MOC SPRAWCZA (9).jpg

Stagnacja i wszystkie jej szaleństwa. O słońcu, błękicie i innych rzeczach z prawdziwego życia

  25-02-2024 przez Iza Janaczek

“Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.” Te słowa padły ponoć z ust Alberta Einsteina. I chyba gość wiedział, co mówi, zważywszy na fakt, że przypisuje się mu wielkie rzeczy.
Czy gdyby Einstein nie wyszedł poza schemat, odkryłby teorię względności? Trudno dziś gdybać, choć wierząc jego myśli przewodniej – raczej nic by z tego nie wyszło.

A jak to jest z nami? Przyznam szczerze, że choć czyny się liczą, a nie słowa, ja jestem wielką fanką tych drugich, z uwagi na fakt, że każdy czyn ma początek w słowie, a ono w myśli. To ona, sformułowana w głowie jako słowo, jest zaczątkiem czynu.
Zatem smakując myśl rzuconą przez genialnego Alberta - warto zrobić sobie mały rachunek sumienia, albo – jeśli kto woli inną nomenklaturę - mały audyt własnych osiągnięć lub – ich braku.
TikTok, Instagram i wszelkie tego typu miejsca do autopromocji, nie zawsze i niekoniecznie chwalebnej i godnej naśladowania, pokazują, że szaleństwo jest dziś w cenie i plasuje się dość wysoko. Im bardziej kontrowersyjny kontent i celebrytka, tym więcej reklam, kontraktów i nazwijmy to eufemistycznie, "wymiernych lajków". I chyba, gdzieś się w tym wszystkim, srogo pogubiliśmy, bo to, co miało być szaleństwem wprawiającym życie w ruch, stało się jego hamulcem. Zatrzymani, z kciukiem na ekranie telefonu, codziennie przemierzamy kilometry internetu, szukając - w cudzych szaleństwach, choć cienia motywacji do własnych.
Szaleństwo, prawda?

MOC SPRAWCZA (4).jpg


Czy zatem, my, ludzie XXI wieku, umiemy jeszcze w szaleństwo polegające na zmianie toku myślenia, przyzwyczajeń i rutyny, czy raczej wolimy stary i znany od lat święty spokój, choć ani on święty, ani spokojny. Ot, znany i choć często trudny - już przywykliśmy do tego rodzaju trudu.
Lubimy rutynę. Rosół w niedzielę. Spotkanie z przyjaciółką w piątek w Fiku-Miku Cafe. W środę biblioteka, a każdego popołudnia (oprócz wychodnego piątku) kawa i orzechowe, kruche rogaliki.
I jeśli to taka "bezpieczna" rutyna – to da się jakoś żyć. Choć są i tacy, którzy jednak lubią poczuć ten mały dreszczyk emocji: jeśli nie rosół, to co? A może tym razem szarlotka zamiast rogalików? W tę środę wezmę dwa razy tyle książek, a w przyszłą pójdę z synem na recital.

O tym, jak łatwo przyzwyczajamy się do rutyny, mnie samej uświadomił pewien anestezjolog, który wytłumaczył mi, że życie w bólu i z bólem nie jest żadnym bohaterstwem wobec siebie ani uprzejmością wobec lekarzy, którym nie wypada zwracać głowy, jak uważa wielu pacjentów, do których się zaliczałam. Po prawdzie temu, że dano mi do zrozumienia, że jestem przewrażliwiona i przesadzam. Skoro tak, to bez łaski  Dam radę. Wytrzymam.
I tak się zawzięłam, że wytrzymałam przez dekadę z kopką. Patrząc z perspektywy czasu, to nie była dobra dekada. Miała kolor sztormowego nieba. 

Dziś to wiem, jednak wtedy, chcąc coś zmienić podejmowałam wciąż te same, nic nie zmieniające decyzje. Sztorm nie mijał, a jedynie przybierał na sile. 

MOC SPRAWCZA (3).jpg


Życie z bólem jest do niczego. Ból, wchodząc w rolę zręcznego złodzieja, kradnie to, co w człowieku dobre i jasne. Odbiera radość, witalność, energię i światło. Zamyka w bańce, która skutecznie odgradza od świata zewnętrznego.
Podczas tamtej rozmowy z mądrym, empatycznym anestezjologiem usłyszałam, że na ból nie należy się godzić, bo człowiek chory ma prawo do spokoju ducha i komfortu.
Odniosłam tę rozmowę nie tylko do efektów choroby, z jaką związał mnie los, ale i do niej samej. Pomyślałam sobie, że choć mam już tak wielką wprawę w tym chorowaniu to i tak, co i rusz dostaję łomot.

Szukając kiedyś czegoś w sieci, znalazłam właśnie cytat, od którego dziś zaczęłam. Z wisielczym humorem pomyślałam wtedy, że może i jestem szalona, bo totalnie stacjonarna i przyziemnie ostrożna w decyzjach, ale to pewnie przez ten diabelski ból. Pomyślałam też, że może przyszedł czas na zmianę – wszak, jak mawiają wojskowi, zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia. A ja chciałam dowodzić. Przecież było to wciąż moje życie, choć generalnie rzecz ujmując – wtedy to już czysto teoretycznie.

Jako, że lubię słowa, bo jak wiadomo to one napędzają czyny – powiedziałam więc: "tak", decydując się na stomię, oznaczającą koniec bólu. Ta decyzja skutkowała serią zmian. Radykalnych i w zasadzie – natychmiastowych. Znów miałam dostęp do swojego życia, do każdej decyzji i myśli, do karty menu z daniami nie widzianymi od lat, do pełnej palety barw trawy, nieba, morza i wszystkich kolorów ziarenek piasku.

MOC SPRAWCZA (6).jpg

Przypomniałam sobie jak bardzo lubiłam kiedyś słoneczny błękit, którego wspomnienie prawie całkowicie zatarła szarość - nakładana grubymi warstwami na te dawne pastele, jakimi przed chorobą było moje życie. Usuwając długoletni ból, jednocześnie odblokowałam dawno nieużywane doznania. Znów czułam wiatr we włosach, smak truskawek, dobrej kawy i słonej wody a także - że słońce świeci również dla mnie.

I właśnie tak fizyk z szaloną teorią, która okazała się nie tyle szalona, co - szalenie ważna dla świata, pośrednio wpłynął na moje życie, choć w szkole zawsze wolałam polski i historię. Po prawdzie, fizyka plasowała się u mnie mocno poniżej wszelakiego top10.

Życie jest jednak pełne niespodzianek.

Dzień dobry, dobrzy Ludzie :)

MOC SPRAWCZA (1)--.jpg

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na