09 Styczeń 2026
02-09-2025 przez Iza Janaczek
Jeszcze się nie skończyło, przynajmniej w kwestii formalnej, a ja już za nim tęsknię. Z każdą chwilą bardziej – lato przechodzi do historii. Czy wykorzystałam w pełni dany czas? Czy wydusiłam jak cytrynę te długie dni i ciepłe wieczory, czerpiąc z nich to, co najlepsze?
Cóż… Chciałoby się rzec – porozmawiajmy o czym innym... Dlaczego? Bo w temacie lata zawsze mam wielki niedosyt. Zarówno kiedy trwa, jak i tu szczególnie, gdy się kończy…
Czy to kwestia wielkiego na nie apetytu, czy przeładowania oczekiwań w stosunku do własnych mocy? Trudno powiedzieć. Dla mnie zawsze trwa zbyt krótko i zbyt szybko zamienia się w jesień.

Na to lato zaplanowałam więcej uważności. Nie na miejsca, wydarzenia czy obowiązki, ale na to, co w środku. Nie, to nie przejęzyczenie. Uważam, że lato to doskonały moment, żeby się przyjrzeć – temu, co wokół i temu, co w nas samych. W świetle dnia, którego w tej porze roku jest przecież pod dostatkiem, widać wyraźniej. Jakby słońce rozjaśniało nie tylko przestrzeń dookoła, ale i nasze wnętrze.
Może dlatego łatwiej wtedy konfrontować się z własnymi demonami, bo w słonecznym blasku wyglądają mniej strasznie. Stwory-potwory niemocy, lęku czy znużenia pierzchają w kąty, a człowiekowi przybywa sił. A nawet jeśli to tylko złudzenie, to i tak warto w nie wierzyć.

Dla wzmocnienia efektu ja sama w lecie uciekam w góry. Bo skoro w blasku dnia widać więcej, to z wysokości widać wszystko. Wdrapuję się więc na lokalne pagórki, wzniesienia i góry, których do syta, zwłaszcza w moich Beskidach. Staję tam, gdzie horyzont nie ma granic i próbuję chłonąć moc tej przestrzeni.
Po co? Zapytają niektórzy. Przecież odpocząć można i w dolinkach. To prawda. Ale dolinom, choć bywają niewypowiedzianie piękne, brakuje tego, co czuje się tylko na wysokości. Nawet na tej niezbyt okazałej. W dolinach patrzy się tuż przed siebie. Na to, co blisko. Z góry widać perspektywę – całość zamiast fragmentu, proporcje zamiast detalu. I nagle własne troski, te codzienne, wydają się mniejsze. Jakby w końcu zajmowały swoje właściwe miejsce, w rzadko odwiedzanym kąciku głowy, zamiast anektować całą jej przestrzeń.
Może właśnie w tym tkwi sens mojego tęsknienia za latem. Bo wraz z nim kończy się ten wyjątkowy czas, kiedy łatwiej złapać dystans. Jesień zamyka i przybliża. Zmusza, by patrzeć pod nogi, by ogrzać się, by dbać o to, co bliżej. A lato otwiera – oczy, serce i horyzont.

Latem tak wiele uchodzi. Tak wiele się da. Tak wiele można. Dlatego zawsze mam go za mało. Nawet jeśli wiem, że nie da się „wydusić” każdej godziny do końca, że nadmiar oczekiwań też potrafi zmęczyć – wciąż chciałabym jeszcze jednego dnia, jeszcze jednego poranka, ciepłego popołudnia i miłego nastrojowego wieczoru. Jeszcze jednego weekendu wśród przyrody i planów na to, jak zagospodarować ten wspaniały czas, który darowany co roku od nowa jest przecież wielkim przywilejem, a nie corocznym pewniakiem do ogarnięcia.

Idzie jesień. Idzie nowe. Czy lepsze? Tego nie wiem. Ale podejrzewam, że mam wielki wpływ na to, jak będzie wyglądać i – jak się zapisze w mojej pamięci. Przestawiam więc swoje priorytety, porządkuję rytmy dnia i uczę się dostrzegać, że to co nowe jest nowe, a nie - gorsze.

Zamiast więc żałować lata, staram się oswajać początek nadchodzącej jesieni. I w tym czasie można znaleźć coś wartego uwagi i zachwytu.
I choć jesień przynosi chłodniejsze poranki i szybciej zapadające zmierzchy, chcę ją przyjąć z otwartością, a nie z żalem. Bo każda zmiana jest okazją, by widzieć więcej. I zamierzam z niej skorzystać :)
A lato? Lato zostaje we mnie, jako wspomnienie dobrych chwil i punkt odniesienia dla tego, co jeszcze przede mną. I tego będę się trzymać przez długie miesiące czekania na kolejne.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie

Napisz komentarz