31-05-2026 przez Iza Janaczek
Większość z nas uważa się za autorów własnych poglądów. Lubimy myśleć, że nasze wybory, a nawet nasze obawy i lęki, są efektem głębokich przemyśleń i życiowego doświadczenia. I to nie tak, ze to dotyczy innych, dotyczy wszystkich. Ciebie, jego, jej. Mnie samej też.
Jednak gdyby tak przyjrzeć się zawartości naszych głów obiektywnie, bez emocji i bez taryfy ulgowej, mogłoby się okazać, że działamy trochę jak zmęczony pracownik biurowy o mocno okrojonej ilości zajęć, który całe dnie spędza na bezwiednym klikaniu dwóch komend: kopiuj i wklej.

To kolejny tekst z cyklu - nomenklatura techniczna vs życie. I myślę sobie, że musi się tu znaleźć, bo pasuje idealnie. Dlaczego? Ponieważ nasze życie, pełne nadmiernego tempa, ale i nadmiaru rutyn często wygląda właśnie tak, jakby składało się z powtarzania tych dwóch komend: kopiuj wklej. Kopiujemy więc to, co już znamy, lub to, co dla przyspieszenia i ułatwienia codzienności, trochę bezwiednie implementujemy od innych.
Z jednej strony to i fascynujące i szokujące, jak łatwo rezygnujemy z własnego głosu na rzecz gotowych szablonów, które ktoś kiedyś stworzył, a my uznaliśmy za własne. Z drugiej, trudno nie zrozumieć - dlaczego się tak dzieje.

Kiedy w życiu człowieka dzieje się coś, co wykracza poza bezpieczną normę – niespodziewana sytuacja zawodowa lub zdrowotna - wypadek, diagnoza i co za tym idzie nagła konieczność przemodelowania codzienności i oswojenia się z nią na szybko – w systemie pojawia się pustka. Instynktownie chcemy ją czymś zapełnić. I to najlepiej już. Zaraz. Teraz. To błąd, bo wiele rzeczy, po prostu potrzebuje czasu. Niestety, często nie mamy monopolu na taki luksus, więc żyjąc w pędzie i ciągłym ruchu, zamiast dać sobie czas, sprawdzić, jak nowa rzeczywistość smakuje i z czym naprawdę się wiąże, często wybieramy gotowca. Pobieramy gotowy plik z otoczenia, próbując się - z mniejszym lub większym sukcesem do niego dopasować.
Właśnie w tych momentach mechanizm kopiuj-wklej widać jak na dłoni. Z braku możliwości zrobienia pauzy na zaplanowanie zmian – pobieramy z otoczenia nowy szablon. U kogoś się sprawdził, u nas też może da radę. Może.
Taki mechanizm powoduje, że rzadko kiedy tak naprawdę, mamy szansę przeżyć zmianę w ustawieniach fabrycznych w sposób autentyczny. Zanim zdążymy sami ocenić sytuację, nasze głowy są pełne cudzych opinii, propozycji i pomysłów zasłyszanych, przeczytanych albo wręcz zakorzenionych w społecznych przesądach.

Wklejamy sobie do podświadomości cudzy strach, cudzy wstyd i cudze ograniczenia. Przyjmujemy narrację, że oto właśnie skończyło się życie, a zaczęła egzystencja i to - nierzadko mniej jakościowa. Co jest w tym najsmutniejsze i najgorsze? To, że ten pakiet mało optymistycznych emocji, w gruncie rzeczy wcale nie należy do nas. To słaba podróbka dobrego rozwiązania sytuacji. Towar z drugiej ręki, z którym zgodziliśmy się bezkrytycznie, tylko dlatego, że akurat był pod ręką, a my nie mieliśmy czasu zastanowić się, co czy to aby na pewno dla nas. To trochę jak kupno butów, których człowiek potrzebuje na jakąś ważną okazję a nie ma czasu szukać. Jeśli z grubsza pasuje styl i kolor, muszą wystarczyć.
I myślę sobie, że jest w tym pewna ironia. My, ludzie XXI wieku stawiamy na autentyczność i indywidualizm. Chcemy być unikalni, personalizujemy więc wszystko – od etui na telefon po dietę pudełkową, a jednocześnie w kwestiach fundamentalnych, takich jak postrzeganie własnego ciała, cierpienia, sukcesu czy porażki, zachowujemy się jakbyśmy byli elementem taśmowej powielanej produkcji.

I jeszcze pół biedy, gdyby chodziło o zapożyczanie sobie optymizmu, energii i jasnego podejścia do świata. Niestety jednak, o wiele rzadziej kopiujemy od innych spokój albo umiejętność brania życia w nawias i o wiele łatwiej przyswajamy cudze lęki i uprzedzenia. Ba, my nawet nosimy w głowach całe katalogi opinii pod tytułem „co wypada”, „czego już nie wolno” albo „jak na pewno zareagują ludzie”.
Tak sobie myślę, że życie na bazie cudzych materiałów jest wielką pułapką z uwagi na fakt, że na swój sposób bywa wygodne. Zdejmuje z nas ciężar podejmowania własnych decyzji i ryzyko, że się pomylimy wybierając źle.
Trudno jednak oczekiwać, że będziemy czuć się dobrze w butach, które ktoś wykonał z myślą o zupełnie innym kliencie.
Zamiast więc wspaniałych mokasynów, o rozmiar za małych i pijących niemiłosiernie przy każdym kroku, warto wybrać może mniej prestiżowe ale za to sprawdzone i bardziej wygodne własne adidasy i sprawdzić, czy czasami droga przemierzana w nich nie będzie wygodniejsza i - bardziej bezpieczna.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz