09 Styczeń 2026
16-07-2025 przez Iza Janaczek
Gadacie czasami sami z sobą? Nie, to nie żart. Ja serio pytam… Jakby nie patrzeć, gadanie do siebie to czasem jedyny moment, kiedy ktoś nas naprawdę słucha. A przynajmniej – nie przerywa. I według mnie to wyczerpuje temat. Ja jestem na tak, choć słyszałam, że jeśli ktoś mówi sam do siebie to
albo ma kłopoty z własną psychiką,
albo ma kłopoty z własną psychiką.
Nie, to nie jest przejęzyczenie. Punkt pierwszy dotyczy tego, że sam tak myśli, punkt drugi – że myślą tak inni. Oszaleć można od ilości opcji, prawda?

No ale – rozmawiacie czy nie? A jeśli tak, to czy na głos, czy tak opierniczacie się lub napominacie zupełnie po cichutku, tylko w myślach? Bo generalnie to jest tak, że my się z reguły opierniczamy i strofujemy, ewentualnie kontrolujemy, a nie - prowadzimy z sobą dysputy filozoficzne, powtarzając po klasykach: być albo nie być…
No bo w sumie, co to w ogóle za pytanie. Jasne, że być. Tylko bardziej wydajnie,
szybciej,
efektywniej,
efektowniej,
lepiej,
ładniej.
I w ogóle w najlepszej wersji siebie.

Przyznam, że mało zwrotów budzi mój uśmiech szybciej, niż powtarzane nabożnie: bądź najlepszą wersją siebie. Czyli rozpatrując temat bardzo dosłownie to ile tych osobowości trzeba mieć, by móc wybrać tę the best of?
I - czy z każdą można rozmawiać? Dobra, ostatnie pytanie było sarkastyczne. Ale to temu, że spojrzałam na całość i coś mi tu nie pasuje…
Bądź najlepszą wersją siebie... i mówią to ci, którzy uważają, że mówienie do siebie to objaw szaleństwa. Serio tylko ja dostrzegam ironię?
Dobra, odłóżmy śmieszki i sarkazm i skupmy się nad istotą tej najlepszej wersji najlepszej istoty. Bo może ja błądzę myśląc, że nie ma najlepszej mnie, a jestem tylko ja, z pełną świadomością złożoności własnej osobowości, bo tak jest bardziej uczciwie?
No bo, jakby tak to rozważać, to jak temat się przedstawia od strony etycznej? Najlepsza wersja mnie to ta tylko dla mnie i mojego komfortu. A te mniej udane wykorzystuję do kontaktu ze znajomymi z pracy czy dalszą rodziną albo osobami mijanymi na ulicy i w sklepie? Nie mam pojęcia.
By spuentować te niełatwe dzisiejsze dywagacje, użyję jednej z moich ulubionych myśli: każdy żyje jak umie, więc żyj i pozwól żyć innym. Gadajmy do siebie, twórzmy wersje siebie, skoro musimy. Póki nikt na tym nie cierpi – ok. Let's go.

Ja sama mam absolutną pewność co do jednego. Do końca życia będę zdana na towarzystwo osoby widzianej codziennie w lustrze. A ta wiedza zobowiązuje i zmusza do refleksji. No i wobec tego mam taką jedną. Jeśli już mam spędzać całe życie z sobą - w jako takiej zgodzie i harmonii, to wolę jednak z sobą codzienną, a nie z nieustannie modyfikowanym projektem siebie, poprawianym wedle najnowszych trendów.
Myślę sobie, że ten imperatyw bycia najlepszą wersją siebie przekreśla niejako unikatowość i autonomię własnej osobowości, kwestionując jej barwę i złożoność. A przecież każda osobowość to melodia złożona z cech i emocji. Składa się na nią wiele rzeczy: dobry i gorszy nastrój, radość i melancholia, spokój i złość, światło i cień. Dzięki temu jest harmonijna i w zależności od nuty przewodzącej – intensywna i energetyczna lub stonowana i skupiona. Bez względu na tempo i ekspresję, opowiada pewną historię. Naszą historię. Jeśli zaczniemy wyciągać z niej nutki emocji, które nie pasują do ideału i zastępować je tymi, które według obowiązującego kanonu już tak, w najlepszym wypadku melodia zaliczy kilka mocnych fałszów, w najgorszym, zgubi ton przewodni i harmonię, stając się kakofonią i zbiorem chaotycznych tonów.
I tak sobie myślę, że w ten sposób nie buduje się wielkiego hitu. Zamiast więc poprawiać, zmieniać i tworzyć alternatywne wersje siebie, może warto po prostu pogadać szczerze z tą podstawową – pierwszą i unikatową?
Dzień dobry, dobrzy Ludzie.

Napisz komentarz