30 Styczeń 2026
21-11-2025 przez Iza Janaczek
Patrzę na świat, patrzę i myślę sobie, że coś w nim poszło nie tak. Chociaż nie, to nie jest właściwe określenie tematu. Spróbuję inaczej...
Zwykliśmy przyjmować (wygodnie zresztą bardzo), że to „świat” zszedł na psy (swoją drogą, cóż za durne określenie… mało jest wszak bardziej wartościowych stworzeń niż psy), że „ludzie” są coraz gorsi…
Tymczasem ten „świat” to tak naprawdę nasze własne otoczenie, którego nie kreuje jakiś tam „świat”, lecz kreujemy go my sami. Bo faktem jest, że z kolei - ci „ludzie” jacyś tam, bezimienni, winni za to wszystko, co wokół, to przecież my sami – nasi bliscy, dalsi, znajomi, sąsiedzi…

No ale skoro nomenklatura się przyjęła, nie będę jej zmieniać, choć w domyśle pamiętajcie – nie świat, ale nasza własna przestrzeń nie dalej niż czubek nosa, ludzie – my… ;)
Świat ma dziś dziwną manierę: wszystko musi być idealne. Poranek ma być produktywny, skóra gładka, praca imponująca, relacje pełne harmonii, a my sami — koniecznie uśmiechnięci, z tym lekkim błyskiem w oku, który mówi: „ogarniam życie na poziomie premium”.
Tylko że nie zawsze ogarniamy tak w pełni. Raczej - na pół gwizdka, o premium nawet nie marząc. A jeśli próbujemy coś więcej, bardziej, mocniej i extra, to zwykle kosztem oddechu, sił i naszego ludzkiego ja, które kiedyś było całkiem ok, a teraz jest jakieś takie rozpaczliwie niedopasowane, bo nie pasuje do wykreowanego, ba, wydumanego ideału człowieka XXI wieku. Jaki to ideał? Człowiek XXI wieku to człowiek produktywny, ogarniający, idący w szeroko pojęty samorozwój, zawsze w pełni sił i energii i gotowy do działania. Zmęczenie i smutek? Nie znam, nie widziałem… nie, nie dotyczy.
Ja – ogarniam.

I ja właśnie dziś o tym słów kilka. O przesycie perfekcją. O jej nadmiarze, który odkłada się z tyłu głowy groźnymi skutkami ubocznymi. O tym, że czasem jesteśmy tak pochłonięci dopinaniem guzików na ostatnią dziurkę, że przestajemy czuć, że z fajnego wygodnego sweterka robi się nam szczelnie zasznurowany gorset uciskający tak, że brak tchu.

Zaczyna się niewinnie. Tutaj jeszcze poprawimy włosy, tam odpiszemy na maila pięć minut po jego otrzymaniu, zrobimy w pracy „trochę więcej, bo wypada”, a w relacji — staramy się być tą najlepszą wersją siebie. I tak powoli, dzień za dniem konsekwentnie się przebudowujemy, przeobrażamy i doklejamy siebie samych do jakiegoś o sobie wyobrażenia, które świetnie wygląda na zdjęciu, ale nie wytrzymuje w zestawieniu z codziennością poza kadrem.

Perfekcja ma jedną ogromną wadę: nigdy nie ma końca.
To trochę jak bieżnia ustawiona o jeden poziom za wysoko. Wydaje Ci się, że wystarczy jeden krok więcej, a będziesz „tam”. Tylko że „tam” odsuwa się za każdym razem, kiedy próbujesz je dogonić. I zanim się obejrzysz, jesteś na tej bieżni spocona, z zadyszką, łapiąc równowagę, ale oczywiście — z zaciśniętymi zębami, żeby nikt nie zauważył.

Bardzo lubię obserwować ludzi. W kawiarniach, w autobusach, na ławkach. W każdym z nas tkwi piękno, tajemnica, energia… Tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że większość z nas zupełnie o tym zapomina, nosząc w torbie niewidoczną teczkę pod tytułem: „Moje życie, wersja do prezentacji”, podczas gdy ta prawdziwa wersja, wyglądająca zaledwie jak brudnopis, schowana jest do najgłębszej szuflady w najgłębszej komodzie i rzadko stamtąd wyciągana.
Tymczasem im bardziej staramy się być idealni, tym bardziej oddalamy się od siebie.
Biegnąc po tej naszej życiowej bieżni w kierunku większego prestiżu, doganiamy co najwyżej zmęczenie, zwątpienie i zniechęcenie. Dlaczego? Ponieważ nierzadko wcale nie lubimy tej wypracowanej najlepszej wersji siebie…

O.K. A co, jeśli wcale nie potrzebujemy więcej wysiłku, tylko więcej spokoju?
Co, jeśli to właśnie trochę mniejsza kontrola samych siebie daje więcej satysfakcji?
Może czasem warto zostawić nieodpisanego maila na jutro. Zamiast perfekcyjnego makijażu — umyć twarz i wystawić ją ku światłu za oknem. W pracy zrobić to, na co naprawdę mamy wpływ, a nie to, co stworzy pozory nieomylności i mocy wszystkich Avengers razem wziętych.
Po co? Przede wszystkim po to, by zobaczyć, jak wygląda świat po wyłączeniu bieżni i zejściu z niej.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Dzisiejsza galeria pokazuje biegania ściśle wytyczonym torem oraz to - poza nim
foto: pexels.
Napisz komentarz