09 Styczeń 2026
12-11-2025 przez Iza Janaczek
Po staremu – znacie to powiedzonko? No pewnie, że znacie. Kto by nie znał.
Po staremu to znaczy bez niespodzianek, bezpiecznie, stabilnie i – bez zmian, generujących stres i pochłaniających czas, którego nie mamy.
Czy to źle, że lubimy mieć wszystko pod kontrolą i stabilnie? Nie, w żadnym wypadku.
Sęk w tym, że nie zawsze się tak da, by w pędzącym świecie zachowywać stare przyzwyczajenia i sposób życia… bez skutków ubocznych.
Bo próba zatrzymania ich i dopasowania do tego, co tu i teraz, robi t, czego się obawiamy, więc unikamy, a mianowicie generuje stres i pochłania czas. Ironia losu, prawda?
A jednak, mimo że to niełatwe, usiłujemy zachować to „po staremu”, bo to trochę kotwica, trzymająca człowieka w tym, co znajome.

Ja sama lubię sobie pożyć „po staremu”. Co to oznacza w praktyce? Nic wielkiego. Takie tam zwykłe, nudne rzeczy.
Prawdziwe wyjście z domu, a nie tylko takie wirtualne.
Kawa na żywo, a nie w internetowym czacie.
Domowy obiad, zamiast szybkiego lunchu odgrzanego z gotowca,
Prawdziwa podróż, a nie tylko szlakiem instagramowych wojaży innych
Świąteczna choinka, z ozdóbkami jak w zeszłym roku (bo to jednak taniej, ładnie i bardziej praktycznie), zamiast dopasowanej do kolorystycznego trendu na ten rok.
Ja wiem, wszystko jest dla ludzi, ale na szczęście dla mnie - nie dla wszystkich i nie w każdym momencie.
Korzystam więc z tego przywileju, że mogę sobie tak trochę pożyć po staremu, niemodnie i na uboczu. I żyję. Ile się da i kiedy tylko jest na to przestrzeń. Bo – nie zawsze jest.

Pewna powolność w sposobie życia zamiast dynamicznego podążania za bieżącymi trendami to coś, co wybieram z dziką premedytacją.
Dlaczego? Ponieważ lubię tę moją kotwicę, choć według dzisiejszego spojrzenia na świat dla wielu, takie zakotwiczenie w tym, co już znane, to nie stabilizator, lecz kula u nogi, która nie pozwala się rozwijać i iść do przodu.
Tylko że ja nie chcę wciąż iść do przodu. Czasami lubię sobie zrobić przerwę na to, by po prostu posiedzieć i popatrzyć na wszystko z boku. Z perspektywy spoczynku, a nie - ciągłego ruchu. Wtedy i oddech można wyrównać i perspektywę inną złapać.

I to nie tak, że ruch i zmiany są czymś złym. Nie są. Wręcz przeciwnie. Są fenomenalne. I bardzo je lubię. Tak samo jak chwile spokoju, ciszy i złapania perspektywy.
Czasem mam wrażenie, że właśnie to moje niemodne i nienadążające „po staremu” jest dziś moim największym luksusem. Nie - aplikacje do wszystkiego, które i owszem, mam i sobie chwalę, nie - planery i kursy produktywności, których profilaktycznie nie nadużywam, lecz – mało spektakularna pauza.
Moim małym luksusem jest chwila, w której nic nie trzeba ulepszać, zmieniać, unowocześniać i pchać do przodu.
Dlatego mam swój ulubiony kubek do kawy, który taszczę z sobą nawet w góry, swoje małe „stare” przyzwyczajenia, które taszczę wszędzie i poczucie, że to życie nie polega na zaplanowaniu go pod sam korek. Choćby dlatego, że w takim układzie nie zmieści się element niespodzianki, albo chwila „starej” rutyny.

I żeby nie było, nie jestem przeciwko nowoczesności. Jestem jej wielką fanką, ale tylko wtedy, gdy ułatwia życie, a nie kiedy je zagłusza. I cieszę się bardzo, że stale mam przestrzeń, na to, by wrzucić sobie „stary luz” kiedy czuję, że zaczynam gubić oddech w tym pędzie. Wtedy na chwilkę wracam do życia „po staremu”. Do papierowej książki, do ciszy lasu i do rozmowy na żywo, bez powiadomień w tle.
Czy to łatwe? Nie, dopóki się nie zrozumie, że właśnie dlatego - warto.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz