi moment, w którym organizm, głowa albo zwykłe życiowe zmęczenie zaczynają mówić: „Odpuść. Odpocznij. Dalej w ten sposób już się nie da”.
I wtedy warto wrócić do „zupdate’owania” naszego systemu operacyjnego i wgrania mu kilka zmian. Damy radę, bo wbrew temu, co próbuje nam sprzedać współczesny świat — nie każda aktualizacja musi oznaczać wielką rewolucję. Czasem to wcale nie jest wywracanie życia do góry nogami. Wystarczy tylko zrozumieć, że niebo nie runie nam na głowy, gdy zdecydujemy się na małą zmianę życiowych priorytetów, dając w końcu szansę tym, które spowodują, że zamiast znanego tak dobrze stresu znów poczujemy radość i spokój na myśl o nowym dniu.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz