03 Październik 2026
20-09-2026 przez Iza Janaczek
W komputerze tryb incognito ma całkiem przyjemną funkcję. Można coś sprawdzić, poczytać, poszukać i zamknąć okno bez zapisywania historii. I myślę sobie, patrząc na to, co wokół, że w życiu też czasem przydałaby się taka opcja. Szczególnie dziś, kiedy coraz więcej rzeczy robimy tak, jakby ludzie, których nie znamy, znamy mało albo zwyczajnie nie lubimy, powinni wiedzieć, co właśnie jemy, pijemy, kupujemy i czym się zachwycamy.
Tylko, czy my naprawdę chcemy się tym podzielić, żeby edukować, zarażać radością lub motywować, czy zwyczajnie, bez jakiejśc więskzej filozofii - po prostu chcemy, żeby inni wiedzieli?

Poranna kawa? Zdjęcie. Śniadanie? Krótki filmik. Spacer? Oczywiście zdjęcie. Drink z palemką, takie tam z wielbłądem – absolutnie i koniecznie – do sieci! Blokada na kole, plama po winie na bluzce, stłuczona szklanka - cyk i kolejny news.
Doszliśmy do dość zabawnego momentu, w którym prywatność zaczęła wyglądać jak coś podejrzanego. Jeśli czegoś nie publikujesz, pojawia się pytanie: dlaczego? Co ukrywasz? Tymczasem odpowiedź jest raczej banalna. To nie kwestia tajemnic, lecz tego, że nie wszystko musi być wystawione na widok publiczny, nawet jeśli robi się to "tylko dla żartu", zabicia czasu albo dlatego, że inni też tak robią.

Do sieci trafiają już nie tylko zdjęcia z wakacji i obiadu. Co smutne, trafiają tam też buzie naszych dzieci i ich rozkład dnia pokazany w systemie obrazkowym (Mati w drodze do szkoły, Julcia na balecie, Kajtek na basenie, bliźniaki na judo). Pokazujemy też domy (nierzadko zagracone, żeby było naturalnie i bez filtra), związki, problemy, choroby, kłótnie, zakupy, poglądy, plany, włosy na nogach i te pod pachami i rzeczy, których kiedyś nie powiedzielibyśmy obcej osobie stojącej obok nas w kolejce do kasy. Do tego dochodzą mody, łańcuszki i coraz doskonalsze możliwości generowania obrazów. Co jest bardzo pożyteczną rzeczą, pod warunkiem, że używana jest z umiarem. Tymczasem świat średnio co kilka tygodni wariuje na punkcie kolejnej mofy, która nie dość, że niczego sensownego nie tworzy, to wręcz przeciwnie – niszczy.
O co chodzi? O to, że cały ten cyfrowy bagaż trzeba gdzieś przechować. I służą do tego serwery które pracując zużywają energię i zasoby, żeby przez lata trzymać nasze zdjęcia, filmiki. Także te, do których nikt nie zagląda, bo zaginęły pod setkami innych relacji i fotek. Zasada jest brutalnie prosta choć większości ludzi kompletnie nieznana - im więcej produkujemy tego cyfrowego śladu, tym więcej realnego świata zużywamy na jego przechowywanie. Zużywamy, czyli konsumujemy, zmieniając obraz tortu, jakim jest nasza planeta.

Nie unikniemy pewnej „deanonimizacji”. I wcale nie o to chodzi, żeby nagle zniknąć z internetu.
XXI wiek to wiek bycia bliżej wszystkiego, cokolwiek to znaczy. Sama lubię zdjęcia, lubię wspomnienia, lubię dzielić się tym, co mnie zachwyca. Problem zaczyna się wtedy, kiedy dokumentowanie życia zaczyna zastępować jego przeżywanie, a publikowanie staje się odruchem silniejszym od pytania, czy naprawdę mamy coś do powiedzenia i to konkretnie w momencie, gdy siedzimy przy stole z człowiekiem, któremu obiecało się poświęcić więcej uwagi.

I tak sobie myślę, że warto sobie od czasu do czasu wypić kawę, bez wrzucania tego wydarzenia w trybie natychmiastowym do sieci. Ba, bez robienia jej zdjęcia w ogóle.
Czy tak się w ogóle da? Tak tylko sobie usiąść, wypić kawę, porozmawiać na żywo i delektować się tą chwilą zupełnie w trybie incognito?
Bez robić jej zdjęcia. Bez oznaczania kawiarni. Bez informowania świata, że jest poniedziałek i właśnie „łapiemy chwilę”.
Skoro tak lubimy modę retro – warto wrócić do tej, kiedy „łapanie chwili” nie wymagało 4 dubli i ekspozycji tego właściwego profilu.
Czy tak się w ogóle da? No pewnie. Na początek wystarczy nie wyjmować telefonu z torebki, a potem to już samo jakoś pójdzie
Dzień dobry dobrzy Ludzie :)

PS. Zdjęcia które uzupełniają dzisiejszy wpis są dowodem na to, że i ja nie żyję w próżni. Robię zdjęcia i kataloguję chwile. Jednak – u mnie zawsze są one zaledwie wycinkami wspomnień, a nie – „relacją na żywo”.
Napisz komentarz