szczęście (5).jpg

Szczęście, czym się różni od długofalowego zadowolenia z życia. I o tym, jak reklamy mówią nam, dlaczego robimy to źle

  26-11-2023 przez Iza Janaczek

Szczęście? Pewnie, że znamy. Oczywiście, że znamy. Głównie ze słyszenia, ale - znamy przecież ;)

"Szczęście" to też składowa często używanego powiedzonka, temu osłuchaliśmy się trochę i temu jakoś tak od razu skojarzyliśmy.

Na szczęście ta plama po winie się sprała.
Na szczęście nie złamałaś nogi.
Na szczęście to nie covid!
Na szczęście nie pada.
Szczęście (2).png

foto pixabay

Tak, też uważam, że używanie tego słowa, dosłownie, w każdej sytuacji, cokolwiek je mocno "upowszedniło", ale – z drugiej strony, czy nie o to chodzi, by bardziej powszednie jednak było?

O szczęściu zdecydowanie częściej czytamy i słyszymy. Rzadziej sami przeżywamy. Dlaczego? Bo - że zacytuję tu klasyka: "sorry taki mamy klimat?"
Nie sądzę. No, chyba, że jesteśmy niechlubnymi choć często mimowolnymi kreatorami tegoż (nie)szczęśliwego klimatu. A to już zmienia postać rzeczy.

Szczęście to w ogóle bardzo dziwne słowo.
To słowo - oczekiwanie, słowo-nadzieja, słowo, którego nie da się "opowiedzieć" jednym wyrazem, gdybyśmy chcieli go opisać, czy zrelacjonować innym. Bo nawet jeśli znajdziemy jedno pasujące do szczęścia słowo, to na jego sukces i tak pracowało co najmniej sto innych słów, wydarzeń, sytuacji, barw, dźwięków i osób.

Kiedy ludzie mówią "jestem szczęśliwy"?

Za często. Za rzadko. Ale przede wszystkim, z reguły - nie w porę.
Zastanawiam się czasami, czy my aby szczęścia nie mylimy z długotrwałym zadowoleniem z tego, co mamy, co osiągnęliśmy i czego architektami się staliśmy.

Bo jakby się zastanowić i rozłożyć temat na części pierwsze, szczęście to tylko moment, zdarzenie, wynikająca z danej sytuacji. Ale, czy cała sytuacja, która do niego doprowadziła jest również sama w sobie - szczęściem? Nie do końca, bo poczucie szczęścia poprzedzają często mordercze wyrzeczenia. Innymi słowy - to z reguły krew, pot i łzy, choć pewnie znajdą się i tacy, którzy będą tu polemizować, na potwierdzenie własnej racji dając koronny, główny i absolutnie niepodważalny argument powtarzający się w wielu bajkach, co świadczy, że to fakt i pewnik. A brzmi on tak: "i żyli długo i szczęśliwe"... ;)
Szczęście (1).png

foto pixabay

Dobrze, przyznaję się... To bardzo przekonywujące ;) Śnieżka, Calineczka i Czerwony Kapturek "lubią to".

Ja jednak będę obstawać przy swoim, wykazując subtelną różnicę pomiędzy szczęściem a zadowoleniem z życia i poczuciem spełnienia. Bo uważam, że to niebywale ważna różnica. 

Socialmediowe źródła wiedzy szczęście traktują tak, jak inne słowa, które kiedyś miały wielkie znaczenie a dziś są tylko słowami, do których zwykłym śmiertelnikom trudno dosięgnąć, choćby jak na palcach stawali. Bo według socialmediowych guru, szczęście to domek w Portugalii i we włoskich Dolomitach, to piersi made in USA, wieczne wakacje, dzieci w zagranicznych szkołach i praca na ig, gdzie za reklamę pasztetu, torebki czy kremu na piętki można tak sobie poukładać to pracowite życie, by znaleźć czas na dobre rady, jak taki stan osiągnąć. Trochę to brzmi podobnie do tego baśniowego "żyli długo i szczęśliwie" choć ja subtelną różnicę dostrzegam.

Żyjemy w czasach w których nawet reklama tabletek na wzdęcia sugeruje nam, że nie umiemy się bawić, skoro ich nie potrzebujemy. Bo dobra impreza to taka, po której ich zażycie jest absolutnie i bezwzględnie wskazane...

Zewsząd wszystko do nas mówi, krzyczy, śpiewa i mruga, pokazując szczęśliwość i idealne życie. Ostatnio w kinie, zanim obejrzałam to, za co zapłaciłam, za darmo dostałam lekcję życia i sugestię - dlaczego robię to źle.

A więc:
Reklamy tabsów na wzdęcia, pokazywały, jak się bawić bez gastrycznych konsekwencji. Reklamy biżuterii, sugerowały co robić, by czuć się jak gwiazda z wielką rodziną jak z obrazka i choinką nie mieszczącą się w skromnym, typowym M. A reklamy kabanosów, jedzonych w pociągu pędzącymi przez zapierające dech krainy, wytknęły mi subtelnie acz wyraźnie, jak bardzo nie umiem w wypasione podróże.
Szczęście (4).png

foto pixabay

Patrzyłam sobie na te reklamy i patrzyłam i dochodziłam coraz bardziej do wniosku, że ja to jednak to moje szczęście jakieś takie z drugiego gatunku przeżywam. Bo by go osiągnąć nie muszę się objeść do granic możliwości czy obkupić na kredyt, by choć raz do roku czuć się jak modelka z żurnala. Może dlatego właśnie uważam, że ważniejsze jest to, co długofalowe, bo to co błyska jak spadająca gwiazda po prostu – (za) szybko gaśnie?

Szczęście to stan opisujący uczucie, jakie ogarniają człowieka w danej chwili.

To zdany egzamin. To zaręczyny, ślub, urodzenie dziecka. To wymarzony awans. To urlop w krainie marzeń. To wygrana w jackpocie. To spotkanie po długiej rozłące...

Z kolei zadowolenie to długofalowa pochodna płynąca ze szczęścia, ono z kolei tworzy spełnienie i ciepły, bezpieczny dobrostan. To dobre wykształcenie, zgodny związek, zdrowe dzieci, bezpieczny dom - taki własny, nie banku. To dobra, godna praca, która nie wyniszcza a buduje. To stabilizacja i płynące z niej plany i marzenia.

Patrząc choćby na to, co przekazują nam twórcy reklam albo socialmediowi eksperci wydaje się, że dziś chyba łatwiej jest być chwilowo szczęśliwym niż długofalowo zadowolonym. Jakoś nie umiemy zagospodarować tych motyli w brzuchu i przekuć ich w długofalowy dobrostan. I choć często wygląda to bardzo obiecująco, to z reguły jesteśmy tak niepewni tego pewnego bądź co bądź sukcesu, że nawet jak mamy wypasioną wędkę to i tak lecimy do marketu po rybę.

I już sama nie wiem, co na to szczęście gorzej wpływa - marketowa ryba w promocji, bo się jej kończy termin czy kabanosy w pociągu? 

Jakie to szczęście, że nie lubię ani jednego ani drugiego.

Dzień dobry dobrzy Ludzie :)

Szczęście (3).jpg

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na