03 Październik 2026
26-09-2026 przez Iza Janaczek
Kto choć raz zobaczył ten napis na ekranie swojego komputera, ten wie, że nie wróży on niczego dobrego: „system uruchomiony w trybie awaryjnym". Rozdzielczość spada, jakby ktoś cofnął czas o dwadzieścia lat. Odpalają się tylko te programy, bez których naprawdę się nie da – i jeszcze wolniej niż zwykle.
System nie robi tego złośliwie. To konieczność, ponieważ coś się przed chwilą na tyle mocno skomplikowało, że zwykły start byłby obarczony zbyt dużym ryzykiem następnej awarii. Właśnie dlatego, by minimalizować kolejne potencjalne straty, uruchamia to absolutne minimum – mysz, klawiaturę, ekran.
Na razie tyle, ile się da udźwignąć. Reszta poczeka.

Myślę sobie, że z człowiekiem bywa bardzo podobnie. Tylko że nikt nie wyświetla mu w rogu ekranu stosownego komunikatu. Nasza, ludzka awaria systemu ma bardziej różnorodne podłoże i równie skutecznie potrafi ograniczyć nam moc, przy czym, nierzadko nie da się jej naprawić kilkoma komendami.
Rozstanie. Utrata pracy, w której spędziło się dziesięć lat. Odejście kogoś, kto jeszcze w zeszłym miesiącu dzwonił w każdą niedzielę. Długi stres albo zmęczenie, które przyszło niepostrzeżenie i nie wie kiedy skończyć tę nieproszoną wizytę. Choroba. Trwałe kalectwo. Brak choćby jednej jasnej myśli w głowie.

Powodów awarii jest bardzo wiele, przy czym, co równie mocno odróżnia tę komputerową od ludzkiej – ludzka awaria systemu to nierzadko sekwencja wielu niechcianych, złych i nieszczęśliwych zdarzeń, które zdarzają się naraz, w parach, po trzy albo wręcz - lawinowo. Tak osłabiony, dociążony ludzki system zwalnia i przechodzi w tryb przetrwania najgorszego czasu.
Trzeba wstać. Umyć zęby. Zrobić kawę. Odpisać na wiadomości. Zrobić obiad, żeby dzieci zjadły coś ciepłego. Tobie często wystarczy kupiony w spożywczym krokiet i sucha kajzerka. Bywa i tak, że nawet zorganizowanie tego przerasta. Wtedy temat załatwia papieros i kolejna kawa. Telefon do mamy? Może jutro. Spotkanie ze znajomymi? Na pewno nie w tym tygodniu.
Działa mysz, klawiatura i ekran. Reszta programów stoi w kolejce i czeka na uruchomienie.
Nierzadko całe lata.

Problem zaczyna się wtedy, gdy na ten okrojony system patrzymy tak, jakby miał już tak zostać na zawsze.
Kiedyś od jakiegoś zaprzyjaźnionego majstra – złotej rączki zajmującego się wykańczaniem wnętrz usłyszałam pojęcie „oko się przyzwyczai”. Przyzwyczai do krzywo zawieszonej szafki, do zrobionego na tymczasem remontu hollu, do braku lampy i gołej żarówki zwisającej z sufitu w salonie.
I myślę sobie, że coś w tym jest. Przyzwyczajamy się do niewygód i braku jakości myląc je nierzadko z minimalizmem i pokorą.
To jedna z opcji, bo jest i druga – prokrastynacja. To projekt o kryptonimie: „później”. Bardzo często w przypadku trybu awaryjnego oba te schematy mają zastosowanie. Nierzadko – naprzemienne.
Dociążeni, przeciążeni, ale wdzięczni za to, że system awaryjny działa, a my z nim – choć na pół gwizdka i pół życia. W końcu – póki człowiek oddycha i może pracować, póty nie ma co narzekać.
Cóż… Konia z rzędem, temu, kto choć raz nie uciekł się do tej metody przetrwania. To ludzkie, normalne i czasami jest jedyną opcją, by nie zwariować z powodu tempa i presji, jaka człowieka w kryzysie dopada gdy mierzy się z życiową awarią albo całym ich rojem...

Powrót do pełnej wersji życia w przypadku nas, ludzi, nie odbywa się jednym kliknięciem.
To mnóstwo komend, delete’ów i odświeżeń. To dzień, w którym chce się ugotować coś prawdziwego także dla siebie, spacer nie do sklepu po bułki dla dzieci, ale dalej, w głąb lasu i siebie. Potem rozmowa z kimś obok, a nie szybki czat, z którego można wyjść bez słowa i szczery uśmiech, może pierwszy od bardzo długiego czasu.
Myślę sobie, że ludzki system awaryjny, czyli zwężenie granic własnego świata do możliwości nabierania płytkiego oddechu i funkcjonowania na autopilocie to opcja, by przetrwać czas, w którym nie ma szans by żyć naprawdę, życiem, w którym jest czas na pełny obiad zamiast krokieta i kajzerki. Każdy zna taki czas z własnego doświadczenia, a to daje nam wiedzę, jak nie powinna wyglądać przyszłość, by można było nazwać ją życiem, a nie tylko funkcjonowaniem na autopilocie.
A skoro już wiemy, jak mocno można zasiedzieć się w tymczasówce, nie meblujmy sobie w niej całego życia w myśl zasady, że oko się przyzwyczai. Może i przyzwyczai, ale czy taki stan rzeczy będzie naprawdę cieszył?
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Dzisiejsza galeria to wspaniała Ziemia Sandomierska, gdzie powstały szkice będące treści myśli przewodniej dzisiejszego artykułu
Napisz komentarz