09 Sierpień 2026
19-07-2026 przez Iza Janaczek
Macie takie dni, kiedy widzicie, że Wasz organizm mocno dopomina się uwagi? Nie wysyła subtelnych sygnałów. Nie daje delikatnych wskazówek lecz komunikuje się wprost, bez (kolejnych) znaków ostrzegawczych. Nagle zwalnia tempo, domaga się snu, ciszy i odpoczynku albo choć chwili kiedy nie musi być wciąż zwarty i gotowy?
No właśnie… Ja też… Co wtedy robicie? Skupiacie uwagę, słuchacie i mówicie: oczywiście, masz rację…, czy raczej forsujecie swoją wizję zmuszając go do dalszej pracy?
Gdyby temat (na potrzeby tego tekstu) ubrać w scenkę dialogową, w praktyce wyglądałoby to tak:
Organizm sygnalizuje: Potrzebuję odpoczynku.
My odpowiadamy: O.K. ale dziś nie ma na to czasu.
On niezrażony próbuje ponownie:
O (organizm) - Jestem zmęczony.
M (my) – O.K. po weekendzie zrobimy pauzę.
I jeszcze raz... i kolejny...
O: To już za dużo. Potrzebuję chwili na reset. Teraz.
M: Wytrzymaj. Inni mają gorzej.

Gdyby to ująć technicznie, rzec by można, że za każdym razem po wystąpieniu takiej sytuacji pojawia się ten sam komunikat: hasło nieprawidłowe. Co z tego wynika? Jeden wniosek. Jesteśmy lub być może bywamy totalnie niekompatybilni z naszym własnym organizmem.
W nomenklaturze komputerowej po takim tekście możemy sobie, co najwyżej, popatrzyć na nieruchomy obrazek na ekranie, do którego dostępu broni lapidarny komunikat, informujący, że dalej nic nie zdziałamy. Dopóki nie włączymy hasła uruchamiającego to, do czego chcemy się dostać będziemy tkwić w zawieszeniu.
W życiu, na szczęście działa to trochę inaczej. Mimo braku porozumienia, nasz organizm podejmuje kolejne próby, by działać dalej. Owszem, nie jest to już działanie w trybie ekspress, nie jest to super moc, ale najczęściej – nie jest to jeszcze bezruch i zupełny brak współpracy. Choć rzadko sobie to uświadamiamy (a szkoda), dostajemy kolejną szansę, by popracować nad pasującym hasłem.

Im bardziej intensywnie przyglądam się temu co wokół i temu co w środku, tym bardziej utwierdzam się w obserwacji, że my ludzie, jesteśmy świetni w przekonywaniu samych siebie, co do słuszności własnych racji i wizji. Tymczasem, gdyby się zastanowić na spokojnie, przecież większość z nas nigdy nie powiedziałaby komuś dla nas ważnemu: "Nie przesadzaj. Śpij cztery godziny, musi Ci to wystarczyć. Jedz w biegu. Nie przejmuj się bólem. Dasz radę. Wytrzymaj."
Dlaczego więc sobie samym mówimy to regularnie? Naprawdę tak bardzo nie zależy nam na dobrym zdrowiu człowieka codziennie oglądanego w lustrze? A uściślając - kogoś, z kim jesteśmy na zawsze i od kogo przecież – zależy jakie to bycie jest i - jak długo w ogóle będzie?

To chyba jedna z największych zagadek dorosłości. Z wiekiem coraz lepiej uczymy się troszczyć o innych, a jednocześnie coraz sprawniej ignorujemy samych siebie. Być może dzieje się tak dlatego, że od lat ćwiczymy się w wytrzymałości, a znacznie rzadziej w dbałości o własne dobro. Chwalimy się tym, ile udało nam się unieść, jak długo wytrzymaliśmy bez urlopu, ile obowiązków zmieściliśmy w jednym dniu. Rzadko opowiadamy o tym, że w porę odpuściliśmy. A przecież to również jest umiejętność. Nie mniej cenna niż konsekwencja i pracowitość, choć zdecydowanie dziś – mniej modna a przez to i popularna.
I myślę sobie, że to strasznie niesprawiedliwe w stosunku do tego, co nas napędza. Przecież to nie tak, że dbając o siebie musielibyśmy robić coś super extra ponad program. Ten przyjaciel – najbardziej osobisty, czyli nasz własny organizm nie oczekuje od nas wielkich deklaracji ani spektakularnych zmian. Najczęściej domaga się rzeczy zaskakująco prostych, wręcz prozaicznych: kilku godzin snu więcej, spokojnego posiłku, jednego wolnego popołudnia, spaceru bez telefonu.

Problem polega na tym, że odpowiadamy mu hasłami, których nie rozpoznaje. „Jeszcze tylko dziś”. „Po weekendzie”. „Jak skończę ten projekt”. „Gdy dzieci podrosną”. „Jak będzie spokojniejszy okres”. Tyle że ten spokojniejszy okres bardzo często nie przychodzi sam, lecz w towarzystwie choroby, smutku, wypalenia i depresji...
I myślę sobie, że skoro już to wiemy, to może warto być mądrym przed szkodą, a nie po niej?
Zatrzymajmy się na chwilkę i sprawdźmy, tak zupełnie profilaktycznie, czy przypadkiem nie próbujemy po raz setny zalogować się do własnego organizmu tym samym błędnym hasłem... Kto wie, co usłyszymy, gdy wsłuchamy się w siebie trochę bardziej, niż zwykle…
Co nam szkodzi spróbować? W najlepszym i najgorszym wypadku poczujemy się po prostu lepiej.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz