20-02-2026 przez Iza Janaczek
Są takie momenty, kiedy człowiek patrzy na ekran telefonu i po kilkuminutowym scrollowaniu myśli sobie: no dobrze, to kim ja dziś właściwie mam być? Minimalistką z idealnie białą kuchnią? Joginką o świcie? A może kobietą sukcesu, która między jednym call’em a drugim zdążyła jeszcze zrobić hummus z buraka i przebiec półmaraton?

Mało kto łączy te szczęśliwe, cukierkowe, wykadrowane chwile ze słowem „presja”. No bo przecież – ktoś tylko pokazuje, jak fajnie żyje na wyspie XY, pisząc, że obudził się z myślą, iż jest absolutnie szczęśliwy.
Dziwnym trafem ta dość intymna i osobista obserwacja trafia do social mediów, wmontowana w filmik promujący usługi pokazywania właśnie tej wyspy w prywatnych wycieczkach przez tę konkretną szcześciarę.
Przypadek?.... Nie sądzę.

Presja nie krzyczy, zwłaszcza ta nowoczesna. Presja w wersji 'wiek XXI' jest przekonująca, kojąca jak ciepły kocyk i estetyczna.
Ma odpowiedni słoneczny filtr i słowa klucze. I chyba nie ma osoby, która się na któreś z nich nie złapała. Brzmią różnie, to same słowa: „słońce, błękit, spokój”, pytania: „a Ty jesteś szczęśliwy?”, „zastanawiałeś się, dlaczego nie jesteś szczęśliwy?”.
Te słowa są o tyle niebezpieczne, że gdy wpadną do głowy, rzadko kiedy ją opuszczają. Raczej drążą i budują niepewność złożoną z coraz większej liczby pytań.
Dlaczego ja nie jestem tak szczęśliwa? Dlaczego nie budzę się z poczuciem, że to będzie cudowny dzień? Czy to dlatego, że nie mieszkam na wyspie?
Nadal uważacie, że to nieszkodliwe chwalenie się w internecie, a nie – presja?

A może by tak dla odmiany zmienić tok myślenia? O sobie? O tym, co chłoniemy? O naszym udziale w – naszym przecież – życiu.
Może warto zrobić bilans. Choć to nie koniec i nie początek roku. Może warto podsumować, ile dobrych myśli poświęciliśmy sobie – bez stosowania toksycznych porównań z nierealnymi, wyśrubowanymi i przede wszystkim do cna sztucznymi sytuacjami z sieci.
Bo prawda jest taka, że karmimy się obrazami, które ktoś wybrał, przyciął, wygładził i sprzedał. A potem próbujemy do nich dopasować swoje poranki, swoje relacje, swoje tempo. I dziwimy się, że nie pasują.
Odwaga w wersji offline wygląda inaczej. To nie jest spektakularna decyzja o przeprowadzce na tropikalną wyspę. To raczej ciche przyznanie: jestem wystarczająca tu, gdzie jestem. Robię tyle, ile potrafię. I to naprawdę dużo.
Zatem, co się może stać gorszego, gdy pomyślimy, że naprawdę jesteśmy okej?
Zaradne? Kompetentne? Inteligentne i ogarniające? I żeby nie było – to samo pytanie świetnie brzmieć będzie w wersji męskiej :)
Przecież – u licha – dawaliśmy radę, zanim dowiedziałyśmy się z internetu, jak to robić. Dotrwaliśmy do dziś, żyjąc w czasach, gdy nie było jeszcze kołczy i innych trenerów planowania nam każdego dnia i każdej myśli.

Może więc zamiast kolejnego porównania, kolejnej poprawki, kolejnej wersji siebie do zaakceptowania przez algorytm – po prostu spróbujmy uwierzyć, że już jesteśmy wystarczający? W naszej przestrzeni, w naszym miejscu do życia i w naszym domu?
Bo i owszem na cudowną wyspę możemy wyjechać ale jeśli to będzie ucieczka lub zaklinanie rzeczywistości – nawet tam dopadną nas nasze wątpliwości i szarość.
Spróbujmy zatem inaczej. Spróbujmy bez porównywania się i szukania lepszej wersji siebie. Po co? Oryginał jest najlepszy! Dlatego, co tam!
Raz kozie śmierć.
Najwyżej przestaniemy się wszystkim podobać. Ale być moze wtedy właśnie zaczniemy podobać się sobie.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

wszystkie zdęcia: pexels
Napisz komentarz