05 Czerwiec 2026
30-04-2026 przez Iza Janaczek
Dziś jestem niedostępna. I nie, to wcale żadne „nagle i znienacka”. Jutro przecież długi weekend. Jutro, a nie za tydzień czy za miesiąc. A skoro tak, to chyba dość oczywiste, skąd ten pośpiech. Dziś wieczorem trzeba trochę poćwiczyć, żeby jutro nie kusiło.
Jakoś tak się przyjęło, że nawet odpoczywając wciąż jesteśmy w kontakcie z całym światem.
To z kolei sprawia, że kontakt tracimy z tymi, którzy obok…

Przesadzam? Bynajmniej… Przecież wystarczy wejść do jakiegokolwiek miejsca, w którym ludzie „odpoczywają”, żeby to zobaczyć. Nadal nie kojarzycie? Hmmm… W takim razie... może warto odłożyć telefony i spojrzeć przed siebie, a nie w nie?…
Kawiarnia, pociąg, plaża poza sezonem, ławka w parku.
Telefony leżą na stołach jak małe przedłużenia dłoni. Odłożone tylko na chwilę, ale wciąż gotowe do tego, żeby w każdej sekundzie przypomnieć o sobie. Wibrują w kieszeniach, mrugają ekranem, domagają się uwagi, odciągając tym samym uwagę od tego, co tu i teraz.

A teraz mamy weekend. I to majowy. A to oznacza, przynajmniej według starych wdrukowanych nam instrukcji, że zaczyna się najpiękniejszy miesiąc w całym roku. Tak sobie myślę, że warto pospędzać go po prostu w świecie analogowym, nie – cyfrowym.
Owszem można pooglądać w internecie piękną wiosnę i czysty błękit nieba, tylko – po co, skoro akurat właśnie to mamy aktualnie w menu?
Wiosna dzieje się na naszych oczach. Gdy jej nie było, czekaliśmy z utęsknieniem, narzekając i odliczając skrupulatnie dni do jej inauguracji. A teraz, gdy przyszła, gdy przed nami perspektywa kilku dni bez firmowego drylu – nie potrafimy wyzbyć się nawyku, by tak po ludzku, na chwilę wyluzować i przestać być wciąż w zasięgu.
Najciekawsze i najsmutniejsze jest jednak to, że w tym wszystkim nadal wierzymy, że jesteśmy razem. Razem z tymi, którzy są w zasięgu wzroku i ramion, ale nie w zasięgu naszej sieci. To taka trochę pozorna kompatybilność polegająca na posiadaniu alibi dla własnego sumienia.
No przecież spędziła czas z rodziną. Byłeś na meczu syna i potem na grillu…

Okazuje się, że „bycie offline” to dziś trochę wyzwanie, a trochę obietnica. Składana bliskim, ale – przede wszystkim sobie.
Próbujemy się więc z tym, jak to jest być na żywo, bez reagowania na każdy dźwięk dobiegający z kieszeni, torebki albo – o zgrozo – ze stołu, na którym telefon leży. Ekranem do dołu – bo tak przecież grzeczniej i bardziej kulturalnie ;)
Tylko, to tak po prostu nie działa. Myślę sobie, że im bardziej jesteśmy „podłączeni” – nawet ekranem do blatu stolika, tym łatwiej coś nam umyka. Nie, wcale nie jakoś tak głośno i wyraźnie, raczej po cichu i metodycznie. To coś, co widać przy kolejnym długim weekendzie, a co manifestuje się ciszą i pustką obok.
Dlatego, by nie być jak przysłowiowy Polak, który zawsze jest mądry po szkodzie, choć raz zadziałajmy wyprzedzająco. Kto wie, co wyjdzie z tego weekendowego życia tu i teraz?
Może nawet nam to wejdzie w nawyk? I na dokładkę - na nowo się spodoba?
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz