09 Styczeń 2026
17-09-2025 przez Iza Janaczek
Zostanę jeszcze na chwilę w klimacie książek i szeroko pojętego czytelnictwa. Pamiętam, że kiedy moje pokolenie wchodziło w dorosłość, nam – dzieciom i młodzieży czasów słusznie minionych – barwne historie i opowieści dawały coś więcej niż tylko rozrywkę. Pomagały wierzyć, że wystarczy uśmiech, odrobina zaradności, uprzejmości i wiary we własne siły, by poradzić sobie z przeciwnościami losu. I choć tamte czasy były, delikatnie mówiąc, mało trójwymiarowe, literatura młodzieżowa naprawdę „robiła robotę”. Otwierała okno na świat, którego często brakowało w codzienności.

Ukształtowani opowieściami, które dziś nie budzą entuzjazmu – z powodu spojrzenia na różne tematy, ich nazewnictwa (czytałam ostatnio o Wokulskim, jakoby był hmmm… stalkerem Izabeli Łęckiej. Przyznacie, że gdy się na rzecz spojrzy pod kątem ładunku niesionego przez to słowo, postać Wokulskiego, ba, dla wielu legenda i symbol niezłomności, nabiera zupełnie innego znaczenia). I wcale nie jest to odosobniony przypadek innego spojrzenia na rzeczy dla nas wtedy po prostu – zwykłe, lub (jeśli o "Lalkę" chodzi) rzeczy, które trzeba było po prostu zdać na godny stopień. Tak, tak, wtedy też istniały tematy, które dziś młodzież określa terminem 3Z: zakuć, zdać, zapomnieć.
My i owszem, zmieniliśmy się i zestarzeliśmy, ale pewne rzeczy – nie. I dobrze jest to sobie przypominać, gdy się nam zbierze na moralizowanie młodego pokolenia. ;)

Jednak abstrahując od mało lubianych lektur, fakt pozostaje faktem, dzisiejszych 40-50-latków kształtowała potrzeba przetestowania swoich własnych możliwości i chęć odkrywania świata. Czy to temu, że zwłaszcza potrzeba odkrywania świata w sensie dalekosiężnym była blokowana, nazwijmy to eufemistycznie – mało komunikatywnym mentalem politycznym, zawężającym ten apetyt na życie do tego, co na własnym podwórku.
Nie dla nas było wtedy szalone Rio, boskie Buenos, ani cykady na Cykladach. Pewnie temu nuciliśmy wszyscy bez wyjątku szlagiery Maanamu, które, choć w ten sposób przybliżały nam daleki świat, nęcąc tym, co ledwo przebijało się przez ciężką szarą zasłonę panujących wtedy czasów.

Ograniczało nas wtedy bardzo wiele. Czy czuliśmy się sfrustrowani? Zdecydowanie. Czy w ramach protestu postanowiliśmy się przestać rozwijać i zamknąć w domu? Otóż – nie. Nie mogąc sięgać dalekich galaktyk, zaczęliśmy eksplorować własną. Trudności zamienialiśmy w wyzwania, a nie w problemy, a problemy w rzeczy do rozwiązania lub obejścia. Rzecz jasna nie wszystkie tematy dało się rozwiązać lub obejść, ale większość tak. I robiliśmy to bez chatbotów GPT, bez dostępu do grup tematycznych doradzających, jak posprzątać garaż lub jak uprać rzeczy kolorowe. Jak to robiliśmy, młodszym – tłumaczę, koleżankom i kolegom w moim wieku przypominam – my po prostu rozmawialiśmy. Nie było czegoś, co sypało pomysłami i rozwiązaniami, więc wspólnie rozwiązywaliśmy problemy, dzieliliśmy się pomysłami i próbowaliśmy tego, co mogłoby pomóc albo pchnąć nas do przodu.

Skąd dziś ten mocno retro post? Tak mnie jakoś nostalgicznie naszło, gdy mój syn – skądinąd bystry i mądry młody mężczyzna – podzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami.
O co konkretnie chodzi? O porównanie dostępnych narzędzi i możliwości używanych do ogarnięcia wyprawy w Europę. Kiedyś i dziś.
Przygotowywał logistykę podróży kamperem. I w tym całym zalewie wydumanych newsów o niczym, huraoptymistycznych artykułów pisanych pod kliki zamiast pod rzetelność oraz poradników tak odklejonych, że nawet Cyrk Monty Pythona mógłby z nich czerpać inspiracje, zrobił pokoleniowe porównanie.
Porównał mianowicie, jak taką wyprawę przygotowywało się kiedyś i jak wygląda to dziś.

Tak, wiem – kiedyś zamiast kamperów były przyczepy kempingowe. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że może nasze metody wcale nie były takie złe?
My byliśmy przygotowani na to, że coś może pójść nie tak. I to było przygotowanie solidne – dwutorowe.
Mentalne („damy radę, bo mamy pomysły i wiedzę, jak sobie poradzić; a jeśli nie – zapytamy, bo nie mamy blokad społecznych”).
I fizyczne („kasa, a nie plastik, którego nie użyjesz, gdy GPS wywiezie cię w pole kukurydzy pośrodku niczego; woda, a nie dietetyczna cola; treki zamiast klapków”).
No bo, przy całym tym sezamie opcji i możliwości zawiadywanych kciukiem, co będzie, gdy nagle
zabraknie nam
internetu…
Kogo zapytamy, co dalej?
Dzień dobry, dobrzy Ludzie, pamiętacie jeszcze: "Podróż za jeden uśmiech"?

wszystkie foto: pexels
Napisz komentarz