26-02-2026 przez Iza Janaczek
„Spokojnie. Masz czas”. To aksamitna pułapka, plasterek z toksycznym wkładem zamiast kojącego aloesu.
Masz czas, to jedno z najbardziej niepozornych kłamstw, którymi raczymy się codziennie – sami lub pobierając je z zewnątrz.
Masz czas się wyspać. Masz czas odpocząć. Masz czas zadbać o relacje. Masz czas przeprosić. Masz czas zadbać o zdrowie i iść na badanie.
Uspokajające „masz czas” towarzyszy nam od zawsze. I o ile było do przełknięcia i zaakceptowania, gdy mieliśmy naście i młode dziesiąt lat, o tyle teraz, gdy jesteśmy już mocno profesjonalni w dorosłości – słowa te stają się alarmem, pułapką. Bo jeśli mając kilkanaście lat mieliśmy wiele czasu, to teraz, mając 20–30 więcej, tego czasu mamy relatywnie mniej.
Skąd więc wciąż ta sama narracja?.

Kiedyś sama podpierałam się mocno tym hasłem. A potem zachorowałam. I to tak skutecznie, że choroba wylogowała mnie z prawdziwego życia na przeszło dekadę, nie pytając, czy pozałatwiałam sprawy, na które rzekomo miałam czas.
Dziś nie używam tej aksamitnie brzmiącej ale jednak - pułapki. Nie stosuję jej też w stosunku do bliskich. Mówię za to o życiu, które biegnie, i o właściwym umeblowaniu go. Pędzimy i pędzić będziemy. Ot, znamiona czasu.
Nic nie wskazuje też na to, że świat włączy hamulec ręczny i wszyscy nagle zwolnimy albo w ogóle się zatrzymamy. Chodzi o to, by w tym pędzie zachować umiar.
By wiedzieć, że doba ma 24 godziny, tydzień 7 dni. Nie upchniemy w nim więcej, wywalając z niego to, na co mówiąc eufemistycznie – „mamy czas”.
Czas to pojęcie, z którym się nie dyskutuje. Jest nieprzekupny, nieplastyczny i nie da się z nim dogadać. Nie idzie na ustępstwa, nie daje ostatniej szansy. Nie jest nasz. Jest wszystkich i niczyj. Istnieje w przestrzeni, w której i my istniejemy; to tylko my przyjęliśmy, że mamy nad nim kontrolę, tylko dlatego, że posiadamy zegarki, które go odmierzają.

Iluzja nieskończoności to plaga XXI.
Żyjemy tak, jakbyśmy mieli przed sobą nieskończoną liczbę poniedziałków. Jakby „kiedyś” było realnym punktem w kalendarzu. Jakby rozmowa, którą odkładamy, mogła poczekać. Jakby wyjazd, o którym marzymy, nie miał daty ważności. Jakby przeprosiny nie miały terminu przydatności do użycia. Jakbyśmy mieli przed sobą wiele urodzin, wiele wigilii, wiele wyjazdów na urlop.
Statystyczny Polak żyje około 74 lata, Polka około 82. To oznacza skończoną liczbę Wigilii. Skończoną liczbę urodzin. Skończoną liczbę „jeszcze kiedyś”. Może jestem przewrażliwiona, ale gdzie tu miejsce na fantazyjne: „spokojnie, masz czas”?
Największa iluzja polega na tym, że przyszłość wydaje się większa niż przeszłość. Patrzymy przed siebie i widzimy przestrzeń. Patrzymy wstecz i widzimy, jak niewiele się w niej mieści. A jednak wciąż wierzymy, że „zdążymy”.
Dlatego odkładamy życie na później.

To kłamstwo ma bardzo konkretne konsekwencje. Odkładamy rozmowy, bo „nie teraz”. Odkładamy siebie, bo „najpierw obowiązki”. Odkładamy radość, bo „jeszcze nie zasłużyłam”.
Tymczasem czas nie negocjuje. Nie czeka, aż będziemy gotowi. Nie pyta, czy to odpowiedni moment. On po prostu płynie. Cicho. Systematycznie. Bez emocji.
Paradoks polega na tym, że najbardziej boli nas nie to, co zrobiliśmy, ale to, czego nie zrobiliśmy, bo byliśmy przekonani, że mamy jeszcze zapas dni w magazynie. Nie mamy. W puli jest liczba dni, które statystycznie pozostają – i trzeba od niej odjąć lata, które już przeżyliśmy. Choć to wyświechtany frazes – żyjmy teraz, a nie później. Kolejnej szansy nie dostaniemy.
I nie, wcale nie chodzi mi o to, by żyć szybciej. Chodzi o to, by przestać udawać, że mamy nieskończoność. „Masz czas” brzmi jak pocieszenie, ale w rzeczywistości jest uspokajaczem sumienia.
Tak naprawdę, w skali niemierzalnego czasu - mamy zaledwie chwilę. To bardzo niewiele, zwłaszcza, że musimy w niej zmieścić odpowiedzialność na czas, który nam podarowano.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

Napisz komentarz