09 Styczeń 2026
25-11-2025 przez Iza Janaczek
Czasami pojawiają się w codziennej rutynie takie dni — z pozoru zwyczajne, niby takie same jak zawsze, kiedy człowiek już budzi się z uczuciem, że coś wisi w powietrzu. Że dzień już czeka, nieeee, nie czeka, lecz czyha na człowieka z wyszczerzonymi zębami i halabardą, żeby coś od niego wziąć, a nieborak ów stoi w tym progu jak ktoś, kto nie wie, czy ma odważnie wyjść, czy może jednak zrobić w tył zwrot i udawać, że nikogo nie ma w domu.
Macie tak? No właśnie… Ja też. Choć na szczęście coraz rzadziej. Najczęściej wtedy, gdy naładuję sobie na głowę za dużo, ignorując, że doba ma 24 godziny i fakt ten nie podlega negocjacji.

No ale nic, trza wziąć temat na klatę i - trzymać się jakoś. Swoją drogą – pokrzepiające pytanie: - "trzymasz się jakoś?" gdy człowiekowi ciężko lub gdy świat rozpryskuje mu się w dłoniach w drobny mak, jak stara karafka z prawdziwego PRL-owskiego kryształu, jest absolutnie nietrafione. Wierzcie mi na słowo. Nic nie daje.
No może z wyjątkiem jeszcze większej bezsilności i osamotnienia...
No więc z pokrzepiającym pytaniem lub bez niego, trzymam się. Jakoś. Czasem wbrew logice. Z przyzwyczajenia. I nierzadko tylko dlatego, że tak robiłam przez całe życie. No bo co? Ja nie dam rady? No jak nie dam, jak dam.
No i daję. Trzymam się. Jednak, czy o to chodzi?
Co to w ogóle znaczy trzymać się? Czego dotyczy? Trzymać można coś, żeby tego nie upuścić, nie wypuścić, nie rozbić, nie zniszczyć. Wszystkie te słowa łączy jedno – nie budują, a co najwyżej ratują przed totalną katastrofą.

Trzymamy się zatem, choć nie zawsze wiemy czego...
i aby się nie wydało – cicho i niepostrzeżenie przełączamy się na autopilota. To pułapka, bo o ile życie toczy się nadal, a my w siodle, o tyle – to nie jest świadomy wybór, a przyzwyczajenie, odruch wyuczony – nie puścić lejców, nie wyjąć nóg ze strzemion...
To Cię nie dotyczy? Owszem... Dotyczy... To ten moment, kiedy reagujesz, zanim zdążysz pomyśleć. Uśmiechasz się, choć nie masz powodu. Odpowiadasz: „jest ok”, choć w środku masz ochotę powiedzieć: „słuchaj, nic nie jest ok”. Organizujesz, ogarniasz, przytakujesz.
Masz wrażenie, że inni widzą w tobie niezniszczalność i… trochę już nie masz serca ich rozczarować ani sił, by zaprzeczać.
Autopilot jest wygodny. I zdradliwy.
Bo w pewnym momencie zapominasz sprawdzić, dokąd lecisz. Tymczasem, tam, gdzie jeszcze niedawno czułeś sens, dziś jest tylko rutyna. Taka, która potrafi zjeść człowieka na śniadanie.

Dlaczego tak trudno odpuścić? Bo odpuszczenie brzmi jak słabość.
A słabości nie wypada mieć, prawda? Przynajmniej dopóki inni patrzą. Dopóki ktoś czegoś od ciebie oczekuje. Dopóki ty sam wierzysz, że masz obowiązek stać na posterunku. No i…
Trzymasz się… Bo nie ma innej opcji.
A gdyby tak… Przestać się zaledwie trzymać (autopilota i wyuczonej trasy), a zacząć po prostu chodzić własnymi ścieżkami? Budzić się rano z przeświadczeniem, że za progiem stoi nowy dzień, ale nie z halabardą, czy dzidą, a z promieniem słońca...
Ja wiem, że jesień i trudno o słońce, ale - Kochani, od czego mamy wyobraźnię? :)
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :) miejcie się dziś słonecznie, na przekór aurze!

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz