09 Styczeń 2026
12-12-2025 przez Iza Janaczek
Żyjemy w czasach, gdy okazanie zmęczenia, tego najgłębszego, sięgającego psychiki – jest słabością. A słabość to wada.
Tak jak i płacz. Płacz to w ogóle porażka.
To przyznanie się do nieogarniania. Do nienadążania. Do bycia po ludzku nieidealnym, w świecie promującym nieludzkie ideały.

Ograbiliśmy siebie ze zgody na płacz. Na korzystanie z pomostu między smutkiem wewnętrznej nocy a jasnym dniem.
Kiedy „płacz” czyli naturalny sposób na uzewnętrznienie lęków, rozpaczy i bezsilności stał się symbolem bycia gorszym, słabszym i niepasującym? Nie wiem… Bo też i nie ma chyba jednej daty, zdarzenia czy sygnału, który dał początek temu mocno szkodliwemu trendowi czyniącemu ludzi na podobieństwo wydumanego wzorca.
Może to było wtedy, kiedy ktoś powiedział:
Chłopaki nie płaczą!
A może gdy ktoś inny przypominał:
Pamiętaj, płacz jest dla słabych, ty masz być silna. Łzy to upokorzenie, nigdy ich nie pokazuj.

Wychowaliśmy się na etosie bycia twardymi. Ogarniającym i niezwyciężonym.
I ok. To dobrze wiedzieć, jak wielkie tkwią w człowieku moce. Pamiętać jednak należy, że płacz to komunikat. Pierwszy – zdarzył się nam, gdy wzięliśmy pierwszy oddech, nikt wtedy nie uważał go za oznakę słabości, wręcz przeciwnie – ten pierwszy krzyk oznaczał.
Płakać nie jest słabością, płakać to umiejętność. Umiejętność życia we właściwym balansie, bez przeciążania głowy utrzymywaniem pozy niezwyciężonego wojownika.
Świat nam każe „być silnym”. A ja myślę, że czasem trzeba być słabym.
To właśnie w tych chwilach, kiedy łzy spływają po policzkach, dzieje się magia. Nie taka, która sprawia, że życie staje się perfekcyjne, tylko taka, która przypomina: jesteś człowiekiem. Masz prawo czuć się gorzej lub po prostu źle. Masz prawo się mylić. Masz prawo nie wiedzieć, co dalej. Masz prawo być zmęczonym, ale tak mocno, że brak ci sił udawać, że wszystko jest ok.

Myślę sobie, że płacz jest trochę jak terapia w wersji domowej. Taniej, dostępnej od ręki i bez konieczności umawiania się na wizytę. No i skutecznej. Kilka łez uronionych w ulubionym fotelu bądź płacz w ramionach, które nie oceniają to nie tylko ulga, ale też przywrócenie gotowości na owe doznania.
Czy płacz sprawia, że problemy znikną? Nie. Wcale nie.
Czy uczyni nas silniejszymi? Też nie.
Płacz zmyje napięcie.
Pozwoli na chwilę refleksji.
Stworzy przestrzeń, w której łatwiej spojrzeć na swoje problemy z większym dystansem lub z innej perspektywy.

Niektórzy mówią, że „trzeba się ogarnąć”, że „płacz to atrybut lamentujących bab”.
A ja sobie myślę, że przecież życie to nie konkurs na perfekcyjność.
Zwłaszcza że tak naprawdę, nikt nie będzie pamiętał, jak bardzo usiłowałaś być ogarnięta. Dlaczego? Ponieważ w tej opcji – czyli w pozie dumnego wojownika, nie widzi się człowieka, lecz tylko jego kreację. Magia efektu. Smutne? Bardzo. Ale często bardzo prawdziwe.
Płacz to płacz. Nie dorabiajmy mu złej prasy. Płacz to narzędzie – pomaga rozładować emocje, płacz to sposób na stres - daje przestrzeń na świeższe spojrzenie na stary problem. Płacz to symbol – pierwszych łez oznajmiających przyjście na świat. Nie wstydźmy się płaczu. Nie wstydź się łez. One mówią: „Hej, żyjesz. Czujesz. Masz prawo do słabości”. Bo my, ludzie nie jesteśmy kreacjami AI, perfekcyjnymi i wolnymi od skaz, także tych mentalnych. Jesteśmy istotami pełnymi sprzeczności, emocji, humorów i refleksji, które wraz ze łzami przychodzą, kiedy świat nie patrzy.
I wcale nie chodzi o traktowanie płaczu jako narzędzia nacisku. Wtedy przybiera on rolę manipulacji. A ona nie ma nic wspólnego z oczyszczaniem własnych myśli. Ten prawdziwy, serdeczny i szczery to dar. Tak jak i darem jest umiejętność okazywania emocji.
Szczery płacz nie oznacza, że jesteśmy słabi. Oznacza, że wciąż świadomie żyjemy.
Dzień dobry, dobrzy Ludzie

wszystkie foto: pexels
Napisz komentarz