Wygrałem życie

Wywiad z Dariuszem Małachowskim

Autor: Fundacja STOMAlife

Dariusz Małachowski sam o sobie mówi „stary harcerz i działacz”. Gdy kilka lat temu wyłoniona została u niego stomia, uznał, że… wygrał życie. Teraz pomaga innym, jak na starego harcerza przystało! Działa w grupach stomijnych, doradza, pociesza, wspiera. W trudnych czasach pandemii został krawcem amatorem i szyje charytatywnie maseczki dla szpitali. Dla wielu to cichy bohater.

Fundacja StomaLife: Kiedy i z jakiego powodu w pańskim życiu pojawiła się konieczność wyłonienia stomii?

Dariusz Małachowski: Pięć lat temu zachorowałem na uchyłkowatość jelita grubego w stopniu zaawansowanym. Miałem bóle podbrzusza, które uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie zarówno w pracy, jak i w domu. Lekarz rodzinny podejrzewał przepuklinę. Podczas szczegółowych badań okazało się, że cierpię właśnie na uchyłkowatość jelita grubego w stopniu znacznym. Otrzymałem leczenie farmakologiczne, ale lekarz prowadzący wytłumaczył także, że być może w moim przypadku pojawi się konieczność wyłonienia stomii. I już wówczas zacząłem zdobywać informacje na ten temat. Leczenie farmakologiczne mi pomagało, nie miałem większych dolegliwości, więc trochę zaniedbałem wizyty kontrole. Moja wina. Niestety, pewnego dnia dostałem tak silnych bóli, że z ogródka do domu wchodziłem na czworaka. W szpitalu okazało się, że na jelicie pojawił się guz, który był przyczyną perforacji jelita. Na szczęście guz był tak duży, że swoją objętością zatkał tę perforację i nie doszło do zapalenia otrzewnej. Przeszedłem operację ratującą życie i została wyłoniona stomia.

FS: Był pan na to psychicznie przygotowany? Czy w ogóle można się na coś takiego przygotować?

DM: Myślę, że w pewnym sensie można. Miałem wiedzę na ten temat, więc nie byłem przerażony tym, że mam jelito na brzuchu. Jedyne moje obawy dotyczyły tego, jak sobie poradzę i jak będę dalej funkcjonował.

FS: Co było najtrudniejsze? Co pana najbardziej zaskoczyło?

DM: Przede wszystkim od razu miałem świadomość, że stomia to… moje dobrodziejstwo. Coś, co ratuje mi życie! I ta świadomość bardzo mi pomogła. Czy byłem przerażony? Absolutnie nie! Bałem się wyłącznie reakcji otoczenia, najbliższych mi osób. Na szczęście moja kochana najbliższa rodzina, żona i trzy córki nie miały z tym najmniejszego problemu. I to było bezcenne. Pamiętam, gdy wróciłem ze szpitala i chciałem zmienić worek w odosobnieniu, w łazience, poprosiły mnie, abym to zrobił w pokoju, przy nich. Chciały to zobaczyć, aby w razie potrzeby mogły mi pomóc. Ich reakcja była wspaniała, potraktowały to, jakby nic się nie stało, i właśnie to dało mi ogromną siłę. Oczywiście, bałem się także reakcji społeczeństwa. Mieszkam w małym miasteczku, w Solcu Kujawskim. Muszę przyznać, że mieszkańcy, znajomi, koledzy spokojnie to przyjęli.

FS: Niektórzy ludzie nie chcą ujawniać, że mają stomię. Widzę, że pan ma zupełnie inną opinię na ten temat.

DM: Uważam, że ukrywanie worka jest złe i niepotrzebne. Trzeba pokazać i przyznać się, że ma się stomię. „Dlaczego mam to ukrywać?” ‒ myślałem. Przecież ja jestem w jakimś stopniu wygrany, bo wygrałem życie! I radzę tak właśnie postępować.

FS: Pojawiły się jakieś kłopoty tzw. „techniczne”?

DM: Tak, coś tam zaniedbałem i nabawiłem się odparzeń. Bardzo pomogła mi pielęgniarka stomijna ze szpitala, która w domu nauczyła mnie, jak należy prawidłowo dbać o wszystko. Po dwóch miesiącach od operacji stanąłem na nogi. Nie miałem żadnych problemów, ani podciekania, ani kolejnych odparzeń.

FS: Jak rozpoczęła się pana bardzo aktywna działalność w grupach wspierających innych stomików?

DM: Zaczęło się od tego, że dwa miesiące po operacji zacząłem szukać takich grup w internecie. Wiedziałem, że są grupy zrzeszające rowerzystów, biegaczy czy cukrzyków, więc miałem nadzieję, że znajdę też grupę stomików. Trafiłem na takie dwie grupy, dopisałem się, opowiedziałem swoją historię. Szybko zauważyłem, że duża część tej społeczności ma problemy z… akceptacją samych siebie. Czytałem wszystkie komentarze i bardzo mnie to martwiło. Ludzie albo siebie nie akceptowali, albo mieli problem z zaakceptowaniem przez rodzinę, znajomych, społeczeństwo. Chciałem przekazywać tym ludziom swoją energię, pozytywne myślenie i słowa wsparcia. Wiedziałem, że przecież mogę podarować im uśmiech, radość, swoją pogodę ducha i optymizm. Aby zobaczyli, że życie ma wiele kolorów i nie można cierpieć tylko dlatego, że ktoś powiedział coś niemiłego. Pamiętam moje pierwsze wyjścia do sklepu, na miasto. Nie byłem tym przerażony, nie miałam kompleksów. Zacząłem działać w grupie, aby przekazywać, że można traktować stomię jako wygrane życie, a nie wyrok.

FS: Ta niesamowita pozytywna energia, radość życia to cechy nabyte czy wrodzone?

DM: Taki mam charakter. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Od zawsze byłem duszą towarzystwa, uwielbiałem rozbawiać ludzi. Poza tym stary harcerz ze mnie i stare nawyki zostały (śmiech). Staram się pomagać, bo przecież nie można się poddawać.

FS: W jaki sposób stara się pan pomóc?

DM: W naszej grupie głównie jest to rozmowa. Nigdy nie odmawiam, zawsze znajdę czas dla innych w potrzebie. Działam na Facebooku, Messengerze, podaję swój numer telefonu, gdy jest taka potrzeba. Działam także w grupie stomijnej, która rozdziela sprzęt. Mamy taką grupę stomijną: „Stomia ‒ sprzęt stomijny. Ogłoszenia oddam / potrzebuję”. Nasze działania polegają na tym, że gdy ludzie mają nadwyżki sprzętu (czasami dostają od firm, czasami bezpłatne próbki), przesyłają je do nas, a my rozdzielamy potrzebującym. Prowadzę tę grupę z dwiema koleżankami Kasią Kurpisz i Roksaną Komorowską. Nasza działalność naprawdę wielu ludziom pomaga, daje efekty.

FS: Jak teraz, w czasie pandemii, wygląda pana życie?

DM: Zawsze działałem i ta cecha się nie zmienia. Teraz, w czasie pandemii, gdy okazało się, że w szpitalach brakuje maseczek dla personelu, napisałem do mojej znajomej pielęgniarki z Bydgoszczy, czy nie potrzebują maseczek. Okazało się, że potrzebują bardzo. Mam w domu maszynę, co prawda krawiec ze mnie żaden, ale wszystkiego można się nauczyć. Zacząłem szyć maseczki dla szpitala, szybko dołączyła znajoma z harcerstwa, a potem kolejne osoby. Teraz 6 osób w Solcu szyje. Ostatnio dołączyliśmy się do akcji Beaty Pruska z Piotrkowa, która działa w grupie ogólnopolskiej i szyje dla szpitali. Część materiałów dostaliśmy od sponsorów, część kupujemy sami. Staramy się pomóc tym lekarzom, pielęgniarkom, bo oni nam ratują życie.

FS: Ma pan wielkie serce!

DM: Ja na tym nic nie tracę, a pomagam. Mam sporo czasu, więc chcę go wykorzystać dobrze. Sprzątam, gotuję, z dziećmi lekcje odrabiam. Córki mają 10 i 15 lat, a trzecia jest już samodzielna. Żona chodzi do pracy, my robimy lekcje, a potem szyję. Uważam, że nie wolno się poddawać, a z każdej złej sytuacji jest jakieś wyjście. Nie wolno usiąść i płakać nad sobą. Trzeba żyć i czerpać radość z tego naszego życia.

 

FS: Słyszę radość w głosie, gdy opowiada pan o swojej grupie stomijnej. Chyba bardzo się zżyliście ze sobą?

DM: To prawda, dwa lata temu postanowiliśmy się spotkać osobiście. Padały różne pomysły na miejsce spotkania, w końcu zdecydowaliśmy się na Warszawę. Spotkaliśmy się w parku, zrobiliśmy grilla, poszliśmy do kawiarni na kawę. Poznaliśmy się, poopowiadaliśmy sobie o życiu. Teraz mam więcej znajomych wśród stomików niż innych ludzi.