09 Styczeń 2026
26-12-2025 przez Iza Janaczek
Skończyły się święta. Można wreszcie odetchnąć. Żadnej gry w sto pytań. Żadnej presji, by nie odstawać. Żadnego stresu, czy uda się wytrzymać coroczny festiwal ja-mam-racjizmu, dowodzący, że wszyscy mają rację. Wszyscy, prócz Ciebie. Żadnych odwiedzin wyglądających jak inspekcja Sanepidu i żadnych spontanicznych rodzinnych spotkań zaplanowanych dla, a właściwie za Ciebie jeszcze w zeszłe święta.
Uuuufff…

No więc skoro tak, jako się rzekło – można odetchnąć. Cóż… Nic bardziej mylnego.
Często, kiedy opada napięcie, a kalendarz przestaje krzyczeć czerwonymi literami „rodzina”, „obowiązek”, „tradycja”, zostajemy sam na sam z tym, co naprawdę w nas siedzi. I bardzo często okazuje się, że pod warstwą świątecznej mobilizacji kryje się zwykłe, ludzkie zmęczenie. Nie jedzeniem, nie rozmowami, nawet nie emocjami – tylko ciągłym byciem „w gotowości”.
Już dawno temu w grudniowy kanon weszła świąteczna gorączka. I choć wiemy, że choć występuje w przenośni, nie raz prowadzi do tej prawdziwej. O co chodzi? O to, co często funkcjonuje pod nazwą zbiorczą: oczekiwania kontra rzeczywistość. Święta potrafią uruchamiać cały katalog napięć.
Oczekiwania, najczęściej cudze, ale jak jeden raz w roku, to chyba można wytrzymać.
Role, które co roku odgrywamy, żeby mamie nie było przykro, choć obiecujemy sobie, „że nigdy więcej”.
Potrzebę bycia miłym, wdzięcznym i uśmiechniętym, by nie wyjść na killera tradycji, która nakazuje „spędzić te święta, jak człowiek”.

Czy zatem kogoś dziwi, że po świętach przychodzi ulga, że to „już po”? Absolutnie nie. I to jest zrozumiałe. Tylko, że ta ulga nie zawsze cieszy… Bo z nią dla odmiany po świątecznym zgiełku przychodzi – cisza. I to nie zawsze taka, która koi. Raczej taka, która obnaża to, co ginęło w pędzie i hałasie. Gdy nie trzeba już odpowiadać, wyjaśniać, reagować wychodzi na jaw, że w tych świętach i po nich, najbardziej brakowało bliskości.
Tej prostej, klasycznej, bez supermodnych dodatków na stół, czy na choinkę. Tej, która nie robi halo z tego, że cały pierwszy dzień świąt spędzasz w piżamie a nie w eleganckim outficie, będąc w gościach. Bliskość normalna to ta, w której nikt nie nakłada presji robienia kolejnego uroczystego obiadu, jakby nie pamiętając, że w lodówce zostało wiele z uroczystej kolacji, jaka była raptem kilkanaście godzin wcześniej.

Gdy byliśmy dziećmi lub nastolatkami przeżywającymi święta według wizji dorosłych, obiecywaliśmy sobie, że jak będziemy dorośli, to inaczej to wszystko urządzimy. Inaczej, czyli lepiej. Tymczasem nadeszła ta upragniona dorosłość i mimo że mamy w niej już sporą wprawę, nierzadko wciąż nie umiemy przekuć naszej młodzieńczej wizji własnego świata w czyn. Dla wielu osób dorosłe życie stopniowo redukuje przestrzeń na bliskie relacje. Mamy relacje zawodowe. Biznesowe. Społeczne. Mamy nawet relacje rodzinne, ale i to nie idzie często w parze z bliskością.
Relacje często zamieniają się więc w znajomości. Tak, tak, także te rodzinne, które ożywając tylko i wyłącznie w okolicach świąt, stają się smutnym pastiszem definicji uważnej i szczerej bliskości.

I to nie tak, że ta dzwoniąca pustką cisza to tylko po świętach. Po świętach jest ona widoczna najwyraźniej. Gdy opada zbiorowa kurtyna, zostają pytania: z kim mogę być w tej poświątecznej ciszy? Przy kim nie muszę się pilnować ani autocenzurować? Kto potrafi być obok bez oceniania, poprawiania i subtelnie sprawdzania, czy wszystko ze mną „w porządku”?
„Help! Bliskość pilnie potrzebna!” – ten komunikat rozbrzmiewający z tyłu głowy to nie słabość. To diagnoza. I jeśli ją zignorujemy, w następne święta nic się nie zmieni. Będzie tylko kolejny stół, kolejna cisza po nim i to samo poczucie, że znów było „jak zawsze”, choć miało być inaczej.
I właśnie dlatego warto potraktować ją serio. Być może to właśnie ta informacja zaowocuje czymś wyjątkowym w kolejne święta – a świąteczna kawa stanie się prawdziwą przyjemnością.
Kto wie.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

wszystkie foto: pexels
Napisz komentarz