17-02-2026 przez Iza Janaczek
Przez lata sukces miał bardzo konkretny model. Garnitur, awans, coraz wyższe stanowisko, coraz większe mieszkanie, coraz bardziej napięty kalendarz. Im mniej snu, tym większa duma. Im więcej obowiązków, tym mocniejsze poczucie, że „jestem kimś”.
Sukces był ruchem. Pędem. Wspinaczką na szczyt.

I w gruncie rzeczy tak zostało. Z tą różnicą, że dziś ten pęd przybrał bardziej radykalną postać. Stał się bardziej widoczny. Bardziej mierzalny. Publiczny.
A wszystko to za pośrednictwem mediów społecznościowych. To one narzuciły tempo i standardy, a jednocześnie zaczęły pilnować efektów – wielkoskalowo. O czyimś awansie, nowym projekcie czy spektakularnym „przełomie” wie dziś znacznie więcej osób niż dwadzieścia lat temu. Niestety – o porażce również.
I choć po pierwszym uproszczeniu, że to świat pędzi (a przecież to my pędzimy) łatwo w kolejne mówiąc, że to „to wina mediów”, prawda jest mniej wygodna: to my je współtworzymy.
A to zmienia wszystko.
Bo skoro sukces jest tak widoczny, to porażka tym bardziej. I żeby do niej nie dopuścić, ścigamy się nadal.
Tylko że teraz jeszcze bardziej publicznie.

Dawniej porównywaliśmy się z sąsiadem, kolegą z pracy, kuzynką. Dziś porównujemy się z tysiącami ludzi jednocześnie. Z wyselekcjonowaną, dopracowaną wersją ich życia.
„Już” założył firmę. „Już” kupiła mieszkanie. „Już” zmienił branżę. „Już” przebiegła maraton.
Słowo „już” stało się walutą.
Imperatyw pędu nie zniknął. On się rozpycha. Wnika w każdą sferę życia.
Nie wystarczy dobrze pracować – trzeba się rozwijać. Nie wystarczy mieć hobby – trzeba je monetyzować. Nie wystarczy odpoczywać – trzeba odpoczywać efektywnie.
W tym wszystkim dominuje przekonanie, że jeśli nie przyspieszasz, to się zwyczajnie cofasz.
Nie – idziesz w swoim tempie.
Nie – żyjesz, a nie tylko pracujesz.
Cofasz się. Kropka.

Obserwowałam ten trend i nadal obserwuję, wyczekując pierwszej odwilży. No przecież nie wszyscy tak myślą. Nie wszyscy wyznają kult pracy do utraty tchu. Przecież znam ludzi, którzy nie tylko pracują, ale jeszcze żyją, mają weekendy, jedzą posiłki z rodziną.
No i doczekałam się, choć to nadal zaledwie pojedyncze krople a nie cały wodospad. Wiedząc jednak, że kropla drąży skałę - mocno kibicuję efektom. O co tak dokładnie chodzi? O to, że równolegle coraz więcej osób zaczyna mówić: dość - definicji sukcesu opartej na samotności na szczycie lub w drodze na niego.

W praktyce oznacza to coś bardzo odważnego.
Rezygnację z kolejnego szczebla kariery w imię większej energii po pracy i zwykłego życia.
Rezygnację z większego zakresu odpowiedzialności w imię większego spokoju.
Odcinanie się od nadmiaru bodźców na rzecz ciszy i harmonii.
I – co najważniejsze – coraz wyraźniej przebija się narracja, że to nie jest brak ambicji ani lenistwo, lecz zmiana definicji. Definicji tego, co miało pozostać symbolem pracowitości i ambicji, a niebezpiecznie ewoluowało w kierunku odczłowieczenia relacji, prowadzącego do skrajnej samotności.

Z wiekiem zaczynamy liczyć koszty.
I zaczynamy też zauważać, że sukces mierzony wyłącznie statusem bywa drogi. Czasem droższy niż byliśmy gotowi przyznać. Najważniejsze w tym wszystkim to zrobić ten bilans wcześniej niż później...
Wszak, wyliczenie optymalnego timingu w tak ważnym projekcie jak życie to byłby dopiero sukces.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz