18 Marzec 2026
18-03-2026 przez Iza Janaczek
Są takie momenty, kiedy człowiek łapie się na tym, że życie toczy się obok. Przejeżdża i nie zwalnia. To taka sytuacja, w której człowiek, na przykład - ty, drogi Czytelniku i szanowna Czytelniczko, lub ja idzie poboczem, będąc zmęczoną i zniechęconą. Po prostu - człapiąc z nogi na nogę i nie mając siły przyspieszyć, podczas gdy szosą obok przejeżdża wypasiony wóz.
Z naszym - moim lub Twoim życiem.

To człapanie po poboczu własnego życia, choć posuwa człowieka do przodu, jest podstępne.
Nie boli, choć na dłuższą metę - męczy.
Nie wymaga decyzji – bo choć jakoś tak mimo woli, to jednak wciąż przed siebie.
No i nie niesie ryzyka niemiłej niespodzianki.
Ale - ma swoją cenę.
Jaką? Wysoką... I to bardzo...
To bezwolne człapanie jest powolnym oddawaniem sterów własnego życia komuś lub czemuś innemu: okolicznościom, oczekiwaniom, lękom, brakom przestrzeni na przejęcie inicjatywy.

Tkwimy więc w swojej bańce, odgradzającej od świata, nazywając ten niewidzialny mur strefą komfortu. Cóż za nieprecyzyjność, ale za to – jaka komfortowa. Brzmi niewinnie i bezpiecznie. I rzeczywiście – daje poczucie bezpieczeństwa. Tyle że bezpieczeństwo nie zawsze oznacza rozwój.
Nierzadko to eleganckie preludium do stagnacji.
Dlaczego? Cóż... Bańka ma to do siebie, że z czasem się kurczy.
Najpierw trochę, prawie niezauważalnie. Potem coraz bardziej, aż w końcu odbiera przestrzeń do ruchu. I wtedy to, co kiedyś było wyborem, staje się jedyną opcją. A to, co miało być wygodą, zaczyna uwierać. Przestrzeń nagle zamienia się w próżnię – bez tlenu...

Ponoć z wiekiem, my ludzie mocno dorośli, dziecinniejemy. To też bardzo nieprecyzyjne i mocno skarykaturzone stwierdzenie. Wszak dziecko to mały człowiek z otwartym umysłem pełnym miejsca na nowe doświadczenia i wiedzę, tymczasem my, im starsi, tym bardziej skurczeni mentalnie, bez przestrzeni na ryzyko niespodzianki.
Nie śnimy, ba – jak śnić, gdy śpimy źle lub prawie wcale.
Nie marzymy – bo i po co, skoro się nie spełni…
Nie żyjemy pełnią życia, bo dorosłość to nie czas na fanaberie…
A przecież marzenia nie są fanaberią. To szkice planów, a te – stanowią budulec doskonały dobrostanu i wewnętrznego spokoju.

Tymczasem normalnością jest fakt, że przychodzi taki moment w dorosłości, kiedy słowo „marzenia” zaczyna brzmieć trochę niepoważnie. Jakby było zarezerwowane było dla dzieci. Hmmm… może właśnie dlatego marzących, dojrzałych ludzi uważa się za dziecinnych?
To by miało sens, prawda?
I tak sobie myślę, że nasz, człowieczy problem wcale nie leży w marzeniach, tylko w tym, że przestajemy ufać własnym przekonaniom i wyborom, że już o marzeniach nawet nie będę tu wspominać.
Zamiast sprawdzać – zakładamy.
Zamiast próbować – od razu wiemy, że „to nie dla mnie”.
Zamiast sięgać – racjonalizujemy, że przecież „jest dobrze, nie ma co kombinować”.
I tak, krok po kroku, uczymy się życia na pół gwizdka. Bezpiecznego, przewidywalnego, i bez tego czegoś, co dodaje mu blasku, świeżości i – powodu. Bez elementu niespodzianki.

Zwykliśmy uważać, że ludzie (w tym my sami) nie dokonują zmian w stronę niespodzianki, bo boją się utraty stabilnego człapania po poboczu… A ja myślę, że to trochę koło zamknięte. Nie tyle się boimy, co jesteśmy zbyt zmęczeni, by w ogóle rozważyć wyjście poza bańkę. I nawet kończący się w niej tlen nie skłania nas do zmiany decyzji.
Zamiast niej wybieramy więc stagnację. Kombinujemy, jak się dostosować do warunków, zamiast - jak dostosować je do nas. Oddychamy więc rzadziej, unikmamy gwłątownych ruchow i myśli, aż w końcu zaczynamy żyć i na pół oddechu i pół gwizdka…
Tymczasem wystarczy na moment zaprzestać człapania, przysiąść, nabrać znów powietrza w płuca i zdecydować, ale tak naprawdę, mając (znów) dotleniony umysł, czy wystarczy nam to człapanie po poboczu, czy skorzystamy z podwózki.
Zwłaszcza, że wóz, który tak często nas mija, to nasz własny.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie,
lubicie szybkie samochody, czy wolicie - na piechotkę? :)

wszystkie zdjęcia: pexels
Napisz komentarz