11-02-2026 przez Iza Janaczek
„To zależy” – ile razy powtarzamy to w ciągu dnia, nie zadając sobie nawet trudu, by poszukać prawdziwej odpowiedzi? „To zależy” – hasło trochę jak parasol nad naszym codziennym asekuranctwem, trochę sformułowanie zamykające temat.
Myślę sobie, że ludzie lubią używać: „to zależy”, bo to bezpieczne. W pracy brzmi jak magiczna fraza: „To zależy od kiedy. To zależy od zespołu. To zależy od zaangażowania”.
W relacjach pozwala unikać trudnych rozmów: „To zależy, jak się czujesz”. „To zależy od tego, jak się zaangażujesz”.
Nawet planowanie wiosennych spacerów czy wyjazdów może utknąć w martwym punkcie: „To zależy od pogody, od nastroju, od wszystkiego”. I nagle okazuje się, że nasze skrzydła wciąż złożone, a my stoimy w miejscu, czekając na idealny moment, który nigdy nie nadejdzie.
Jak wyjść z tego impasu? I czy w ogóle się da?
Cóż… To zależy... ;)

Czas nie pyta, od czego coś, co się po prostu dzieje, ma zależeć – biegnie.
I o ile planowanie i obserwowanie, co z tego wyniknie, jest ok, o tyle prokrastynowanie zawarte w sformułowaniu: „to zależy” zamyka na progres. Możemy więc dyskutować, analizować, planować – ale nigdy nie dostaniemy gwarancji, że wszystko będzie pasować, jeśli oprzemy to na mało merytorycznym „to zależy”. Dlaczego? Ponieważ w tym kontekście „to zależy” przestaje być odpowiedzią, a staje się pretekstem do unikania ryzyka i stagnacji.
„To zależy” może i sprawdza się w instrukcji obsługi sprzętu, w przepisach medycznych i w wyliczeniach podatkowych. W codziennym życiu staje się trochę komicznym przyciskiem pauzy, który nadużywamy, chowając się za nim przed wyzwaniami. Owszem, można go zignorować – i ruszyć przed siebie, nawet jeśli warunki nie są idealne.
Czemu tego nie robimy? Cóż… To zależy...

Nie lubię tego sformułowania, bo jest sygnałem końca rozmowy i braku chęci jej kontynuowania. Z takiego statementu nie wynika nic.
I jakkolwiek to wkurzające, myślę sobie, że nie należy temu przypisywać wielkiego znaczenia. To zaledwie mała przywara wynikająca z braku czasu zastanowienia się nad jej małym wkładem we własny rozwój – ale nie ten podręcznikowy, podpowiadany przez podcasty i posty rozlicznych wirtualnych ekspertów z szeroko pojętej dziedziny życia.
Owszem, warto nad nią pracować, bo więcej konkretności i zdecydowania to mniej marnowania własnego czasu, co z kolei przekłada się dość mocno na zadowolenie z siebie i poczucie własnej sprawczości. Mowa – trawa? O.K. No to spróbujmy inaczej. Podejrzewam, że gdybyśmy sobie samym w środku swojej głowy zadali pytanie, czy ważny jest dla nas własny spokój ducha i poczucie sprawczości, raczej nikt nie odpowiedziałby filozoficznym – to zależy…
Dzień dobry, dobrzy Ludzie

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz